Zdecydowana większość cywilów opuszczała Związek Sowiecki drogą morską: z Krasnowodzka transportowano ich przez Morze Kaspijskie do Pahlevi. Około 1704 dzieci trafiło do Iranu trasą lądową przez Aszchabad i Meszhed. Tą właśnie drogą ewakuował się Józef Czapski, dokumentując jej przebieg w Dzienniku wojennym, a następnie w Na nieludzkiej ziemi, gdzie nadał tym zapisom formę świadectwa systemowej przemocy.
Nie był jedynie obserwatorem losów innych – przeszedł przez te same etapy wyniszczenia, głodu, choroby i niepewności, które później analizował w swoich książkach. Siła jego świadectwa wynika z perspektywy uczestnika.
Józef Czapski (1896–1993), malarz, pisarz i oficer 2. Korpusu Polskiego, należał do nielicznej grupy ocalałych z obozu w Starobielsku. Po ogłoszeniu „amnestii” w sierpniu 1941 roku został skierowany do Oddziału Informacyjnego Armii Andersa, gdzie dokumentował losy polskich cywilów wychodzących z ZSRS. Zapiski prowadził od 22 marca 1942 do 31 marca 1944, obejmując okres formowania armii, ewakuacji z Związku Sowieckiego oraz pierwsze miesiące pobytu w Iranie i Palestynie. W tym czasie powstały cztery tomy dziennika – „Album graniczny”, „Od Meszhedu”, „Palestyna i Egipt” oraz „Zagadnienia malarskie” – które stały się podstawą późniejszej książki „Na nieludzkiej ziemi” (1949).
Czapski zachował w niej surowość i bezpośredniość notatek pisanych „na gorąco”, w warunkach skrajnego zmęczenia. Droga, którą opisywał w „Dzienniku wojennym”, była jednocześnie jego własną drogą wyjścia z ZSRS: fizyczną, moralną i egzystencjalną. Nie był jedynie obserwatorem losów innych – przeszedł przez te same etapy wyniszczenia, głodu, choroby i niepewności, które później analizował w swoich książkach. Siła jego świadectwa wynika z perspektywy uczestnika, co sam podkreślał, notując:
„Nie wzruszają mnie sprawy społeczno‑narodowe najważniejsze i najświętsze jeżeli nie widzę tych spraw przez człowieka”.
Etapy
Pierwszym etapem drogi Józefa Czapskiego po „amnestii” z sierpnia 1941 roku był obóz w Tocku (Tockoje), gdzie formowała się Armia Andersa i gdzie mieściła się siedziba 6. Dywizji Piechoty pod dowództwem gen. Michała Karaszewicza‑Tokarzewskiego. To tam Czapski po raz pierwszy zetknął się z ludźmi wychodzącymi z „nieludzkiej ziemi”: skrajnie wyniszczonymi, głodnymi, często chorymi. W Tockoje zapisał scenę, która stała się dla niego symbolicznym początkiem odzyskiwania człowieczeństwa – spotkanie z chłopcem z Wilna, który po ucieczce z zesłania próbował wrócić do domu i z niedowierzaniem przyjął gest podzielenia się chlebem, pytając:
„Pan daje swoje?!”.
Kolejnym etapem była miejscowość Jangi‑Ju pod Taszkientem, gdzie od lutego 1942 roku znajdowało się dowództwo Polskich SiłZbrojnych w ZSRS. Czapski trafił tam do szpitala w Ak‑Ałtynie, obserwując z bliska fizyczne i psychiczne skutki sowieckiego systemu: twarze „jakby przedwcześnie stare”, ciała wyniszczone głodem, milczenie i nieufność. Jangi‑Ju uświadomiło mu, że wyjście z ZSRS nie oznacza natychmiastowego powrotu do życia – że jest to proces powolny i niepewny, a ludzie wychodzący z „nieludzkiej ziemi” są „ocaleni tylko częściowo”. Po wyjściu ze szpitala został 26 marca 1942 roku wezwany do generała Andersa i wyznaczony na szefa propagandy przy Szyszko‑Bohuszu, a w kwietniu objął redakcję „Orła Białego”.
W marcu 1942 roku rozpoczęła się ewakuacja lądowa, stanowiąca jeden z najbardziej obciążających fizycznie i psychicznie etapów wyjścia z ZSRS. Józef Czapski, wycieńczony chorobą, opuścił Związek Sowiecki jako jeden z ostatnich, jadąc ciężarówką wraz z polskimi dziećmi z sierocińca. Trasa prowadziła z Aszchabadu do granicy sowiecko‑irańskiej w Badżegiranie, dalej serpentynami gór Kapet Dag do Meszhedu – miasta, które w latach 1942-1943 pełniło funkcję kluczowego węzła tranzytowego. Droga była niebezpieczna: przeciążone ciężarówki, brak hamulców, upał, kurz, zmęczenie kierowców. W historiografii migracji przymusowych podkreśla się, że był to jeden z najbardziej wymagających szlaków ewakuacyjnych.
Czapski opisał tę drogę w Dzienniku wojennym, zapisując jej fizyczny i sensoryczny ciężar:
„Jedziemy dalej przez wąwozy i przełęcze. Na tle nieba widzę wielkiego ptaka o czarnych, jakby kwadratowych, postrzępionych na końcu skrzydłach – orzeł? Sęp? Jastrząb? Pod tym niebem promiennie turkusowym góry dalsze są zupełnie różowe – niektóre osypiska szare, ale ta szarość w świetle nieba robi wrażenie zielonkawe – bliżej wzgórza cytrynowe od wyschłych ostów – poprzez drogę przebiegają wielkie szczury jak króliki – dzieci nazywają je zajączkami – niewiarygodnej wielkości jaszczurki na wysokich nogach. Dojeżdżamy do Badżegiranu – już zupełnie wschodnie miasteczko z płaskimi dachami […] Tu też siedzi przedstawiciel władzy sowieckiej, który bada znowu nasze dokumenty w malutkim pokoiku przy ulicy – siedząc na ławie pokrytej matą dywanem, dosłownie tego typu co otomana w gabinecie mego ojca w moim dzieciństwie w Przyłukach[…]Potem jazda dalej z Badżegiranu do Kuczanu, jazda chyba najtrudniejsza z trasy i najpiękniejsza. Zakręty są tak ostre, że wielkie dodge’e brać ich za jednym zamachem nie są w stanie i muszą nad przepaściami najeżdżać delikatnie na niziutki murek z luźno ułożonych kamieni, tu cofać się znowu i dopiero wtedy brać zakręt. Szereg katastrof już tu było od wiosny […] Po Kuczanie już droga równa, zmierzch, potem noc – wielkie zmęczenie serca po całodziennej jeździe, ratuje mnie veronal i panie z wozu, które mi proponują jedną z ławek, na której się trzęsę jak nieboskie stworzenie w chmurze kurzu, ale przecie leżę. Jedna zaś z pań przechodzi na miejsce koło szofera. Dzieci wszystkie ułożone na kocach śpią na podłodze, słyszę, jak jedno opowiada drugiemu… Koło 1 godz. w nocy przyjeżdżamy do Meszhedu”.
Meszhed jako przestrzeń graniczna
Pierwszy dzień Czapskiego w Meszhedzie należy do najbardziej intymnych zapisów w „Dzienniku wojennym”. Nie zaczyna się od scen szpitalnych ani od spotkań z dziećmi, lecz od gestu pisania: od poszukiwania nowego zeszytu, który nie byłby skażony sowiecką przeszłością. Czapski zanotował:
„W pokoju hotelowym pierwszego dnia w dalekim Meszhedzie czuję jedno, że bardzo ważny rozdział mego życia, etap sowiecki, się zamknął”.
Ten zapis wyznacza sens całej jego późniejszej narracji – wyjście z ZSRS było dla niego procesem nie tylko fizycznym, lecz także moralnym i egzystencjalnym. Dlatego pisał:
„Z tej przeszłości chciałbym wyjść nagi, bez żadnych przedmiotów, które by mnie z tą przeszłością wiązały”.
Od rana szukał zeszytu, nie chcąc pisać w tym samym, który towarzyszył mu w Sowietach. Gdy wreszcie znalazł
„nowy kajet […] z napisem złotym, perskim na turkusowej okładce”,
rzucił się na niego „jak alkoholik na wódkę”. Pisanie było dla niego formą ratunku, przestrzenią odzyskiwania siebie – nawet jeśli wolność była tylko częściowa, bo „w tym samym hotelu zamieszkali również dwaj oficerowie NKWD”.
Moment wejścia do Meszhedu splata się z innym, równie bolesnym zapisem – świadomością, że jego misja poszukiwania zaginionych oficerów dobiegła końca i że zakończyła się klęską. Tam Czapski po raz pierwszy pozwolił sobie zapisać prawdę, której wcześniej nie śmiał zapisać z uwagi na inwigilację NKWD:
„Dopiero w Jangi‑Jul przyznałem się do porażki. Pogodziłem się z faktem, że przestałem wierzyć w powrót naszych towarzyszy”.
To jedno z najbardziej bolesnych zdań w jego twórczości – nie wyraz rezygnacji, lecz akt świadomości człowieka, który od 1939 roku widział jedynie „śmierć, łagry, pohańbienie człowieka”. Dlatego notował:
„Cały nasz trud poszedł na marne”.
W tym momencie Czapski przestaje być oficerem prowadzącym misję poszukiwawczą, a staje się świadkiem epoki – człowiekiem, który musi opisać prawdę o losie polskich oficerów, prawdę, której nie można już odwrócić.
Po przybyciu do Meszhedu Czapski ponownie trafił do szpitala, gdzie obserwował pierwsze, jeszcze niepewne oznaki powrotu do życia u polskich uchodźców. W ogrodzie szpitalnym Czapski widział dzieci „jakby przedwcześnie stare”: milczące, pozbawione spontaniczności, o twarzach napiętych i ruchach powolnych, noszących ślady głodu, chorób i długotrwałego strachu. Opisywał chłopca z kokluszem po zapaleniu płuc oraz drugiego, z nogami „jak u trupka”, pokrytymi czerwonymi plamami – obaj pozbawieni typowej dla wieku reaktywności. Mimo troskliwej opieki personelu i wolontariuszek dzieci jadły „jak z łaski”, nie reagując na gesty czułości. Dla Czapskiego Meszhed stał się miejscem, w którym po raz pierwszy zobaczył przestrzeń niebędącą już „nieludzką”, ale także miejscem, gdzie ujawniły się trwałe skutki systemowej przemocy wobec najmłodszych.
Basia Dymnicka – dziecko „powoli gasnące”
Wśród dzieci, które Czapski zobaczył w Meszhedzie, szczególną uwagę zwróciła dziesięcioletnia Basia Dymnicka, córka polskich zesłańców Haliny i Bolesława – urzędnika pocztowego. Deportowana wraz z rodzicami i młodsza siostrą z Polesia w 1939 roku na północ Rosji, do posiółka Wasilewo w obwodzie Archangielskim, a następnie – w wyniku „amnestii” i prób przedostania się do Armii Andersa – przerzucona z rodziną do Uzbekistanu, najpierw do miejscowości Kasań, a potem do Kermine (Nawoi), gdzie formowała się 7. Dywizja Piechoty. Warunki życia były tam skrajnie trudne: głód, brak wody, choroby, upał i praca ponad siły. W Kermine zmarła młodsza siostra Basi, matka ciężko zachorowała, a sama dziewczynka trafiła do ochronki, skąd przewieziono ją do szpitala w Meszhedzie. Ojciec próbował dotrzeć do Armii Andersa.
Jej stan w Meszhedzie był skutkiem lat systemowego wyniszczenia – chronicznego niedożywienia, chorób pasożytniczych, biegunek, braku witamin, pracy ponad siły oraz stresu działającego jak czynnik biologiczny. Czapski widział w niej dziecko, które nie choruje „na coś”, lecz choruje na całe swoje dotychczasowe życie. Leżała w „ogrodzie doktorów”, na leżaku ustawionym w cieniu drzew. Zanotował:
„Dziwne dziecko zgaszone i gorzkie, prawie bez uśmiechu”.
Jej ręce były „niezwykle cienkie”, twarz „smutna i surowa”, a całe ciało sprawiało wrażenie, że „powoli gaśnie”. Lekarze określali jej stan jako marasmus – skrajne wyniszczenie organizmu, w którym dzieci reagują minimalnie na głos, dotyk czy światło.
Basia wspominała później, że Czapski rozmawiał z dziećmi całymi godzinami:
„wyciągał historię całego mojego życia”.
Na jej prośbę o odnalezienie rodziców zamieścił ogłoszenie w „Orle Białym”, informując, że „Basia Dymnicka znajdująca się w szpitalu w Meszhedzie poszukuje rodziców”. Dzięki temu jej ojciec dowiedział się, gdzie znajduje się dziecko – gest, który w warunkach wojennego chaosu graniczył z cudem.
Kluczowy moment nastąpił w Meszhedzie, gdy matka odnalazła Basię w szpitalu. Czapski podkreślał, że dopiero wtedy dziewczynka zaczęła wracać do życia: jej stan fizyczny poprawiał się powoli, ale wyraźnie, jakby sama obecność matki przywracała jej siły, których nie mogły dać ani lekarstwa, ani jedzenie. Ten epizod odsłania fundamentalną prawdę o losie dzieci na zesłaniu: system odbierał im nie tylko zdrowie, lecz przede wszystkim relację, która jest warunkiem przetrwania.
Basia przeżyła. Wraz z rodzicami dotarła na Bliski Wschód, a po wojnie wróciła do Polski. Osiedliła się w Krakowie, ukończyła studia stomatologiczne i przez wiele lat prowadziła praktykę lekarską wraz z mężem, Andrzejem Ciaputą. Znana była jako ceniona stomatolożka, matka dwojga dzieci, babcia czworga wnucząt. W późniejszych latach życia powróciła do miejsc swojej wojennej tułaczki, m.in. do Iranu, gdzie odnalazła budynek szkoły z czasów ewakuacji. Czapski nie zapomniał o niej – jeszcze na Bliskim Wschodzie pisał do niej listy, a w latach 80. wysłał jej egzemplarz „Na nieludzkiej ziemi”, w którym opisał jej historię.
Katastrofa transportu junaczek
14 września 1942 roku do Meszhedu dotarł jeden z najbardziej dramatycznych transportów polskich junaczek. O świcie polski konsul Tadeusz Lisiecki obudził Czapskiego, informując, że o czwartej rano przywieziono piętnaście rannych dziewcząt; trzy kolejne, zabite na miejscu, jechały innym samochodem. Ciężarówka, prowadzona przez indyjskiego szofera, z polskim kapitanem jako komendantem transportu, spadła z nasypu na spiczaste kamienie. Dziewczęta wypadły częściowo do rzeczki, częściowo na skały i przez sześć godzin czekały na pomoc. Zatrzymał się jedynie przypadkowo przejeżdżający żołnierz brytyjski, który zostawił bandaże i apteczkę, po czym pojechał po wsparcie. Samochód sowiecki, który nadjechał później, nie udzielił żadnej pomocy, choć później oficjalnie zgłoszono, że „pierwszą pomoc udzielili Sowieci”. Matki i ojcowie tych dziewcząt jechali innym transportem.
Czapski zanotował:
„Danuta Studnicka (14 lat) – przełamany kręgosłup, zmiażdżona czaszka; Wacława Kaczmarska (17 lat) – krwotok z ust i nosa, zmarła po godzinie; Aldona Trypuć – rany głowy, pęknięcie wątroby, zmarła po kilku godzinach. Żyły najciężej ranne: Helena Bernacka (podejrzenie pęknięcia podstawy czaszki), Helena Grochowska (pęknięcie miednicy), Zofia Underka, Maria Buczyńska, Emilia Pokrzywa. Lekko ranne: Irena Studnicka, Danuta Guszczyk, Krystyna Kral”.
Odwiedził też najciężej ranną Helenę Bernacką, która płacząc opowiadała o wypadku:
„Już myślałam, że umrę, jeszcze się pomodliłam – i dziękowałam Bogu, że nie umrę w tej Rosji”.
Katastrofa z 14 IX 1942 roku stała się dla Czapskiego jednym z najbardziej wstrząsających epizodów jego pobytu w Meszhedzie – sceną, w której dramat ewakuacji dzieci i młodzieży odsłaniał się w całej swojej brutalności: w przemęczeniu, w chaosie transportów, w braku pomocy ze strony Sowietów, w samotności rannych dziewcząt i w ich niepewnej nadziei na ocalenie.
Ten krótki epizod pokazuje odwróconą hierarchię wartości, wytworzoną przez lata życia w ZSRS. Dla dziecka najważniejszym faktem nie było cierpienie, lecz to, że śmierć – jeśli nadejdzie – nie dokona się już w przestrzeni sowieckiej. Związek Sowiecki funkcjonował w świadomości deportowanych nie jako państwo, lecz jako anty‑świat, miejsce, w którym umieranie było bardziej przerażające niż sama śmierć.
Śmierć i pogrzeb małego Władka
W Meszhedzie śmierć była codziennością: umierali żołnierze, kobiety, dzieci, a ich ciała grzebano na cmentarzu ormiańskim – miejscu spalonym słońcem, z glinianymi ogrodzeniami i nielicznymi plamami zieleni. Tam pochowano junaczki z katastrofy transportu, tam trafiały dzieci, które nie przeżyły drogi z Uzbekistanu. Czapski widział te pochówki i zapisał jeden z nich – pogrzeb małego Władka N., chłopca, który zmarł w amerykańskim szpitalu tuż po przekroczeniu granicy. Zanotował:
„Znowu dzień męczący i pełny. Rano pisanie, potem pogrzeb Władysława N., tego chłopczyka, który umarł w szpitalu amerykańskim – kurz i upał. – Wieźliśmy skrzynkę z jego ciałem na cmentarz ormiański, spalona ziemia, z gliny ogrodzenia, palące słońce, kilka grobów z zielonością i skrzypami, reszta wertep”.
Pogrzeb zorganizował konsul Tadeusz Lisiecki, który w Meszhedzie brał odpowiedzialność za każde dziecko, także za te, które nie miały już rodziny. Czapski zanotował:
„Obserwowałem Lisieckiego –zorganizował wszystko, a ile trudności, by zrobić taką trumienkę (brak drzewa), zrobić krzyżyk, ile zachodu taki pogrzeb[…], on ciało z kostnicy odebrał, zawiózł je na cmentarz, kierował lampion i z rożnymi grabarzami sam spuszczał trumienkę na sznurach, sam z łopatą dokończył przysypania grobu – i to wszystko bez wzdychania czy narzekania na kogokolwiek bądź, ale [uważał] jako swoją pracę ważną i naturalną”.
Pogrzeb Władka jest jednym z najbardziej przejmujących zapisów Czapskiego: pokazuje, że nawet po wyjściu z „nieludzkiej ziemi” śmierć dzieci była realnością, a godność – czymś, co trzeba było odzyskiwać gest po geście, pracą rąk jednego człowieka.
Zapis doświadczenia jako zobowiązanie – znaczenie świadectwa Czapskiego
Analiza materiału dziennikowego Józefa Czapskiego oraz jego późniejszej narracji w „Na nieludzkiej ziemi” ukazuje, że doświadczenie ewakuacji polskich cywilów z ZSRS nie może być rozpatrywane wyłącznie w kategoriach historycznego wydarzenia. Jest to proces o charakterze antropologicznym, w którym ujawniają się trwałe skutki systemowej przemocy: wyniszczenie fizyczne, zaburzenia relacji, utrata podmiotowości oraz konieczność jej powolnej odbudowy. Meszhed – jako przestrzeń graniczna – stanowi w tej perspektywie kluczowy punkt przejścia: miejsce, w którym kończy się bezpośrednia zależność od sowieckiego systemu, lecz nie kończą się jego konsekwencje.
Zapiski Czapskiego dokumentują ten proces w sposób wyjątkowy. „Dziennik wojenny” rejestruje doświadczenie w jego surowej, nieprzetworzonej postaci, ujmując zarówno materialność cierpienia, jak i pierwsze oznaki odzyskiwanej sprawczości. „Na nieludzkiej ziemi” przekształca ten materiał w narrację o charakterze świadectwa, nadając mu strukturę interpretacyjną i etyczną. W obu tekstach centralne miejsce zajmuje los dzieci – jako najbardziej wyrazisty wskaźnik destrukcyjnego działania systemu oraz jako miara możliwości powrotu do życia.
W konsekwencji świadectwo Czapskiego należy rozumieć jako formę pamięci, która nie tylko dokumentuje fakty, lecz także ujawnia mechanizmy przemocy i sposoby jej przezwyciężania. Jego zapis domaga się odczytania w kontekście badań nad migracjami przymusowymi, traumą zbiorową i antropologią wojny. Stanowi również istotny wkład w refleksję nad tym, jak jednostkowe doświadczenie może zostać przekształcone w narrację o znaczeniu wspólnotowym – i jak pamięć o „nieludzkiej ziemi” może funkcjonować jako narzędzie etycznego zobowiązania wobec tych, którzy przez nią przeszli.
