Tego dnia Zagórze - wówczas odrębną miejscowość, obecnie dzielnicę Sosnowca - w związku z obchodami 15. rocznicy powstania PKWN miała wizytować delegacja rządowa. W jej składzie był I Sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, sowiecki premier i Sekretarz Generalny KPZR Nikita Chruszczow oraz Edward Gierek, pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach.
Dwie bomby
Gdy wszystko było już przygotowane na przyjęcie delegacji, na trasie planowanego przejazdu ulicą Armii Czerwonej w Zagórzu wybuchła bomba ukryta w koronie drzewa. Nikt nie odniósł obrażeń, posypały się jedynie gałęzie. Zamachowiec najwyraźniej źle oszacował czas. Delegacja przejechała, bowiem dopiero godzinę później nieświadoma, że jakiś zamach na nią miał miejsce. Jednak nie uszedł on uwadze „bezpieki”. Ze względu na znaczenie dygnitarzy i niewygodny politycznie wymiar incydentu, władze natychmiast zarządziły blokadę informacyjną, a służby przystąpiły do poszukiwań zamachowca.
Jednak pomimo nadanego dochodzeniu priorytetu, przesłuchania kilkuset osób i aresztowania niemal 80 podejrzanych, rozwikłanie sprawy szło ślamazarnie. Znalezione na miejscu resztki bomby niczym szczególnym się nie charakteryzowały, w górniczym rejonie o materiały wybuchowe było łatwo, ludzi mających odpowiednią wiedzę sporo, więc i krąg podejrzanych był duży, a do tego nie było ofiar wybuchu, co obniżało status poszukiwań.
Ostatecznie zatrzymani zostali zwolnieni, kompromitująca władze nieudolność organów ścigania wyciszona, a samo dochodzenie umorzone 27 lutego 1961 r. z powodu niewykrycia sprawcy.
Prawdopodobnie tak by zostało, gdyby nie drugi zamach, przeprowadzony ponad dwa lata po pierwszym, 3 grudnia 1961 r. w tym samym Zagórzu przy okazji przejazdu kolejnej delegacji rządowej, tym razem tylko z Władysławem Gomułką. Ten zamach pociągnął już za sobą ofiary śmiertelne – choć tylko spośród osób postronnych, bo samemu politykowi nic się nie stało – więc śledczy z większą motywacją przystąpili do działań operacyjnych.
Przy okazji drugiego wybuchu wrócono do pierwszego, zbliżonego w przebiegu i metodach, wytypowano krąg sprawców i ostatecznie aresztowano Stanisława Jarosa i dwóch jego wspólników. W ich identyfikacji pomogło też stworzenie przez „bezpiekę” po wybuchu w 1959 r. rozległej sieci informatorów w regionie. To, co obecnie wiemy o sprawcy i motywach jego działania, pochodzi z postępowania w sprawie drugiego wybuchu.
Od kryminalisty do „dysydenta”
Stanisław Jaros urodził się w Zagórzu w powiecie będzińskim w 1932 r. Pochodził z rodziny robotniczej. Ukończył 6-letnią szkołę podstawową oraz jeden rok zasadniczej szkoły zawodowej, poza tym był samoukiem. Od młodości interesował się urządzeniami elektrycznymi i radiotechnicznymi, miał zamiłowanie do majsterkowania, pirotechniki i materiałów wybuchowych. Często chodził po okolicy i zbierał pozostałości po wybuchach górniczych. Od młodości miał też konflikty z prawem. Wielokrotnie dokonywał kradzieży, za które był skazywany, po raz pierwszy w wieku 14 lat.
W 1946 r. został skazany za kradzieże na umieszczenie w zakładzie poprawczym, ale wykonanie sąd zawiesił, oddając go pod dozór matki. W 1947 r., gdy jako uczeń ZSZ pracował Sosnowieckich Zakładach Budowy Kotłów, został zatrzymany przez ochronę podczas wynoszenia skradzionych z zakładu rzeczy. W wyniku tego zatrzymania dokonano rewizji w jego mieszkaniu i wykryto inne skradzione rzeczy oraz amunicję. W 1948 r. został aresztowany za kradzież narzędzi elektromonterskich. Sądzony, został skazany na 2 lata ograniczenia wolności w zawieszeniu i oddany pod dozór kuratora W więzieniu był kilka miesięcy do uprawomocnienia się wyroku, potem został zwolniony. Nadal jednak dokonywał, razem z kolegami, włamań i kradzieży.
Kryminalny wymiar jego działań z czasem przybrał odcień polityczny. Jak zeznał podczas śledztwa po zamachu w 1961 r., planował ucieczkę za granicę do krajów kapitalistycznych, ponieważ jednak dowiedział się, że korzystniejsze będzie dla niego uciekać nie jako zwykły zbieg i przestępca, ale uciekinier polityczny, postanowił wykazać się jakąś działalnością przeciwko PRL. Stąd miały wywodzić się jego liczne akty dywersyjno-sabotażowe na infrastrukturę elektryczną, telekomunikacyjną i inną (m.in. wysadzenie górniczej koparki, co uniemożliwiło wydobycie węgla, próba uszkodzenia linii prądu w celu unieruchomienia produkcji w Sosnowieckich Zakładach Budowy Kotłów, próba zniszczenia rozdzielni w elektrowni Będzin, zniszczenie napowietrznego transformatora kopalni Kazimierz, a w rezultacie odcięcie dopływu prądu do kopalni i pobliskich osiedli mieszkaniowych, przerwanie połączenia telefonicznego na głównej arterii PKP i zatrzymanie ruchu na kilka godzin jakoby w „politycznym odwecie” za podwyżkę cen biletów), a następnie zamachy na przywódców politycznych. Jak zeznał w 1961 r., chciał zrobić coś na większą skalę, dzięki czemu zyskałby miano wielkiego zamachowca w kraju i za granicą, jako działacz antykomunistycznej konspiracji.
Utajniony zamach
Odpowiednia okazja nadarzyła się 15 lipca 1959 r., gdy Zagórze wizytowała delegacja partyjno-rządowa. Jak Jaros mówił o swoich motywach:
„Zamiarem moim było dać wyraz w imieniu społeczeństwa opozycji politycznej wobec nie tylko przedstawicieli rządu PRL, lecz również gości – delegacji ZSRR na czele z Chruszczowem”.
Trasa przejazdu była mu znana, bo prasa zamieściła mapkę, a MO prowadziło próby szyków zabezpieczających, co dało zamachowcowi wskazówki odnośnie dogodnego miejsca. Po rozeznaniu w terenie ostatecznie wybrał dwa rozłożyste drzewa przy trasie, których korony umożliwiały ukrycie ładunków wybuchowych. Bombę skonstruował własnoręcznie ze starego żelazka, które wypełnił materiałem wybuchowym. Około godz. 14.30, korzystając z tego, że uwaga zgromadzonych koncentrowała się na trasie przejazdu delegacji, niezauważony przez nikogo dokonał detonacji bomby. Potem posprzątał pozostałości i poszedł do domu.
Niezwłocznie rozpoczęto śledztwo, które wkrótce utknęło w martwym punkcie. Aparat bezpieczeństwa i cenzura zadbały, by ze względu na „ważny interes publiczny i bezpieczeństwo państwa” do mediów nie przedostały się żadne informacje o incydencie. Z powodu blokady informacyjnej Jaros nie uzyskał zamierzonego efektu w postaci rozgłosu – ani w kraju, ani tym bardziej za granicą. W swoich rachubach „politycznych” nie wziął pod uwagę sposobu działania mediów w państwie komunistycznym.
Wobec niepowodzenia pierwszej próby, Jaros powziął decyzję o drugiej. Zrealizował ją w 1961 r. Został skazany na karę śmierci za zamach na wysokiego przywódcę politycznego, któremu się nic nie stało, a nie za tragedię przypadkowych ofiary cywilnych, które poniosły wówczas śmierć. Wyrok wykonano 5 stycznia 1963 r. przez powieszenie.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
