W pierwszych dniach sierpnia wojna powszechna, tak zwana Wielka Wojna, o którą modliły się wychowywane na romantycznej literaturze pokolenia Polaków, stała się faktem. Rozwój wydarzeń zaskoczył jednak nie tylko tych, którzy interesowali się po prostu „polityką”, czerpiących informacje z codziennych gazet i co najwyżej dyskutujących o nich przy kawiarnianym stoliku.
Z zaskoczenia otrząsnęli się najszybciej działacze związani z Piłsudskim. On sam, choć jeszcze 28 lipca twierdził, że jest tylko „35% na wojnę”, w dwa dni później zarządził mobilizację.
Zaskoczył on również polityków polskich, i to, co ciekawsze, z obydwu przeciwstawnych orientacji: antyrosyjskiej i antyniemieckiej. Dość powiedzieć, że czołowe postacie obozu antyniemieckiego, Balicki i Dmowski, podróżowali po Europie, przy czym Balicki przebywał na terenie monarchii habsburskiej, Dmowski zaś poprzez Paryż, szwajcarskie Morges i Rzeszę powracał właśnie z wyprawy do Londynu. Sikorski spędzał urlop w Belgii. Przywódca galicyjskich socjalistów, Daszyński, wyjechał do Trenczyna na Słowacji, gdzie – jak wspominał – miał „szczery zamiar leczyć swój reumatyzm”. Przyszłymi politykami i oficerami Legionów zapełniła się też letnia „stolica Polski”, Zakopane.
Z zaskoczenia otrząsnęli się najszybciej działacze związani z Piłsudskim. On sam, choć jeszcze 28 lipca twierdził, że jest tylko „35% na wojnę”, w dwa dni później zarządził mobilizację oddziałów strzeleckich. Już 3 sierpnia w Oleandrach na krakowskich Błoniach Piłsudski sformował składającą się ze 144 strzelców i drużyniaków pierwszą kompanię piechoty, zwaną kompanią kadrową. Jej komendantem został Tadeusz Kasprzycki, organizator „Strzelca” w Szwajcarii, ostatni minister spraw wojskowych przedwrześniowej Polski. W krótkim, dobitnym przemówieniu przed formowanym oddziałem Piłsudski stwierdził:
„Odtąd nie ma ani Strzelców, ani Drużyniaków. Wszyscy, co tu jesteście zebrani, jesteście żołnierzami polskimi”.
Polskimi – oznaczało niezależnymi od woli zaborcy, występującymi jawnie, z otwartą przyłbicą. „Patrzę na was – podkreślał ich komendant – jako na kadry, z których rozwinąć się ma przyszła polska armia”, walcząca o Niepodległą.
Wczesnym rankiem 6 sierpnia kompania kadrowa wyruszyła z Krakowa w stronę granicy austriacko-rosyjskiej. Obalenie słupów granicznych w Michałowicach i samodzielny marsz w kierunku Miechowa stawały się symbolem nowego niepodległościowego zrywu. Piłsudski przypuszczał, iż wkraczające do Królestwa oddziały strzeleckie poderwą ludność do kolejnego, antyrosyjskiego powstania.
Reprezentanci wszystkich działających w zaborze austriackim stronnictw powołali do życia Naczelny Komitet Narodowy. Ciało to pełniło rolę politycznej nadbudowy dla przekształconych w Legiony oddziałów strzeleckich.
W momencie wszczęcia akcji chciał być niezależny, nie tylko od dowództwa armii austro-węgierskiej, ale i lokalnych, galicyjskich sił politycznych. Z tego właśnie powodu 6 sierpnia powiadomił Komisję Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, patronującą akcji militarnej, iż w Warszawie uformował się tajny Rząd Narodowy, który powierzył mu dowództwo polskich sił zbrojnych. Była to fikcja. Jeden z najbliższych wówczas współpracowników Piłsudskiego, Leon Wasilewski, wspominał po latach, że kiedy po zebraniu Komisji znaleźli się w swoim gronie, pierwszym zleceniem, jakie otrzymał
„od Komendanta, była propozycja napisania odezwy owego »Rządu Narodowego« i sporządzenia do niej pieczątki z orłem i odpowiednim napisem”.
W Kongresówce powstanie nie wybuchło. Co gorsza, strona austriacka zażądała, by oddziały Piłsudskiego, które 12 sierpnia wkroczyły do Kielc, albo zostały rozwiązane, albo włączone w skład formacji pospolitego ruszenia. W posunięciach tych dostrzec można nader dyskretne działanie konserwatystów galicyjskich, oni to bowiem, razem ze współrządzącymi polską prowincją monarchii Habsburgów demokratami, ostatecznie przejęli kontrolę nad inicjatywą Piłsudskiego. Formalnie, 16 sierpnia, reprezentanci wszystkich działających w zaborze austriackim polskich stronnictw, nie wyłączając nastawionej przecież antyniemiecko Narodowej Demokracji, powołali do życia Naczelny Komitet Narodowy (NKN). Odtąd, aż do schyłku 1916 r., ciało to – kierowane wpierw przez demokratę Juliusza Lea, potem konserwatystów Władysława Leopolda Jaworskiego i Leona Bilińskiego – pełniło rolę politycznej nadbudowy dla przekształconych w Legiony oddziałów strzeleckich.
Straceńców los
Początkowo, za zgodą Wiednia, miano uformować dwa Legiony: Wschodni (lwowski) i Zachodni (krakowski). W tym ostatnim Piłsudski został wpierw dowódcą 1 pułku, a następnie I Brygady. Żołnierzom nakazano składać przysięgę, według formuły obowiązującej austriackie pospolite ruszenie, na wierność cesarzowi, co tym samym czyniło z nich element składowy armii monarchii habsburskiej.
Legion Zachodni składał przysięgę na raty – 4 września w Krakowie, dzień później w Kielcach. Dla żołnierzy Piłsudskiego ceremoniał przysięgowy był do tego stopnia „przykry”, iż szef sztabu Legionu Zachodniego, kapitan Włodzimierz Zagórski, samowolnie uzupełnił formułę roty o dodatek: „i królowi polskiemu”. Ten gest i bezgraniczne, wciąż rosnące zaufanie do Piłsudskiego sprawiły, iż strzelcy złożyli przysięgę. Tak więc niedozbrojony, fatalnie wyekwipowany i kompletnie lekceważony przez austriacką wojskowość oddział stawał się tym samym częścią armii, do której, po pierwszych doświadczeniach wojennych, był mocno uprzedzony. I którą zaczął po prostu pogardzać.
Żołnierze Legionu Wschodniego, poza wyjątkami, nie złożyli przysięgi. Formacja ta, z powodu dotkliwych porażek, ponoszonych przez wojska austro-węgierskie, wycofywana z Galicji wschodniej w kierunku Krakowa, traciła z oczu sens swego wysiłku. Agitacja przeciwko przysiędze, prowadzona przez działaczy narodowo-demokratycznych (którzy zresztą wkrótce opuścili komitet krakowski), dopełniła reszty. Legion Wschodni w praktyce rozpadł się i w końcu września formalnie został rozwiązany. Ci, którzy zdecydowali się przysięgę złożyć, stali się jądrem 2. i 3. pułku – przewiezieni na Węgry, do obrony przełęczy karpackich, pełnili służbę w obrębie II Brygady legionowej. Doczekała się ona w bojach tam toczonych zaszczytnego miana Żelaznej Brygady.
Piłsudski, sprowadzony do roli jednego z dowódców pułków legionowych, podporządkował się tylko formalnie politykom galicyjskim. W chwili, gdy dowodzeni przez niego żołnierze składali przysięgę na terenach Królestwa kontrolowanych przez armię niemiecką, z jego inspiracji powstała Polska Organizacja Narodowa (PON).
Do dziś pokutuje opinia, iż powołanie do życia PON było próbą zmiany protektora, świadectwem, że „Piłsudski postawił na Niemców”. Koronnym dowodem na ową współpracę miała być umowa podpisana przez działaczy PON z dowództwem IX armii niemieckiej. Dodajmy, że umowa ta, gwarantująca swobodę poczynań polskiej organizacji, nigdy nie została zrealizowana. W istocie Piłsudski dążył wyłącznie do utrzymania niezależnego od NKN, stojącego niemal bez zastrzeżeń na gruncie austro-polskim, ośrodka akcji politycznej na terenie Królestwa zajętym przez wojska austro-węgierskie i niemieckie. PON była tym samym kolejnym, po akcji strzeleckiej z pierwszej połowy sierpnia, krokiem na drodze do wytworzenia zaplecza dla samodzielnej polskiej siły zbrojnej, przygotowywanej z myślą nie o początku, a końcu wojny. Ostatecznie i ta inicjatywa, z powodu stanowiska strony niemieckiej, musiała zostać zlikwidowana. Sama zaś PON u schyłku jesieni 1914 r. połączyła się z NKN.
Zupełnie inaczej, znacznie pomyślniej, potoczyły się natomiast losy tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), utworzonej przez Piłsudskiego w październiku 1914 r., która początkowo była przeznaczona do działania na zapleczu wojsk rosyjskich. Ona to właśnie stanowiła tę przygotowaną na czas wybicia się na niepodległość siłę, a jej wyłącznym dysponentem był sam Piłsudski. Rola POW, zwłaszcza po wyparciu latem 1915 r. wojsk rosyjskich z Kongresówki, systematycznie rosła. W momencie, gdy Piłsudski ekspediował na drugą stronę frontu swego emisariusza, Tadeusza Żulińskiego, Rosjanie zbliżali się do Krakowa. Zwolennicy orientacji antyniemieckiej wierzyli wówczas, że idea zjednoczeniowa głoszona przez Dmowskiego wkrótce zostanie zrealizowana.
Józef Piłsudski z oficerami Komendy Naczelnej POW w 1917. Stoją od lewej: Karol Lilienfeld-Krzewski, Tadeusz Kasprzycki, Bogusław Miedziński, Janusz Gąsiorowski, Józef Piłsudski, Jan Wojsznar-Opieliński, Henryk Krok-Paszkowski, Wacław Denhoff-Czarnocki, Wacław Jędrzejewicz, Stanisław Trojanowski, Stefan Pomarański
Po drugiej stronie frontu
Odmiennie aniżeli w Galicji zachowywali się Polacy zamieszkujący zabór rosyjski. Dominujące okazały się tam nastroje antyniemieckie. Uległy one dodatkowemu wzmocnieniu po zbombardowaniu i spaleniu przez Prusaków Kalisza, a fakt, że członkiem koalicji antyniemieckiej była, obok Rosji, Francja, sprawiał, że ze zwycięstwem tego obozu wiązano nadzieje na korzystne rozstrzygnięcie sprawy polskiej na przyszłym kongresie pokojowym.
Na ochłodzenie stanowiska polskiego społeczeństwa wobec Rosji znaczny wpływ wywarł sposób sprawowania władzy przez administrację carską w zajętej Galicji Wschodniej.
Z nadziei tych, jak i kalkulacji politycznych zrodziły się deklaracje, które w imieniu Polaków złożyli na forum Rady Państwa i Dumy Aleksander Meysztowicz i Wiktor Jaroński. Obydwaj, powołując się na solidarność słowiańską i wspólne tradycje orężne w walce z nawałą germańską, stanęli po stronie Rosji.
Pierwsze dni sierpnia zdawały się potwierdzać rachuby zwolenników orientacji antyniemieckiej. W przeciwieństwie do pustosłownych i negatywnie przyjętych przez Polaków odezw dowództw niemieckich i austro-węgierskich, naczelny wódz armii rosyjskiej, Wielki Książę Mikołaj Mikołajewicz, ogłosił manifest, w którym zapowiadał odrodzenie Polski swobodnej „w swej wierze, języku i samorządzie”. W praktyce była to obietnica jedynie autonomii, wzbudziła ona jednak, i to we wszystkich zaborach, spore nadzieje.
Manifest wielkoksiążęcy, znakomicie wyzyskany propagandowo przez Narodową Demokrację, nie wspomógł jednak prac prowadzonych nad utworzeniem organizacji mającej stanowić polityczną przeciwwagę dla galicyjskiego Naczelnego Komitetu Narodowego. Dopiero w listopadzie 1914 r. powstał w Warszawie Komitet Narodowy Polski, w skład którego, obok czołowych polityków narodowodemokratycznych, weszło jeszcze kilku konserwatystów i bezpartyjnych.
Ciało to nie odegrało wszakże większej roli. Nie zdołało przede wszystkim doprowadzić do utworzenia odrębnych polskich jednostek wojskowych, walczących ramię w ramię z armią rosyjską. Organizowane od października oddziały, zwane od miejsca dyslokacji Legionem Puławskim, były traktowane wyłącznie jako tzw. drużyny pomocnicze. Dopiero rok później wcielono je do polskiej brygady strzeleckiej.
Na ochłodzenie stanowiska polskiego społeczeństwa wobec Rosji znaczny wpływ wywarł bez wątpienia sposób sprawowania władzy przez administrację carską w zajętej przez wojska rosyjskie Galicji Wschodniej. Kraj ten, według słów mianowanego jego generał-gubernatorem Georgija Bobrińskiego, był w przeszłości i miał nadal pozostać „częścią jednej Wielkiej Rusi”. Deklaracja ta, wypowiedziana we Lwowie, sprowadzała do właściwych rozmiarów treść odezwy Mikołaja Mikołajewicza. Wykazywała, że w momencie powodzenia wojennego władze carskie nie będą skłonne do respektowania dawanych wcześniej obietnic.
Z kozakiem, nawet gromiącym Prusaka, nie zamierzano zatem zawierać bliższych znajomości.
W sposób stosunkowo najmniej skomplikowany ułożyły się natomiast stosunki pomiędzy społeczeństwem a władzami w zaborze pruskim. Ludność polska była tam nastawiona bez wątpienia antyniemiecko, przekonań swych nie zamierzała jednak uzewnętrzniać w jakikolwiek czynny sposób. Sukcesy niemieckiego oręża nie wzbudzały entuzjazmu mieszkańców Wielkopolski czy Górnego Śląska, ale, co ciekawsze, wojenne niepowodzenia armii cesarskiej, zwłaszcza na froncie wschodnim, powodowały, iż w niejednym przygranicznym majątku pakowano się
„na łeb, na szyję, aby być gotowym do drogi, do Drezna”.
Z kozakiem, nawet gromiącym Prusaka, nie zamierzano zatem zawierać bliższych znajomości. Agitację na rzecz Niemiec prowadziły tylko nieliczne jednostki – na Śląsku czyniła to przykładowo prasa należąca do Adama Napieralskiego, na Pomorzu redagowana przez Wiktora Kulerskiego „Gazeta Grudziądzka”.
Piętno wojny
Do wiosny 1915 r. sytuacja na froncie wschodnim ustabilizowała się. Rosjanie, pobici w Prusach Wschodnich i odepchnięci od Krakowa, sami nie pozwolili zbliżyć się wojskom niemieckim pod Warszawę i mocno trzymali w swym ręku wschodnią Galicję. Pierwsza Brygada legionowa trwała w walkach pozycyjnych nad „wierną rzeką” – Nidą, druga zaś z karpackich przełęczy przeniesiona została na Bukowinę. Politycy polscy, marząc o wielkich rozstrzygnięciach, usiłowali załatwiać w przedpokojach gabinetów sprawy drobne, nie zawsze wszak udawało się im to z pożądanym skutkiem. Ludność ponosiła coraz dolegliwsze ciężary czasu wojny. A był to przecież dopiero jej pierwszy rok.
Nowi okupanci, Niemcy, zaczęli rujnować zdobyty kraj. Rekwirowano surowce, maszyny i urządzenia przemysłowe, konfiskowano kościelne dzwony, ba nawet mosiężne klamki u drzwi.
Sytuację militarną w radykalny sposób zmieniła wielka ofensywa wojsk państw centralnych, rozpoczęta majowym przełomem pod Gorlicami. Już w końcu czerwca wojska austriackie odzyskały utracony we wrześniu 1914 r. Lwów. W miesiąc później, 5 sierpnia 1915 r., do Warszawy wkroczyły oddziały niemieckie. We wrześniu padło Wilno. Front zatrzymał się dopiero pod koniec października. Prące wciąż naprzód wojska państw centralnych zatrzymały się na linii biegnącej od Rygi, poprzez Baranowicze i Pińsk, aż po Tarnopol i Czerniowce.
Polski atut, zmarnowany przez Rosję, znalazł się w rękach Niemiec i Austro-Węgier. Przetaczający się przez ziemie polskie, i to kilkakrotnie, front pozostawił po sobie spalone wsie i miasteczka, zniszczone zasiewy, zdewastowane linie komunikacyjne. Taktykę spalonej ziemi z upodobaniem stosowały wojska rosyjskie, zwłaszcza podczas letniego odwrotu w 1915 r. Uparcie podążający za nimi legioniści z I Brygady wielokrotnie, szczególnie na Lubelszczyźnie, ratowali ludność przed pozbawieniem jej dachu nad głową czy przymusową ewakuacją w głąb Rosji. Wywołane zniszczeniami rany nigdy nie zdołały się zabliźnić.
Nowi okupanci, Niemcy, zaczęli w sposób celowy rujnować zdobyty kraj. Rekwirowano surowce, maszyny i urządzenia przemysłowe, konfiskowano nawet kościelne dzwony, ba – mosiężne klamki u drzwi! Grabiono płody rolne, zabierano chłopom żywy inwentarz (przede wszystkim konie), w sposób rabunkowy wycinano lasy. Ludność miast, otrzymująca kartkowe przydziały żywności, była niedożywiona, co dotykało zwłaszcza dzieci. Szerzyły się choroby zakaźne. Celowo wywoływane bezrobocie okupant traktował jako środek do zdobywania siły roboczej dla potrzeb własnego przemysłu – przewrotnie określano to mianem „zwalczania wstrętu do pracy”. Typowy, szczególnie w miastach, był obraz tasiemcowych kolejek po żywność. W miarę upływu czasu rosły zatem szeregi tych, którzy przygniatani coraz to dotkliwszymi ciężarami czasu wojny, czekali niecierpliwie na jej koniec, nie zwracając uwagi na polityczne przemiany, wywołane utratą przez Rosję ziem polskich. Na tym polu zaś działo się sporo.
Najbardziej owocną okazała się działalność przywódcy obozu niepodległościowego, Józefa Piłsudskiego. Latem 1915 r., wbrew stanowisku austrofilów, ogłosił on wstrzymanie werbunku do Legionów. Zapoczątkował tym samym akcję, której celem miało być wymuszenie na państwach centralnych konkretnych ustępstw w sprawie polskiej.
Po zajęciu Królestwa przez wojska państw centralnych jego obszar podzielono na dwa generalne gubernatorstwa (niemieckie z siedzibą w Warszawie i austro-węgierskie w Lublinie). Zmieniły się wówczas, i to radykalnie, warunki działania polskich obozów politycznych, jak i też cele, do których obozy te zmierzały. Od sierpnia 1915 r. głównym dążeniem obozu antyrosyjskiego (zwanego coraz częściej, od aktywnej politycznie postawy jego członków wobec nowej rzeczywistości, obozem aktywistycznym) stała się kwestia zabezpieczenia ziem polskich przed powrotem pod panowanie rosyjskie. Pasywiści, czyli dawni zwolennicy orientacji antyniemieckiej, zaczęli natomiast koncentrować swą uwagę na torpedowaniu kroków, które mogły doprowadzić do prób rozwiązania sprawy przynależności państwowej ziem polskich znajdujących się pod okupacją państw centralnych już w czasie wojny, przed decyzją kongresu pokojowego.
Obóz pasywistyczny utrzymał jednolitość aż do końca wojny. Aktywiści natomiast podzielili się na trzy odłamy: niepodległościowców, zwolenników oparcia sprawy polskiej o monarchię habsburską (austrofile) i nieliczną grupę, zorganizowaną przez Władysława Studnickiego, dążącą do ścisłej współpracy z Niemcami.
Najbardziej owocną, z polskiego punktu widzenia, okazała się wszakże działalność przywódcy obozu niepodległościowego, Józefa Piłsudskiego. Latem 1915 r., wbrew stanowisku skupionych w Naczelnym Komitecie Narodowym austrofilów, ogłosił on wstrzymanie werbunku do Legionów. Zapoczątkował tym samym akcję, której celem miało być wymuszenie na państwach centralnych konkretnych ustępstw w sprawie polskiej. Żądania polskiego wojska, podległego tylko polskiemu rządowi, wysuwali też w imieniu dowodzonych przez siebie oddziałów inspirowani przez Piłsudskiego wyżsi oficerowie legionowi (skupieni od lutego 1916 r. w Radzie Pułkowników). Akcja ta, przede wszystkim od połowy 1916 r., mogła mieć szanse powodzenia. Wojska państw centralnych, wykrwawiające się, zwłaszcza na froncie zachodnim, potrzebowały coraz pilniej uzupełnień. Żołnierz legionowy zaś okazał się żołnierzem znakomitym – swej wyjątkowej wartości bojowej dowiódł podczas letniej ofensywy wojsk rosyjskich, dowodzonych przez gen. Aleksieja Brusiłowa. Front austriacki pękł wówczas, na pozycjach pod Kostiuchnówką trwały tylko, walczące obok siebie, trzy brygady legionowe.
Legionowy żołnierz był podstawowym atutem Piłsudskiego, prowadzącego „licytacje” wzwyż w sprawie polskiej. Pierwsze prawdziwe podniesienie stawki nastąpiło jednak dopiero w listopadzie 1916 r.
Reglamentowana niezależność
Na przełomie lata i jesieni 1916 r. politycy państw centralnych doszli do wniosku, iż dalsza zwłoka w określeniu przyszłości ziem polskich, odebranych przez wojska niemieckie i austro-węgierskie Rosji, nie jest już możliwa. Wcześniejsze połowiczne kroki, w rodzaju zgody na otwarcie w Warszawie polskiego uniwersytetu i politechniki, zezwolenia na uroczyste obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja czy wprowadzenia w miastach Królestwa samorządu, były równoważone, i to z nadmiarem, przez rabunkową politykę gospodarczą, zacznie pogłębiającą i tak przecież trudne warunki wojennego bytowania.
Odczytana jednocześnie w Warszawie i Lublinie proklamacja zapowiadała utworzenie na ziemiach wydartych spod panowania rosyjskiego samodzielnego państwa „z dziedziczną monarchią i ustrojem konstytucyjnym”. Nie oznaczono jednak granic tego tworu.
Dopływ świeżego rekruta, wobec wykrwawiania się sił niemieckich we Francji, austro-węgierskich zaś we Włoszech, był pilnie potrzebny. Ceną za wystawienie przez Polaków sojuszniczej armii miało być zatem proklamowanie samodzielnego państwa polskiego. W taki to właśnie, w dużym uproszczeniu, sposób narodził się akt 5 listopada 1916 r.
Odczytana jednocześnie w Warszawie i Lublinie proklamacja zapowiadała utworzenie na ziemiach wydartych spod panowania rosyjskiego samodzielnego państwa „z dziedziczną monarchią i ustrojem konstytucyjnym”. Nie oznaczono jednak granic tego tworu, a już w cztery dni później warszawski generał-gubernator, Hans Beseler, wezwał Polaków, aby dobrowolnie zaciągali się… do organizowanego przez niego „polskiego” wojska. I choć sam akt wywołał – zwłaszcza pośród polityków aktywistycznych i sporej części opinii publicznej – niekłamany entuzjazm, to jednak nie wierzono nowym okupantom. Wezwanie Beselera spotkało się ze zdecydowaną kontrakcją, prowadzoną głównie przez zwolenników obozu niepodległościowego. Wywodzono, iż wezwanie do polskich szeregów rzucić może jedynie rząd narodowy, samą zaś armię formować powinny osoby cieszące się zaufaniem narodu, w pierwszym zaś rzędzie Józef Piłsudski.
Akt listopadowy przynieść miał mocarstwom centralnym podwójny zysk – z jednej strony przychylność polskiego społeczeństwa, z drugiej przejęcie inicjatywy w sprawie polskiej na arenie międzynarodowej. Wbrew tym intencjom dwucesarska proklamacja przyniosła jednak wymierne korzyści samym Polakom. Sprawa polska rzeczywiście nabrała od tego momentu charakteru międzynarodowego, nie stała się kartą przetargową w niemieckich czy austriackich rękach. Społeczeństwo polskie zaś, i to we wszystkich trzech zaborach, coraz niecierpliwiej oczekiwało na pełną, nielimitowaną przez okupantów, niepodległość. W Królestwie na podstawie tego aktu zaczęły się formować, początkowo jednak całkowicie zależne od władz okupacyjnych, zalążki polskiej władzy państwowej. Ich listę otworzyła, powołana do życia w początkach grudnia 1916 r., Tymczasowa Rada Stanu.
Tymczasowa Rada rozpoczęła swe prace dokładnie 14 stycznia 1917 r. Składała się ona z 25 mianowanych członków (15 z okupacji niemieckiej, 10 z austro-węgierskiej), zobowiązana natomiast została do wydawania swych opinii we wszystkich tych sprawach, w których mogłyby się do niej zwrócić władze okupacyjne. Jej główne zadanie sprowadzało się wszakże do wypracowywania projektów rozporządzeń
„ustanawiających wspólne przedstawicielstwo części Królestwa Polskiego”,
a także do przygotowania urządzenia polskiej administracji państwowej.
Na czele Rady, z tytułem Marszałka Koronnego, stanął Wacław Niemojowski – potomek rodziny wsławionej działalnością opozycyjną w czasach Królestwa Kongresowego i udziałem w powstańczym Rządzie Narodowym. Osobowością najsilniejszą był natomiast, kierujący komisją wojskową Rady, Józef Piłsudski (w końcu września zdymisjonowany z Legionów).
Koniec wojny zbliżał się zaś w sposób nieuchronny. Pierwszą zapowiedź nowych rozstrzygnięć przyniósł marzec 1917 r. W Rosji w wyniku rewolucji upadł carat.
Rada, pomimo krepującej jej działalność kurateli władz okupacyjnych i rosnącej niechęci polskiej opinii publicznej, okazała się w rezultacie instytucją o charakterze emancypacyjnym. Doprowadziła do przejścia w polskie ręce sądownictwa (1 września 1917 r.) i w miesiąc później szkolnictwa. Ona to rozpoczęła prace nad przygotowaniem kadry urzędniczej do wszystkich działów administracji – od urzędników sądowych, celnych, akcyzy, komunalnych po przyszłych dyplomatów. To wówczas stworzone zostały podwaliny pod własną służbę zdrowia, aparat skarbowy, samorząd lokalny. Formowano, bez oglądania się na koniec wojny, kadry, które później po listopadzie 1918 r. służyły centralnym i lokalnym instytucjom odrodzonej Rzeczypospolitej.
Koniec wojny zbliżał się zaś w sposób nieuchronny. Pierwszą zapowiedź nowych rozstrzygnięć przyniósł marzec 1917 r. W Rosji w wyniku rewolucji upadł carat. Powołana do życia 12 marca Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich zdecydowała się w dwa tygodnie później na wydanie orędzia do narodu polskiego. Stwierdzano w nim, iż Polska
„ma prawo być zupełnie niepodległa pod względem państwowym i międzynarodowym”.
W trzy dni później odezwę wydał Rząd Tymczasowy. I w niej przyznawano Polakom „pełne prawo stanowienia o swym losie”, jednak prawo to opatrzono dwoma istotnymi zastrzeżeniami. Zgodnie z pierwszym z nich państwo polskie miało być połączone z Rosją „wolnym sojuszem wojskowym”.
Co więcej, rosyjska konstytuanta miała wykreślić przyszłą wschodnią granicę państwa polskiego. Polska, z granicą na Bugu, byłaby zatem faktycznym wasalem swego potężnego wschodniego sąsiada. Deklaracja Rady Delegatów, choć bez wątpienia uczciwsza od orędzia Rządu Tymczasowego, nie była jednak oświadczeniem ciała rządowego. Stąd, zarówno w odczuciu polskiej opinii publicznej, jak też, co ważniejsze, rządów poszczególnych państw walczących, przesłoniła ją enuncjacja Rządu Tymczasowego.
Zwycięstwo rewolucji lutowej nie tylko wpłynęło na poprawę stanu sprawy polskiej na arenie międzynarodowej. Wypadki w Rosji równie wielki wpływ wywarły na zmianę postaw polskiego społeczeństwa, ugruntowały zapoczątkowaną aktem 16 listopada ewolucję tych postaw. Przede wszystkim nawet najbardziej bojaźliwi pozbyli się obaw przed powrotem wojsk rosyjskich, czyli, jak to złośliwie określała warszawska ulica, „powrotem taty”. Umożliwiało to coraz szersze angażowanie się w prace nad budową własnych, coraz mniej zależnych od okupanta instytucji życia publicznego. Wzmacniało wiarę, że czas pełnej niepodległości jest coraz bliższy.
Na własną rękę
Od wiosny 1917 r. następowała również znamienna ewolucja wewnątrz polskich obozów politycznych. Piłsudski był głęboko przekonany, że niebezpieczeństwo rosyjskie przestało być w chwili obecnej aktualne. Przekonywał więc działaczy obozu niepodległościowego, iż całą energię trzeba zwrócić przeciwko dwu pozostałym okupantom.
W początkach lipca 1917 r. Piłsudski postanowił przekreślić plany budowy armii polskiej u boku państw centralnych. Działo się to w sytuacji, gdy coraz powszechniej rozbrzmiewało żądanie utworzenia nie tylko niepodległej, ale i zjednoczonej Polski.
Zwolennicy Piłsudskiego zrywali tym samym z aktywizmem, nie chcąc już stwarzać nawet pozorów współpracy z władzami okupacyjnymi. Odmienne procesy zachodziły natomiast w obozie pasywistycznym. Tu dla odmiany część działaczy coraz wyraźniej zaczynała się skłaniać ku państwom centralnym w przekonaniu, że tylko siła, którą one właśnie dysponują, zabezpieczy ziemie polskie przed wstrząsami natury społecznej.
Tymczasem w początkach lipca 1917 r. Piłsudski postanowił ostatecznie przekreślić plany budowy armii polskiej walczącej u boku państw centralnych. Działo się to w sytuacji, gdy coraz powszechniej rozbrzmiewało żądanie utworzenia nie tylko niepodległej, ale i zjednoczonej Polski. Szczególnie dobitnie zaakcentowano je w rezolucji przedstawionej przez polskich parlamentarzystów z Galicji, kiedy to na wniosek Włodzimierza Tetmajera Sejmowe Koło Polskie opowiedziało się (28 maja 1917 r.) za odzyskaniem
„Niepodległości Zjednoczonej Polski z dostępem do morza”.
Dlatego też, na rozkaz Piłsudskiego, legioniści-królewiacy odmówili złożenia przysięgi, w której była mowa o braterstwie broni żołnierza polskiego z żołnierzami armii państw centralnych. W wyniku tej akcji Legiony niemal w całości zostały rozbite, sam zaś Piłsudski został aresztowany, a następnie internowany w Magdeburgu.
Komitet Narodowy Polski, który po krótkim pobycie w Szwajcarii przeniósł się do Paryża, pragnąc odgrywać rolę polskiego rządu, pełnił w istocie funkcję nieformalnego polskiego ministerstwa spraw zagranicznych.
W momencie, gdy w kraju aktywizm przeżywał ciężki kryzys, szczególnego rozmachu i znaczenia nabrała akcja prowadzona przez Polaków w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Jej mózgiem i motorem był przywódca Narodowej Demokracji, Roman Dmowski. Wyjechał on z Rosji już w listopadzie 1915 r., zamierzając być ambasadorem sprawy polskiej na Zachodzie. Po zwycięstwie rewolucji uznał, iż państw koalicji nie wiąże już wzgląd na Rosję i że w ich interesie leży poważne zajęcie się kwestią polską. W połowie sierpnia 1917 r. z inicjatywy Dmowskiego powstała więc organizacja mająca kierować polityką polską na zachodzie.
Był to Komitet Narodowy Polski, który po krótkim pobycie w Szwajcarii przeniósł się na stałe do Paryża. Dmowski został prezesem tego Komitetu. Sam zaś Komitet, pragnąc odgrywać rolę polskiego rządu, pełnił w istocie funkcję nieformalnego polskiego ministerstwa spraw zagranicznych i, przejąwszy opiekę nad tworzoną od lipca 1917 r. na terenie Francji armią polską, po części i funkcję ministerstwa wojny.
Tekst stanowi fragment książki „Dawniej to było. Przewodnik po historii Polski” (2019)
Całość publikacji dostępna w wersji drukowanej w księgarni internetowej ksiegarniaipn.pl
