Po kilku miesiącach internowani w Darłówku stali się niemal atrakcją turystyczną tej nadmorskiej miejscowości, coraz bardziej wtapiając się w krajobraz. Jeden z internowanych, Andrzej Drawicz, wspominał, jak latem wokół ośrodka dla internowanych kwitło wakacyjno-wczasowe życie:
„Śpiewy wczasowiczów, wieczorki zapoznawcze, a później pożegnalne, spacery i powroty z plaży. Bywało tak hucznie, że nie dawało się spać”.
Połowa 1982 r. to czas, kiedy samotność i apatia zaczynała doskwierać internowanym coraz bardziej. Po kilku miesiącach izolacji Stefan Niesiołowski pisał:
„Nowi [internowani – MM] z Białołęki problem czasu rozwiązują tak, że śpią do południa, a czasem nie idą nawet na obiad – żyją w łóżkach. Po obiedzie dzień mija szybciej […]”.
W innym miejscu:
„Tu jednak [w ośrodku odosobnienia w Darłówku – MM], w porównaniu z Jaworzem, nawet uprawianie sportu upadło. Nie mieliśmy do niczego zapału. Skończyły się wielkie dyskusje i spory pierwszych miesięcy, ospale szła nauka języków obcych, na wykłady chodziło się głównie dlatego, że były dziewczyny. Wbrew pozorom trudno pracować umysłowo w niewoli, to nie kwestia warunków – te mieliśmy przecież dobre, to przede wszystkim sprawa nastawienia psychicznego”.
Pomimo, że w ośrodku w Darłówku telewizory stały na korytarzach, internowani nie włączali ich, ostentacyjnie bojkotując reżimową telewizję. Zasadę bojkotu naruszono w czerwcu 1982 r. w czasie Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Część internowanych miała dylemat moralny: oglądać czy nie oglądać? Ustalono wówczas, że kto chce oglądać, ten może, kto nie chce, nie musi. Stojący na korytarzu telewizor wyniesiono do odrębnego pokoju, aby ci, którzy nie chcieli oglądać rozgrywek, mogli kontynuować bojkot telewizji.
„Chcących było sporo, i nikt im nie miał tego za złe, bo emocje grały i wiadomo było, że wojna kiedyś się skończy, a futbol zostanie”
– wyrozumiale konstatował Drawicz.
Nie rokowali pozytywnie co do przestrzegania porządku prawnego…
Internowani nie wiedzieli, jak długo będą przebywać w ośrodkach odosobnienia. Ich status został pomyślany w taki sposób, aby można ich było przetrzymywać bez określenia czasu. Internowanie było zatem czymś na kształt bezterminowego wyroku bez sądu, jednak, w odróżnieniu od prawomocnie skazanych, nie znali terminu wyjścia na wolność. Z dziennika Mieczysława Rakowskiego wynika, że gen. Wojciech Jaruzelski nie wiedział, jak wybrnąć z internowań. Na krajowej naradzie w czerwcu 1982 r. gen. Kiszczak oznajmił, że problem internowanych pozostaje dla resortu jednym z podstawowych, jaki należy rozwiązać, ponieważ „nie można ich w nieskończoność trzymać w ośrodkach odosobnienia”.
Zwolnienia internowanych były rozłożone w czasie. Każdego tygodnia na wolność wychodziły niewielkie grupy osób, ich liczba zatem powoli, acz systematycznie, spadała. Jednak, chcąc zrobić wrażenie z okazji święta 22 lipca (38. rocznicy ogłoszenia Manifestu PKWN), władze już kilkanaście dni wcześniej nakazały wstrzymanie zwolnień internowanych we wszystkich ośrodkach odosobnienia, by summa summarum uzyskać większy efekt propagandowy. Podobny manewr przeprowadzono z okazji 1 maja, zwalniając część kobiet wychowujących małe dzieci czy rolników przed żniwami. Na konferencji prasowej dla dziennikarzy polskich i zagranicznych 21 lipca Wiesław Górnicki poinformował, że
„z dniem dzisiejszym zwalnia się łącznie 1227 osób internowanych, takich, których postawa zapewnia, że nie podejmą działań sprzecznych z obowiązującym porządkiem prawnym”.
Podaną do publicznej wiadomości informację nieco zmanipulowano: faktycznie do zwolnienia przewidziano 913 osób, zaś pozostałym z tej liczby 314 osobom zezwolono na urlop, po którym mieli stawić się z powrotem w „swoich” ośrodkach odosobnienia. Faktycznie zaś w tych dniach (21-26 lipca) zwolniono 816 osób, w tym 104 kobiety. Przykładowo, w Wierzchowie Pomorskim zwolniono 29 osób, a 34 urlopowano. W izolacji pozostawało tam nadal 35 internowanych. Zwolnieniu nie podlegali ci, którzy zdaniem władz „nie rokowali pozytywnie co do przestrzegania porządku prawnego”.
Co prawda uchylono wówczas decyzje o internowaniu wobec wszystkich kobiet, zlikwidowano ośrodek odosobnienia w Gołdapi, który w całości przeznaczony był właśnie dla nich, niemniej po pewnym czasie ośrodek odosobnienia w Darłówku, w którym również przetrzymywano kobiety, na powrót zaczął się nimi zapełniać.
Ze zwolnieniem kobiet z okazji 22 lipca wiąże się również pewien incydent, który miał miejsce w ośrodku odosobnienia w Gołdapi. Sześć kobiet zwolnionych 23 lipca odmówiło opuszczenia ośrodka w proteście przeciwko pozostawieniu w ośrodku kilku z nich oraz zarządzeniu przez komendanta przeszukania rzeczy zwalnianych. 24 lipca do protestu dołączyło kolejnych 13 internowanych, które otrzymały postanowienia o zwolnieniu. Po południu uzyskano decyzje o uchyleniu wobec pozostałych czterech kobiet oraz odstąpiono od przeszukania. 23 kobiety wspólnie opuściły ośrodek w Gołdapi. Do sierpnia wciąż pozostawało czynnych sześć ośrodków: w Warszawie Białołęce, Darłówku, Kwidzynie, Strzebielinku, Rzeszowie Załężu i Grodkowie.
Uzasadnienia uchylania decyzji o internowaniu najczęściej motywowano ubieganiem się internowanych o leczenie szpitalne, wyjazdem za granicę, złożeniem oświadczenia o lojalności, brakiem cech przywódczych i autorytetu konkretnych osób w środowisku. Co charakterystyczne, kiedy zwalniano większą grupę internowanych, w prasie podkreślano, że było to zasługą wstawiennictwa różnych państwowych albo społecznych instytucji. I tak, uzasadniając zwolnienia z drugiej połowy lipca 1982 r., społeczeństwu przekazano komunikat, że minister spraw wewnętrznych polecił uchylić decyzje o internowaniu wobec wszystkich kobiet, ponieważ uwzględnił wniosek Prezydium Zarządu Głównego Ligii Kobiet. Nigdy jednak nie wymieniano takich instytucji czy organizacji jak Kościół, Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom, Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża czy znane autorytety, np. rektorzy niektórych uczelni wyższych.
Radość niektórych była jednak krótkotrwała, bowiem już w drugiej połowie sierpnia 1982 r. ośrodki odosobnienia ponownie zapełniły się internowanymi, co związane było z drugą rocznicą podpisania porozumień sierpniowych i demonstracjami, jakie miały miejsce w wielu miastach. Internowano wówczas także wiele przypadkowych osób, zdarzały się jednak przypadki ponownego internowania osób uprzednio zwolnionych. Ponownie wzrosła liczba ośrodków odosobnienia, a do dnia ich całkowitej likwidacji 23 grudnia 1982 r. istniało 13 ośrodków.
Trzeźwa i racjonalna kalkulacja politycznych zysków i strat
Dalsze znoszenie ograniczeń stanu wojennego, w tym ograniczenie stosowania internowania i znaczne zwolnienia internowanych, zapowiedział w październiku 1982 r. gen. Wojciech Jaruzelski. W ślad za jego przemówieniem poszła decyzja ministra spraw wewnętrznych, polecająca uchylić internowanie wobec 308 osób.
Był to miesiąc zmian także dla internowanych w Darłówku intelektualistów. Kazimierz Żygulski, który zastąpił w fotelu ministra kultury i sztuki Józefa Tejchmę, swoje urzędowanie rozpoczął od wystąpienia telewizyjnego, w którym oświadczył m.in., że na jego prośbę zostaną zwolnieni internowani ludzie kultury. Faktycznie w październiku i listopadzie spora część internowanych wyszła na wolność, choć wciąż nie wszyscy. Autor „Kadencji”, Jan Józef Szczepański, wspominał, że kiedy wspólnie z prezesem Pen-Clubu, Juliuszem Żuławskim, odwiedzili Żygulskiego, aby podziękować, a zarazem upomnieć się o resztę pozostających za murami ludzi, ten zareagował irytacją, choć ostatecznie oświadczył, że „zobaczy, co da się zrobić”. Zwolniono wtedy m.in. Wiktora Woroszylskiego, któremu wcześniej wielokrotnie odmawiano. Poeta, po przeczytaniu w „Życiu Warszawy” przemówienia nowego ministra kultury skonstatował, iż wbrew temu co sądził, jego zwolnienie nie było spowodowane ani stanem jego zdrowia, ani interwencjami Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża:
„Chodziło o wywianowanie nowego ministra, by wzmóc jego wiarygodność i pomóc złamać bojkot aktorski”.
Od końca października 1982 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nakazywało stałą weryfikację internowanych odnośnie skracania pobytu w ośrodkach odosobnienia. Ministerstwo oczekiwało także informacji zwrotnych, dotyczących możliwości zwolnień większych grup osób, ale przede wszystkim szukano możliwości ewentualnego postawienia części internowanych w stan oskarżenia oraz możliwości skłonienia niektórych z nich do wyjazdu za granicę. Pytano również, jaka ilość internowanych jest niezbędna dla utrzymania w kraju spokoju, co sugeruje, że pierwotnie zakładano pozostawienie pewnej grupy działaczy związkowych i opozycyjnych w ośrodkach odosobnienia na dłużej.
Niebagatelne znaczenie propagandowe miało zwolnienie z internowania w listopadzie 1982 r. Lecha Wałęsy. Wynikało ono, jak mówił na posiedzeniu Biura Politycznego 18 listopada 1982 r. gen. Czesław Kiszczak, „z trzeźwej i racjonalnej kalkulacji politycznych zysków i strat”.
Uchylenie internowania wobec Wałęsy w sytuacji, kiedy inni działacze związkowi i opozycyjni pozostawali w ośrodkach odosobnienia miało spowodować niechęć wobec niego, a przynajmniej osłabić mit sławy i popularności byłego przywódcy „Solidarności”. Zwłaszcza, że wysłany wcześniej przez niego list do gen. Jaruzelskiego, znany jako „list kaprala do generała”, dość powszechnie został odebrany jako deklaracja lojalności. Uwolnienie Wałęsy społeczeństwu przedstawiono jako gest dobrej woli ze strony władz. Miał on również uwiarygadniać dobre intencje partii i rządu wobec społeczeństwa, a szczególnie wobec opinii zagranicznej.
Jaka ilość internowanych jest niezbędna dla utrzymania w kraju spokoju?
Okres od połowy listopada 1982 r. władze wreszcie oceniły jako przełom „posiadający wszelkie cechy trwałości”. Uznały, że sytuacja w kraju uległa uspokojeniu, a wszelkie próby zorganizowania przez opozycję manifestacji ulicznych, związanych choćby z rocznicą Grudnia 1970 r., zostały ocenione jako desperackie. Zdawano sobie sprawę z rozbicia i osłabienia podziemia. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że na początku listopada formę internowania „cywilnego” zastąpiono internowaniem „wojskowym”.
Dane, przedstawiane m.in. przez służby milicyjne, pozwoliły na podjęcie decyzji o zawieszeniu stanu wojennego. Kolejne zwolnienia, z zawieszeniem stanu wojennego włącznie, poprzedzone były jednak swoistą grą medialną – np. 25 listopada 1982 r. w „Trybunie Ludu” opublikowano „Apel Komisji Inicjującej utworzenie tymczasowej Rady Krajowej PRON do Sejmu” o zakończenie stanu wojennego i zwolnienie wszystkich internowanych. 1 grudnia 1982 r. apel o zwolnienie wszystkich internowanych z województwa szczecińskiego, pozostających w ośrodkach odosobnienia w Wierzchowie Pomorskim, Darłówku i Strzebielinku wystosowało Prezydium Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego w Szczecinie. Prośbę PRON do komendanta wojewódzkiego MO zdecydowało się wesprzeć także Prezydium Wojewódzkiego Komitetu Frontu Jedności Narodu w Szczecinie na swym posiedzeniu 6 grudnia 1982 r.
Na tak przygotowanym gruncie, 13 grudnia 1982 r., na konferencji prasowej, Jerzy Urban w towarzystwie wiceministra, Zygmunta Rybickiego, ogłosił, że wkrótce instytucja internowania zostanie zniesiona. W ośrodkach odosobnienia przebywało wówczas ok. 200 osób. W dniu likwidacji ośrodków odosobnienia w całym kraju na zwolnienie oczekiwało 146 osób.
Likwidacja ośrodków odosobnienia, jak już wspomniano, nie dla wszystkich internowanych oznaczała wyjście na wolność. Przykładowo, spośród internowanych w Wierzchowie Pomorskim tymczasowo aresztowano 13 osób. Edmund Bałuka, zwolniony z ośrodka odosobnienia w Wierzchowie Pomorskim 3 czerwca 1982 r., został aresztowany tuż za bramą po jego opuszczeniu, a następnie przewieziony do aresztu śledczego w Szczecinie. De facto oskarżano go o działalność antypaństwową i dążenie do obalenia ustroju PRL. Został skazany na 5 lat pozbawienia wolności. 23 grudnia, na mocy postanowienia Naczelnej Prokuratury Wojskowej aresztowano internowanych dotąd siedmiu członków Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”: Andrzeja Gwiazdę, Seweryna Jaworskiego, Mariana Jurczyka, Karola Modzelewskiego, Grzegorza Palkę, Andrzeja Rozpłochowskiego i Jana Rulewskiego. Status internowanego na aresztowanego zamieniano także byłym działaczom Komitetu Obrony Robotników: Jackowi Kuroniowi, Janowi Lityńskiemu, Adamowi Michnikowi czy Henrykowi Wujcowi, których z ośrodka odosobnienia w Białołęce przewieziono do zakładu karnego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.
Ogółem w czasie trwania stanu wojennego decyzje o internowaniu na decyzje o zastosowaniu aresztu tymczasowego zamieniono wobec 424 osób, zaś wobec 120 spośród zwolnionych wszczęto postępowanie karne, ponieważ po wyjściu z ośrodka odosobnienia nie zaprzestali swej działalności.
