W niespełna miesiąc po uprowadzeniu z kraju przywódców Polski podziemnej do Moskwy udała się delegacja samozwańczego Rządu Tymczasowego. Celem owej „przyjacielskiej wizyty” było podpisanie traktatu „o przyjaźni, pomocy wzajemnej i współpracy powojennej”. Obowiązywać miał on dwadzieścia lat. Choć formalnie traktowano go jako wyraz wojennego sojuszu wymierzonego przeciwko Niemcom, w istocie był jednak kolejnym, nieuzgodnionym z zachodnimi aliantami Kremla, faktem dokonanym.
Stalin wzmacniał w ten sposób pozycję „własnego” rządu przed bliskimi już rokowaniami mającymi doprowadzić do jego reorganizacji oraz, w przeddzień założycielskiej konferencji ONZ, usiłował w ten sposób zapewnić w niej udział zwolennikom współpracy z Kremlem. Krok ten, podobnie jak przekazywanie polskiej administracji terenów Rzeszy po linię Odry i Nysy Łużyckiej (Armia Czerwona stała już wówczas pod Berlinem), wywołał ostre, werbalne protesty ze strony Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Pogłębiał się zatem proces uzależniania Polski i stabilizowania na jej obszarze władzy komunistycznej.
Zaciskająca się pętla
Jedynym ośrodkiem, zdolnym przynajmniej w symboliczny sposób wyrażać swój sprzeciw wobec dokonujących się rozstrzygnięć, był rezydujący nadal w Londynie legalny rząd RP. Nad Tamizą przewagę zyskiwali jednakże zwolennicy nie tyle kompromisu, co wręcz kapitulacji. Wymownym wyrazem tej postawy stała się deklaracja złożona przez Mikołajczyka 15 kwietnia. Były premier oświadczał w niej, że zamierza respektować decyzje jałtańskie „dotyczące przyszłości Polski”, jak też sformułowane tam propozycje odnośnie
„utworzenia reprezentatywnego rządu prowizorycznego jedności narodowej”.
Stanowisko to otwarło Mikołajczykowi drogę do stołu rokowań. Trudno się jednak dziwić, iż rząd RP uznał, że
„zgłasza się on jako spóźniony kandydat na uczestnika w rozmowach, które być może gdzieś się toczą”.
Polscy politycy łudzili się jeszcze, że prowadzą je wywiezieni do Moskwy przywódcy podziemia, toteż dodawali, że wystąpienie Mikołajczyka „może być tylko utrudnieniem obrony istotnych interesów Rzeczypospolitej”, sami zaś uprowadzeni politycy („szesnastka”)
„i tak znajdują się w warunkach nie dających im żadnej gwarancji swobodnej decyzji. Dla rozmówców sowieckich postawa p. St. Mikołajczyka może posłużyć jako taktycznie dogodna baza negocjacyjna”
– konkludowano.
O ile sama ocena postawy zajętej przez Mikołajczyka była trafna, to nadzieje co do losu „szesnastu” okazały się całkowicie złudne. Zgodę na przyjazd Mikołajczyka do Moskwy Mołotow wyraził 2 maja. O losach uwięzionych Polaków Stalin poinformował brytyjskiego premiera w dwa dni później, a 5 maja opublikowano w tej sprawie oficjalne oświadczenie agencji TASS. Aresztowanych oskarżano (głównie Okulickiego) o
„przygotowywanie i dokonywanie na tyłach Armii Czerwonej aktów dywersji” oraz o „utrzymywanie na tyłach naszych wojsk nielegalnych stacji nadawczych, co jest zakazane przez prawo”
– podkreślano cynicznie. Zapowiadano postawienie przywódców podziemia przed sądem, gdyż, jak
argumentowano,
„w ten sposób musi Armia Czerwona bronić swoich oddziałów i swoich tyłów przed dywersantami i burzycielami porządku”.
Zarówno ton oświadczenia TASS, jak i dobór użytych w nim argumentów wyraźnie świadczyły, iż to Stalin wyznaczał zachodnim demokracjom pole kompromisu w sprawie polskiej, lekceważąc przy tym ich zastrzeżenia i sprzeciwy. Była to kolejna zapowiedź nie tylko całkowitego podporządkowania Polski Moskwie. Był to również czytelny sygnał, iż ZSRR zamierza sięgnąć po dominację nad Europą.
Tak właśnie odczytał stanowisko zajmowane przez Stalina Churchill. W depeszy, wystosowanej do prezydenta USA w kilka dni po zakończeniu wojny w Europie, brytyjski premier stwierdzał bez ogródek:
„odczuwam głęboki lęk z powodu ich fałszywej interpretacji decyzji jałtańskich, ich postawy wobec Polski, ich przytłaczającego wpływu na Bałkanach z wyjątkiem Grecji, trudności, jakie czynią na temat Wiednia…”.
Churchill nie miał już wątpliwości, iż
„żelazna kurtyna została spuszczona wzdłuż ich frontu. Nie wiemy co się za nią dzieje”
– przyznawał.
Za żelazną kurtyną zausznicy Kremla usiłowali zaś, przy pomocy NKWD, zdusić wciąż istniejący opór cywilny i zbrojny. Opór społeczeństwa , pomimo rozkładu struktur państwa podziemnego, nie tylko trwał, ale wręcz wzmagał się. I choć w dalszym ciągu pacyfikowano wsie, choć rozbijano oddziały leśne, to jednak reprezentanci legalnych władz RP nie byli w stanie „opanować żywiołowego ruchu do lasu”. Z jednej strony, jak informował londyńską centralę Korboński, było to efektem masowych aresztowań i poboru do wojska, z drugiej – zjawisko to wywoływała
„mistyczna wiara ludności, że przeżywany okres jest przejściowym i że wkrótce będzie Polska prawdziwie niepodległa. Ten okres młodzież chce przeczekać w lesie, przynajmniej do zimy”
– podkreślał. Owe mistyczne nadzieje nie miały jednak pokrycia w rzeczywistości. Na Polskę „prawdziwie niepodległą” przyszło jeszcze czekać przez kilka dziesiątków lat.
Granice „kompromisu”
Obawy przed zaciąganiem żelaznej kurtyny, których zresztą Amerykanie jeszcze nie podzielali, nie przeszkadzały zachodnim politykom w kontynuowaniu wyprzedaży polskich interesów. W końcu maja reprezentanci nowego prezydenta USA, Harry’ego Trumana, podczas wizyty w Moskwie zgodzili się na dokonaną przez Stalina interpretację uchwał jałtańskich w sprawie trybu powoływania do życia polskiego rządu tymczasowego.
Jedynym ośrodkiem, zdolnym przynajmniej w symboliczny sposób wyrażać swój sprzeciw wobec dokonujących się rozstrzygnięć, był rezydujący nadal w Londynie legalny rząd RP. Nad Tamizą przewagę zyskiwali jednakże zwolennicy nie tyle kompromisu, co wręcz kapitulacji.
W tej sytuacji zastrzeżenia ze swej strony przestał zgłaszać Churchill, toteż 15 czerwca została ustalona lista osób, które miały wziąć udział w poprzedzających powołanie nowego rządu „konsultacjach”. Miały się one toczyć w Moskwie, a ze strony komunistów mieli w nich uczestniczyć: Bierut, Osóbka-Morawski, Gomułka i Władysław Kowalski.
Działaczy „demokratycznych” z kraju mieli reprezentować Wincenty Witos, Zygmunt Żuławski, Stanisław Kutrzeba, Adam Krzyżanowski i Henryk Kołodziejski, zaś polityków emigracyjnych: Mikołajczyk, Jan Stańczyk i Julian Żakowski. W dzień po skompletowaniu listy rozmówców radio moskiewskie podało informację o wyznaczeniu na 18 czerwca terminu procesu przywódców Polski podziemnej.
Była to nie tylko cyniczna demonstracja, ale i ważny, z punktu widzenia Stalina, polityczny test, mający ukazać, jaką granicę „kompromisu” skłonni są zaakceptować zwolennicy porozumienia z nową władzą, i przede wszystkim z Moskwą. Odmowa udziału w rozmowach, czym początkowo zagroził Mikołajczyk, oznaczała kolejny impas. Decyzja o udziale w nich – osłabienie i tak już wątłej pozycji tych, którzy w nowym rządzie mieli stać się przeciwwagą dla zauszników Kremla.
Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy
Wstępne rozmowy rozpoczęły się w Moskwie 16 czerwca. Nie brał w nich jednak udziału Witos (argumentował, że wyjazd uniemożliwia mu ciężka choroba), którego miejsce zajął Władysław Kiernik, ani Władysław Żakowski, zastąpiony przez przychylnie nastawionego do nowej władzy w Polsce działacza Związku Marynarzy, Henryka Kołodzieja. Strona promoskiewska została natomiast samowolnie poszerzona o wiceprezydenta KRN Stanisława Szwalbego, ministra spraw zagranicznych Rządu Tymczasowego Wincentego Rzymowskiego i ambasadora tegoż rządu w Moskwie, Zygmunta Modzelewskiego. Klimat owych rozmów charakteryzowała najlepiej wypowiedź Gomułki, skierowana pod adresem przybyłych z Londynu i kraju „demokratycznych” petentów:
„Nie obrażajcie się panowie, że my Wam tylko ofiarowujemy miejsca w rządzie takie, jakie my sami uznajemy za możliwe. Myśmy bowiem gospodarze. Wy zaś możecie stać się współgospodarzami Polski, jeśli zrozumiecie Wasze błędy i pójdziecie po drodze, którą idzie Rząd Tymczasowy. Porozumienia chcemy z całego serca, lecz nie myślcie, że jest to warunek naszego istnienia. Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”.
Gomułka nie mówił o kompromisie. Domagał się kapitulacji.
Złowrogim tłem dla „rozmów” był moskiewski proces „szesnastu”. Absurdalności i kłamliwości zarzutów oskarżeni przeciwstawić mogli jedynie godność osobistą. Wyroki, które zapadły 21 czerwca, w dzień podpisania porozumienia w sprawie poszerzenia składu KRN i powołania do życia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, były wysokie. Okulicki skazany został na 10 lat więzienia (najprawdopodobniej zamordowany 24 grudnia 1946 r.). Delegat Jankowski – na lat 8. Ministrowie Bień i Jasiukowicz – na 5. Na wolność, w 1949 r., wyszedł tylko Bień. Pozostałe wyroki były już niższe. Półtora roku otrzymał Pużak. Rok – Bagiński. Osiem miesięcy – Zwierzyński. Pół roku – Czarnowski. Po cztery miesiące – Chaciński, Mierzwa, Stypułkowski i Urbański, a Kobylańskiego, Stemlera-Dębskiego i Michałowskiego w ogóle uniewinniono. Wszyscy oni powrócili do Polski, a niektórzy nawet włączyli się do działalności politycznej.
Zarówno ton oświadczenia TASS, jak i dobór użytych w nim argumentów wyraźnie świadczyły, iż to Stalin wyznaczał zachodnim demokracjom pole kompromisu w sprawie polskiej, lekceważąc przy tym ich zastrzeżenia i sprzeciwy.
Proces moskiewski, poza czysto ludzkim wymiarem dokonującej się tam tragedii, miał też i wymiar symboliczny, gdyż, jak ujął to w swym oświadczeniu rząd RP, ludzie, którzy zasiedli na ławie oskarżonych, kierowali podziemną walką polskiego społeczeństwa z Niemcami. Dlatego też „na ławie oskarżonych w Moskwie znalazł się cały Polski Ruch Podziemny”, poprzez zaś obecność swych przedstawicieli najważniejsze polskie stronnictwa – SL, PPS, SN i SP.
Co więcej, „za działalność patriotyczną na własnej ziemi pociągnięte zostały przy użyciu podstępu przez sąd obcego państwa, wyłonione i uznane przez społeczeństwo władze, stanowiące integralną cześć legalnego Rządu Rzeczypospolitej Polskiej”, jeśli zaś dodać, że od 30 sierpnia 1944 r. AK uznana została przez zachodnie rządy za armię kombatancką, wymiar tragedii rysuje się jeszcze pełniej. Nie tylko ze względu na wiarołomność Moskwy. Również z powodu obłudnej, cynicznej i bezsilnej postawy zachodnich sojuszników.
Testament Polski Walczącej
Oświadczenie legalnych władz RP, podobnie jak protest przeciwko rezultatom moskiewskich ustaleń, nie mogło już niczego zmienić. 28 czerwca ukazał się komunikat o utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Na jego czele stał nadal Edward Osóbka-Morawski. Na kluczowych pozycjach znajdowali się działacze PPR i kryptokomuniści z koncesjonowanych partii (bezpieczeństwo – Stanisław Radkiewicz, przemysł – Hilary Minc, polityka zagraniczna – Wincenty Rzymowski, sprawiedliwość – Henryk Świątkowski, informacja i propaganda – Stefan Matuszewski, obrona narodowa – Rola-Żymierski).
Jedynym ustępstwem na rzecz wprowadzonych do rządu polityków z kraju i emigracji było powierzenie stanowiska jednego z wicepremierów (obok Gomułki) Mikołajczykowi. Pozostali pełnili role żywych atrap, obejmując resorty wyraźnie drugorzędne, takie jak pracę i opiekę społeczną (Jan Stańczyk) czy administrację (Władysław Kiernik). W momencie uznania rządu w Warszawie (4 lipca uczyniła to Francja, dzień później USA i Wielka Brytania) cofnięte zostało ono rządowi, na czele którego pozostawał nadal Tomasz Arciszewski.
W dzień po skompletowaniu listy rozmówców radio moskiewskie podało informację o wyznaczeniu na 18 czerwca terminu procesu przywódców Polski podziemnej.
W kilka dni po ukonstytuowaniu się TRJN zakończyła formalnie swój żywot Rada Jedności Narodowej. Jej ostatnim aktem była odezwa, przypominająca program Polski Walczącej i formułująca, niezwykle istotny, Testament Polski Walczącej. Domagano się w nim „opuszczenia terytorium Polski przez wojska sowieckie oraz przez rosyjską policję polityczną”, zaprzestania „prześladowań politycznych”, zjednoczenia i uniezależnienia Armii Polskiej, zaprzestania „dewastacji gospodarczej kraju przez władze okupacyjne”, dopuszczenia wszystkich polskich „stronnictw demokratycznych do udziału w wyborach pięcioprzymiotnikowych” i zapewnienia „niezależności polskiej polityki zagranicznej”. Obok tego postulowano „stworzenie pełnego samorządu terytorialnego, społeczno-gospodarczego i kulturalno-oświatowego”, uspołecznienia „własności wielkokapitalistycznej”, zorganizowania „sprawiedliwego podziału dochodu społecznego”, zapewnienia „masom pracujących współkierownictwa i kontroli nad całą gospodarką narodową oraz warunków materialnych zabezpieczających byt rodzinie i osobisty rozwój kulturalny”.
Opowiadano się też za swobodą „walki dla klasy robotniczej o jej prawa w ramach nieskrępowanego ruchu zawodowego”, o sprawiedliwe przeprowadzenie reformy rolnej, wreszcie o „oparcie powszechnego, demokratycznego nauczania i wychowania na zasadach moralnych i duchowych dorobku cywilizacji zachodniej i naszego kraju”. Był to program o niezmiennej trwałości, nad tezami którego warto z uwagą pochylić się i w dniu dzisiejszym.
Program ten ze sfery realnej szybko zaczynał przenosić się w świat symboli. Drogich, acz odległych. W kraju bowiem następowała – odmiennie jednak rozumiana – stabilizacja. Jej drogę wyznaczały zaś referendum i wybory.
Tekst stanowi fragment książki „Dawniej to było. Przewodnik po historii Polski” (2019)
Całość publikacji dostępna w wersji drukowanej w księgarni internetowej ksiegarniaipn.pl
