Rezerwę zachowywała krakowska Komisja Likwidacyjna, natomiast zdecydowanie negatywnie odnosił się do niego dzielnicowy rząd reprezentujący zabór pruski – Komisariat Naczelnej Rady Ludowej, rezydujący w Poznaniu. Poznańscy politycy, którzy to powołali Komisariat do życia 14 listopada, niedwuznacznie dawali wyraz swemu przeświadczeniu, że Piłsudski, właściwy twórca gabinetu Moraczewskiego, jest zbyt „czerwony”, toteż nie mieli zamiaru mu się podporządkowywać.
Narodowi demokraci, mający pośród ludności zaboru pruskiego dominujące wpływy, pogodziliby się ze stołeczną rolą Warszawy jedynie w przypadku, gdyby na czele rządu stanął polityk związany z nimi.
Sytuację polityczną na ziemiach polskich oceniali zgodnie z sugestiami płynącymi z siedziby Komitetu Narodowego Polskiego z Paryża, gdzie dominowało przeświadczenie, iż o losie Polski zadecyduje stanowisko zwycięskich aliantów. Narodowi demokraci, mający pośród ludności zaboru pruskiego dominujące wpływy, pogodziliby się ze stołeczną rolą Warszawy jedynie w przypadku, gdyby na czele rządu stanął polityk związany z nimi.
Na rzecz takiego właśnie kandydata – Wojciecha Korfantego – organizowano również w Warszawie potężne manifestacje, jednak Piłsudski, gotów zaakceptować kompromis, nie miał zamiaru ulegać politycznej presji ze strony swych oponentów.
Sytuacja rewolucyjna?
Sugerowanie, że Piłsudski zamierza przeprowadzać w Polsce „socjalne eksperymenty” podobne do tych, które miały miejsce w porewolucyjnej Rosji, mogło być dogodnym, choć nie odpowiadającym prawdzie, argumentem propagandowym w prowadzonej przez prawicę walce o władzę. Nie ulega jednak wątpliwości, że przede wszystkim w Królestwie, a po części i w Galicji, można było dostrzec rosnącą radykalizację społeczeństwa.
Działacze komunistyczni, wierząc zarówno w nieuchronność, jak i bliskość wybuchu rewolucji ogólnoeuropejskiej, negowali potrzebę budowy własnej państwowości. Walkę o wytyczenie granic oceniali jako reakcyjny kamuflaż, służący niszczeniu rewolucyjnego nastroju.
Opacznie byłoby wyrokować, że w kraju dojrzewała „sytuacja rewolucyjna”, ale jest faktem, że już od początku listopada tworzyły się rady delegatów robotniczych, a tu i ówdzie chłopskich. Najwcześniej, bo już 5 listopada, rada delegatów zawiązała się w Lublinie, najradykalniejsze oblicze miały zaś rady na terenie Zagłębia Dąbrowskiego. Z prób tego typu, podejmowanych na wsi, najbardziej znaną było powołanie do życia lokalnej władzy o charakterze rewolucyjnym w postaci tzw. republiki tarnobrzeskiej. Radykalizm społeczny sprzyjał też pojawianiu się na scenie politycznej skrajnych ugrupowań.
Na lewicy byli nimi komuniści. W połowie grudnia 1918 r. doszło do powstania, z połączenia się SDKPiL oraz PPS-Lewicy, Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Nie posiadała ona ani większych wpływów, ani zaplecza społecznego. Działacze komunistyczni, wierząc zarówno w nieuchronność, jak i bliskość wybuchu, w pierwszym rzędzie w Niemczech, rewolucji ogólnoeuropejskiej, negowali potrzebę budowy własnej państwowości. Walkę o wytyczenie granic oceniali jako reakcyjny kamuflaż, służący niszczeniu rewolucyjnego nastroju panującego, ich zdaniem, pośród klasy robotniczej. Przyjęcie tych właśnie założeń programowych, i to wbrew taktycznym zaleceniom Lenina, sprawiło, iż komuniści ani u progu niepodległości, ani w późniejszym czasie (nawet po rewizji swego programu przeprowadzonej w 1923 r.) nie stali się siłą mogącą w jakikolwiek znaczący sposób wpływać na polityczny i społeczny kształt II Rzeczypospolitej. Pozostawali, rzec można, z własnego wyboru, aż do rozwiązania w 1938 r., politycznym marginesem.
Dwie koncepcje
U schyłku 1918 r. w walce o oblicze Polski zderzyły się ze sobą dwie generalne tendencje. Pierwsza, reprezentowana przez Piłsudskiego i wspierający go obóz belwederski, zmierzała do możliwie szybkiego i trwałego zakończenia budowy aparatu władzy po to, by całą uwagę skoncentrować na budowie wojska, niezbędnego dla zabezpieczenia płynnych przecież granic. O społeczno-ustrojowym kształcie państwa zadecydować miał Sejm, aczkolwiek niektóre działania podjęte przez rząd Moraczewskiego, zwłaszcza w zakresie ustawodawstwa socjalnego, świadczyły o tendencjach do praktycznego zrealizowania programu zapowiadanego manifestem rządu lubelskiego.
Koncepcja, wyrazicielem której był przede wszystkim paryski Komitet Narodowy Polski i jego, związani w przeważającym stopniu z Narodową Demokracją, krajowi zwolennicy, próbowała na gruncie wewnętrznym nie dopuszczać do zbyt daleko idących ustępstw o charakterze socjalnym.
Nad rozwiązaniami tymi nie sposób przejść do porządku dziennego, gdyż przyjęte w Polsce postanowienia zaliczyć można do najbardziej postępowych i korzystnych dla świata pracy rozwiązań z tego zakresu w ówczesnej Europie. Najważniejsze spośród nich to dekret rządu z 23 listopada 1918 r. (skorygowany ustawą sejmową z 18 grudnia 1919 r.), na mocy którego wprowadzony został 8-godzinny dzień pracy i 46-godziny tydzień pracy. Inne, nie mniej istotne postanowienia, przynosił dekret z 3 stycznia 1919 r. o funkcjonowaniu inspekcji pracy, a 11 stycznia opublikowano kolejny, wprowadzający zasadę obowiązkowości i powszechności ubezpieczenia robotników na wypadek choroby.
Koncepcja druga, wyrazicielem której był przede wszystkim paryski Komitet Narodowy Polski i jego, związani w przeważającym stopniu z Narodową Demokracją, krajowi zwolennicy, próbowała na gruncie wewnętrznym nie dopuszczać do zbyt daleko idących ustępstw o charakterze socjalnym. Natomiast w polityce zewnętrznej liczono przede wszystkim na pomoc i życzliwość państw Ententy, zwłaszcza Francji. Wobec niemożności powrotu do kraju Dmowskiego, człowiekiem, który miał „zatrzymać generała Piłsudskiego na drodze wiodącej do bolszewizmu”, według zwolenników obozu prokoalicyjnego miał być Ignacy Paderewski.
Paderewski, formując złożony z fachowców, pozapartyjny gabinet, liczył zapewne na swój olbrzymi autorytet.
Genialny muzyk zmierzał zaś do Warszawy w końcu grudnia 1918 r. przez Gdańsk i Poznań. W tym ostatnim mieście jego pojawienie się stało się sygnałem do rozpoczęcia zbrojnego zrywu, co dawało Paderewskiemu moralne prawo do powoływania się na mandat ze strony walczącej dzielnicy. Entuzjastycznie witano go we wszystkich miastach, w których zatrzymywał się oddany do jego dyspozycji pociąg. W stolicy zaś przyjęty został niczym panujący monarcha – owacje pod „Bristolem” uniemożliwiały mu wręcz wygłoszenie starannie przygotowywanych oracji. Nie ulega wątpliwości, że w pierwszych dniach stycznia nie było w Polsce osoby, mogącej dorównać Paderewskiemu popularnością. W wielu oczach jawił się jako jedyny kandydat godny objęcia urzędu prezydenta odradzającej się Rzeczypospolitej. Faktyczna władza znajdowała się jednak w rękach Piłsudskiego.
Przyjęcie odpowiedzialności
Początkowo z Piłsudskim nie zamierzano paktować. Wysłannik komitetu paryskiego, przybyły do kraju przed Paderewskim, Stanisław Grabski, choć prowadził z Tymczasowym Naczelnikiem rozmowy, w gruncie rzeczy inspirował działania, które doprowadziłyby do jego usunięcia i to nawet siłą. I rzeczywiście, w pierwszych dniach stycznia, gdy Paderewski wyjechał z Warszawy do Krakowa, do akcji wkroczyli zamachowcy. Przewodzili im Marian Januszajtis i Eustachy Sapieha. Zamach, źle przygotowany, nie powiódł się. Co prawda niektórych ministrów aresztowano, niektórych (ministra spraw wewnętrznych Stanisława Thugutta) usiłowano skrytobójczo pozbawić życia, ale nie zdołano schwytać Piłsudskiego. Żołnierze zaś dokonujący zatrzymania szefa sztabu, gen. Stanisława Szeptyckiego, gdy zobaczyli, iż wyciągnięty przez nich z łóżka starszy pan wdziewa spodnie z generalskimi lampasami, oddali się natychmiast do jego dyspozycji. Zamach, choć operetkowy, otworzył jednak Paderewskiemu drogę do objęcia urzędu premiera.
Konsolidacja, o którą w listopadzie bez rezultatów zabiegał Piłsudski, w styczniu stawała się faktem. Paderewski, formując złożony z fachowców, pozapartyjny gabinet, liczył zapewne na swój olbrzymi autorytet, spodziewał się, iż zdoła się nim skutecznie posłużyć zarówno na arenie międzynarodowej, jak i w kraju.
Jednak, by raz jeszcze odwołać się do opinii J. Pajewskiego, brał on na siebie
„odpowiedzialność za wszystkie niepowodzenia, za wszystkie trudności, które przeżywało powstające państwo, za wszystkie braki, za wszystkie niedomagania machiny państwowej”.
Piłsudski zatem, podporządkowując sobie aktem nominacyjnym najgroźniejszego rywala, okazywał się prawdziwym zwycięzcą. Rząd, z Paderewskim na czele, był przecież pewną gwarancją uznania naczelnych władz państwa przez gabinety mocarstw dyktujących wówczas w Wersalu swe warunki pokonanym Niemcom. A o to Piłsudski od listopada bezskutecznie zabiegał. Co więcej, mógł on już bez przeszkód starać się tak o pomoc aprowizacyjną, jak i o dostawy sprzętu wojskowego.
* * *
Wewnętrzną sytuację ostatecznie wyjaśniły i zarazem unormowały wybory parlamentarne. Przeprowadzono je 26 stycznia 1919 r. Przyniosły one olbrzymi sukces Narodowej Demokracji i wspierającym ją ugrupowaniom. Dość powiedzieć, że w Królestwie na listę Narodowego Komitetu Wyborczego oddano ponad 40% głosów!
Sejm, który zainaugurował swoje obrady 10 lutego, już na trzecim posiedzeniu, 20 lutego, przyjął dokument zwany potocznie „małą konstytucją”. Kompetencje Piłsudskiego, Naczelnika Państwa z wyboru sejmowego, a zatem już nie tymczasowego, zostały, co prawda, ograniczone, ale i tak pozostawał on najważniejszą postacią w państwie. Parlament zajmował się odtąd uchwalaniem aktów ustawodawczych, porządkowaniem spraw wewnętrznych, gospodarczymi i społecznymi problemami kraju.
Piłsudski przejął w praktyce kontrolę nad polityką zagraniczną oraz skoncentrował się na kwestiach związanych z rozbudową armii i prowadzeniem działań wojennych. A były to, po unormowaniu spraw wewnętrznych, zadania podstawowe. Rozpalał się oto bowiem, z coraz większą siłą, bój o granice.
Tekst stanowi fragment książki „Dawniej to było. Przewodnik po historii Polski” (2019)
Całość publikacji dostępna w wersji drukowanej w księgarni internetowej ksiegarniaipn.pl
