„Urodziłem się w 1930 roku w sierpniu w Puławach, które były tak samo rodzinnym miastem moich rodziców, Barbary z domu Dysput i Stanisława Stankiewicza. Puławy zamieszkane były tak w co najmniej trzydziestu procentach przez Żydów i moi rodzice mieli z nimi nawet bliskie relacje. Brali oni czynny udział przede wszystkim w życiu gospodarczym, bo to byli przeważnie rzemieślnicy i zajmowali się handlem, rzemiosłem, ale również pamiętam, że jeździło się do lekarza, który też był Żydem. Najlepsza w Puławach cukiernia była również w rękach żydowskich. Tak że jeżeli chodzi o moją rodzinę, to w zasadzie było normalne współżycie między ludźmi. Nie było jakichś kłopotów, no normalne życie.
I podczas tej okupacji od razu dało się zauważyć, kiedy weszli Niemcy, że szczególną dyskryminacją objęli właśnie Żydów. Więc ci Żydzi z Opola Lubelskiego przychodzili do ojca, były narady, co to będzie dalej.
Kto miał jakąś pretensję do Żyda w interesach jakichś, no to miał. Ale w mojej rodzinie się tego nie odczuwało i pamiętam na tych posadach, kiedy mieszkaliśmy w leśniczówkach, również docierali tam Żydzi w interesach. Kupowali drewno, zajmowali się handlem obwoźnym i przyjeżdżali ze swoimi towarami.
Bo taka leśniczówka musiała być samowystarczalna. Były to obiekty do wojny bez prądu elektrycznego, bez jakichś specjalnych dróg. No i nastąpiła okupacja. I podczas tej okupacji od razu dało się zauważyć, kiedy weszli Niemcy, że szczególną dyskryminacją objęli właśnie Żydów. Więc ci Żydzi z Opola Lubelskiego przychodzili do ojca, były narady, co to będzie dalej.
No i ich prawa były ograniczane przez to, że zakazywano im handlu, zakazywano im tych usług. Zaczęto ich organizować i zaczęły powstawać getta. Oznakowano ich opaskami z gwiazdą Dawida. Byli dyskryminowani, a to budziło niesmak i chęć działania. Skarżyli się, jak jeszcze docierali do nas. A jednocześnie zaczął się organizować ruch oporu, moja rodzina i leśniczówka była jednym takim ogniwem”.
Była chęć pomocy Żydom
„Więc pamiętam, jak najpierw powstawało ZWZ. Przychodzili różni znajomi, koledzy ojca, zaczęła powstawać organizacja. Stawał też temat, jak Żydom pomóc. Kiedy powstały getta, jeszcze nikt nie wiedział, że będzie coś takiego jak Holokaust. Że będzie takie masowe morderstwo. Dochodziły wieści o tym Mein Kampf, które napisał Hitler, więc spodziewaliśmy się czegoś, bo on tam uszeregował już według tej teorii rasistowskiej, jakie będą losy Żydów i Słowian w Europie.
Była chęć pomocy Żydom. Mieli oni ograniczone możliwości zdobywania środków do życia, bo jak był ograniczony handel, ich kontakty z ludnością aryjską, to zagrażało to ich egzystencji podstawowej. Nie mogli po prostu zarabiać. Więc ojciec z kolegami z konspiracji wymyślił taką rzecz: wystąpił do Arbeitsamtu w Opolu Lubelskim, gdzie było zorganizowane getto, o przydział robotników żydowskich do prac leśnych, a było to zakładanie szkółek, wyręby, takie różne prace.
No i Niemcy na to się zgodzili, dlatego że Żydzi byli i tak pędzeni do robót publicznych, siłą zmuszani, bez żadnych ekwiwalentów. Przydzielili ojcu takie komando trzydziestu Żydów. To oczywiście było z niektórymi znajomymi Żydami już uzgodnione, żeby się zgłosili do tej pracy. Nadzór nad komandem miał mieć żydowski policjant. Było pewne ryzyko, dlatego że właściwie ta praca nie była potrzebna i była to fikcja, bo przecież ci ludzie to byli ludzie innych zawodów. Do tej pracy akurat może się nie nadawali, ale chodziło o to, żeby mieli kontakt z ludnością aryjską.
W czterech ziemiankach w różnych punktach lasu rozlokowali się ci ludzie. W lesie olszowym na takich bagnach, gdzie był bardzo trudny dostęp, na środku zwalone drzewa i wyglądało to na naturalne. Sześć osób ukrywało się w budynkach gospodarskich naszej leśniczówki nad oborami.
To była taka pierwsza pomoc na przetrwanie trudnej sytuacji, żeby tym Żydom pomóc. No i komando miało dochodzić do pracy pieszo i na wieczór wracać do getta. Więc ojciec znowuż mówi: »Przecież to nie ma sensu. Jeżeli mają przyjść dziesięć kilometrów na piechotę, to ile zostanie na pracę, jak mają wrócić na wieczór na godzinę szóstą?«.
Więc znów uzgodnił z Arbeitsamtem, że zorganizuje kwatery w pobliskich wsiach Niedźwiada Duża, Niedźwiada Mała i Głodno. Żydzi będą pracować pięć dni, a tylko na sobotę i niedzielę będą wracać do getta. No i Niemcy również na to się zgodzili. Pozałatwiał te kwatery i w praktyce to miało wyglądać tak, że oni będą przychodzili na zbiórkę do leśniczówki, uzbrajali się tam w narzędzia, którymi mieli pracować w lesie, ale do pracy szły tylko cztery osoby, na przykład jako dyżurni tam gdzieś przy szkółce, a reszta wracała na kwatery i tam na tych kwaterach z ludnością wiejską wymieniali swoje usługi.
Jak byli krawcy, to szyli odzież, a zapotrzebowanie było duże, bo przecież przed tym było tak samo, że właściwie ta ludność wiejska w mieście zaopatrywała się w obuwie, w ubrania. I oni będą tam robić, co kto umie. I tak to trwało. Przyprowadzał ich ten żydowski policjant – wiedeńczyk. Tam był policjantem, więc uważał, że tu będzie policjantem, a przy tym liczył, że jako funkcjonariusz będzie miał jakiś inny status. I ten proceder kwitł, a okazało się później, że do tego komanda, które tam lasem przechodziło, oficjalnie przez bramę getta, po drodze dobijali członkowie rodzin i szli na te kwatery. Żydzi zajmowali się tym samym co wcześniej.
To było zagłębie tytoniowe i ci rolnicy płacili im za usługi głównie żywnością, bo w getcie zaczął panować głód, ale i tytoniem. Tytoń przerabiało się na papierosy i znów się handlowało. I tak to wszystko kwitło do czasu, kiedy nastąpiło to rozporządzenie gubernatora Franka o ściąganiu wszystkich komand, w których pracowali Żydzi, do getta i punktów wyznaczonych. Było podane, że jeżeli kto będzie Żydów zatrzymywał, przetrzymywał, przechowywał, udzielał jakiejkolwiek pomocy, to będzie karany śmiercią. No i wtedy rzeczywiście zabawa się skończyła.
I pamiętam, nocami pod leśniczówką było może dwustu, może więcej, może mniej Żydów, którzy tam stali i były narady po nocach. Żydzi już nie mogli funkcjonować oficjalnie. Co dalej robić? Ponieważ był termin wyznaczony, więc musiały nastąpić decyzje. Sześćdziesiąt osób z tych wszystkich powiedziało, że postanawia się ukrywać w lesie i do getta nie wróci.
Niektórzy z nich już zawarli pewne znajomości na tych wsiach i tam się gdzieś ulokowali. Coś trzeba było zrobić. Więc ojciec z ludźmi zaufanymi z konspiracji postanowił wykopać ziemianki w różnych punktach lasu. Oczywiście było to na wzgórkach, żeby nie zalewała ich woda. Ziemianki były zamaskowane. No i tam w jednej z nich to nawet ukryło się około trzydziestu Żydów z rodzinami, były i dzieci. W czterech ziemiankach w różnych punktach lasu rozlokowali się ci ludzie. W lesie olszowym na takich bagnach, gdzie był bardzo trudny dostęp, na środku zwalone drzewa i wyglądało to na naturalne. Sześć osób ukrywało się w budynkach gospodarskich naszej leśniczówki nad oborami”.
Dalsze losy
Krótko po zakończeniu wojny były członek lokalnego oddziału Armii Ludowej, wówczas już milicjant, złożył donos do NKWD, że Stankiewicz był żołnierzem AK. Ostrzeżony o zagrożeniu, musiał uciekać. Po pewnym czasie otrzymał posadę leśniczego w Sterdyni koło Sokołowa Podlaskiego, gdzie dołączyła do niego reszta rodziny.
Tu kontynuował współdziałanie z żołnierzami antykomunistycznego podziemia. Należał do Zrzeszenia WiN oraz NZW. Zapewniał zaplecze kwatermistrzowskie m.in. żołnierzom pozostałym z oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” z 6 Brygady Wileńskiej WiN, z którym miał bezpośredni kontakt.
W sierpniu 1947 r. Stanisław Stankiewicz został porwany z leśniczówki przez ubranych po cywilnemu funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Osadzono go w ubeckiej katowni na warszawskiej Pradze przy ul. Sierakowskiego 7.
Tadeusz Stankiewicz:
„Jak się później okazało, ojciec żył trzy dni. Był poddany brutalnemu śledztwu, miał złamane żebro wbite w wątrobę. Kiedy umierał, to śledczy wynieśli go na trzecie piętro przy ulicy Sierakowskiego 7 i zrzucili. Napisali raport, że aresztowany popełnił samobójstwo, uciekając, skacząc z piętra”.
Było to 12 sierpnia 1947 r. Rodzina przez długie lata żyła nadzieją, że może ojca wywieziono na Wschód.
* * *
Zachował się małoobrazkowy film diapozytyw niemieckiej firmy „Agfa”, ze zdjęciami wykonanymi przez rodzinę Stankiewiczów w opisywanym okresie, w latach 1942–1943. Po naświetleniu został wysłany do Berlina i wrócił stamtąd wywołany. Odbitki z niego rodzina wykonała dopiero niedawno.
W listopadzie 1986 r. Instytut Yad Vashem odznaczył Stanisława i Barbarę Stankiewiczów medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. W styczniu 2006 r., w wyniku interwencji Michała Grynberga z Żydowskiego Instytutu Historycznego wspartej relacjami jednego z uratowanych Żydów oraz świadków zdarzeń, medalem został uhonorowany również Tadeusz Stankiewicz i pośmiertnie jego siostra Barbara. W uroczystości wręczenia certyfikatów 22 lipca 2021 r. uczestniczył naczelny rabin Polski Michael Schudrich.
Szczątki Stanisława Stankiewicza zostały odnalezione 19 maja 2021 r. na cmentarzu Powązki Wojskowe przez pracowników Biura Poszukiwań IPN i zidentyfikowane na podstawie DNA pobranego od Tadeusza Stankiewicza.
22 lipca 2021 r. na uroczystości w Belwederze wnuczka Stanisława Elżbieta Stankiewicz-Szynka odebrała z rąk prezesa IPN dr. Karola Nawrockiego oraz zastępcy prezesa dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka certyfikat identyfikacji. Wolą i marzeniem Tadeusza Stankiewicza było, aby szczątki jego ojca były pochowane w Panteonie – Mauzoleum Wyklętych-Niezłomnych na „Łączce”.
Córka Tadeusza Stankiewicza Elżbieta Stankiewicz-Szynka w towarzystwie Naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha oraz Zastępcy Prezesa IPN dr. Mateusza Szpytmy, Belweder, 22 lipca 2022 r. Fot. Piotr Życieński
Tekst pochodzi z numeru 3/2023 „Biuletynu IPN”
