Dom, w którym wychowywał się Jan Rodowicz, był od pokoleń sztafetą walecznych patriotów. Na Litwie w Powstaniu Styczniowym walczył z Moskalami u boku legendarnego ks. Antoniego Mackiewicza – wówczas 19-letni Teodor Rodowicz, dziadek „Anody”, który bił Rosjan razem ze swoim starszym bratem Julianem. Dziadek Teodor trafił za swoją postawę na dwa lata do celi carskiego więzienia w Petersburgu. Natomiast babka „Anody”, Stanisława z Rymkiewiczów, była na Syberii za udział w powstańczym zrywie swojego ojca Onufrego Rymkiewicza. Jej matka nie chciała opuścić swojego męża i pojechała za nim z piątką dzieci na Sybir. Warto wspomnieć, że znany od XV w. szlachecki ród Rodowiczów herbu Rudnica wywodził się ze Żmudzi z przodków o nazwiskach Radas, Rodis czy Rodajtis.
Wychowanie i edukacja
Jan Rodowicz był synem Zofii Rodowicz z domu Bortnowska, której matka organizowała w Żytomierzu pod zaborem rosyjskim tajną oświatę. Bratem Zofii był Władysław Bortnowski, żołnierz I Brygady Legionów, szef sztabu 3. Armii podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r., generał dywizji, dowódca Armii „Pomorze” w kampanii wrześniowej, ranny w bitwie nad Bzurą, jeniec obozu w Murnau. Po wojnie na emigracji w Wielkiej Brytanii i USA – prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Ameryce.
Ojcem Jana Rodowicza był Kazimierz Rodowicz, jeden z trojga dzieci Teodora Rodowicza. Kazimierz ukończył studia jako inżynier hydrotechnik, mieszkał w Żytomierzu, skąd w 1919 r. przedostał się do Warszawy, gdzie podjął pracę naukową na Politechnice Warszawskiej, a z czasem – na kierowniczym stanowisku w Warszawskiej Dyrekcji Dróg Wodnych.
Zofia i Kazimierz pobrali się w 1915 r. Pierwszy ich syn, Zygmunt, przyszedł na świat jeszcze w Żytomierzu w 1916 r., a młodszy, Janek – 7 marca 1923 r. już w Warszawie. Rodzina mieszkała na Ochocie, przy ul. Filtrowej 12. W domu na pewno nie brakowało rodzinnych historii, wojennych wspomnień wuja Bortnowskiego czy opowieści o harcerskich przygodach. Janek rozpoczął naukę w Prywatnej Męskiej Szkole Powszechnej przy ul. Klonowej, gdzie wyróżniał się ocenami z religii i rysunku.
Tam wstąpił też do harcerstwa, w szeregi 21. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. gen. Ignacego Prądzyńskiego. Po skończeniu szkoły powszechnej przyszedł czas na kontynuację nauki w Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego (szkoła miała profil matematyczno-fizyczny i to zdecydowało o kierunkach, które później wybrał na Politechnice Warszawskiej). Janek został w Batorym harcerzem i zastępowym „Wydr” w słynnej „Pomarańczarni”, czyli 23. WDH im. Króla Bolesława Chrobrego, do której należeli wpisani w polską historię w Kamieniach na szaniec: Tadeusz Zawadzki „Zośka”, Maciej Aleksy Dawidowski „Alek”, Jan Bytnar „Rudy” czy poeta Krzysztof Kamil Baczyński.
Janek Rodowicz dobrze się uczył, bardzo dobrze rysował. Zdał w 1939 r. tzw. małą maturę i egzamin do I klasy liceum w Batorym. Niestety, jego i rówieśników beztroskie życie, dalsze plany – przekreślił atak Niemiec na Polskę.
Okupacja, konspiracja, „Zośka”
Janek kontynuuje naukę na tajnych kompletach, z czasem zdaje maturę. W naturalny sposób wchodzi z kolegami z harcerstwa w wir konspiracji. Jest aktywny w akcjach Organizacji Małego Sabotażu „Wawer”. Pracuje w warsztatach – zajmuje się instalacjami elektrycznymi; w swoim pokoju w podłodze ma skrytkę, gdzie przechowuje broń. Rodzice, sami zaangażowani w konspirację, akceptują jego działalność i środowisko, w którym funkcjonuje. Mieszkają wówczas przy al. Niepodległości 210 m 6.
Janek zawiązuje w podziemiu silne braterskie więzi z kolegami i koleżankami, z którymi później będą prześcigać się w odwadze w Grupach Szturmowych Szarych Szeregów czy Harcerskim Batalionie Armii Krajowej „Zośka”.
Jak wyglądała jego nastoletnia brawura, wspomina Henryk Kończykowski „Halicz”, który poznał Janka Rodowicza na przełomie 1941 i 1942 r.:
„Był takim starym wygą, należał do »starej gwardii«. W tym czasie jak go poznałem, to był chyba w szkole podchorążych, na kursach minerskich i innych, a nas kierowali jeszcze do tak zwanej małej dywersji. Czyli wieszaliśmy flagi polskie jak były jakieś święta państwowe, wybijaliśmy szyby fotografom, którzy zamieszczali zdjęcia Niemców, a przede wszystkim zdejmowaliśmy flagi. Jednym z takich liderów zdejmowania flag był »Anoda«. W tym czasie właściwie też bardzo zabłysnął swoimi umiejętnościami. Potrafił bardzo ładnie rysować i ślicznie rysował właśnie znak kotwicy. Był przynajmniej współautorem takiej wędki. To był kij, który się nakładał jeden na drugi, a na końcu była puszka z farbą, z tuszem i taka szmatka, z której ten tusz kapał. Potrafił tym kijem bardzo wysoko namalować kotwicę”.
W grudniu 1942 r. „Anoda” ukończył kurs tajnej Szkoły Podchorążych i otrzymał stopień plutonowego podchorążego. Nadal szkolił się w taktyce, ćwiczeniach w terenie czy znajomości materiałów wybuchowych. Swój chrzest bojowy przeszedł 26 marca 1943 r. w akcji pod Arsenałem. Kiedy miał 20 lat, po raz pierwszy strzelał ostrą amunicją do niemieckich żołnierzy z dwóch rewolwerów Lebel 1892. „Anoda” dowodził sekcją „butelki” i rozpoczął całą akcję uwolnienia „Rudego”, rzucając pierwszy butelką z benzyną w ciężarówkę z więźniami. Atak butelkami był na tyle skuteczny, że samochód się zatrzymał. „Anoda” uratował „Alka”, strzelając w brzuch Niemcowi celującemu w głowę Dawidowskimu. Za swoją postawę w tej akcji dostał od komendanta Sił Zbrojnych w Kraju gen. „Grota” – Krzyż Walecznych.
Andrzej Wolski „Jur” tak go zapamiętał na konspiracyjnych urodzinach jednego z kolegów:
„»Anoda« ciągle był w ruchu. Jak zwykle tryskał humorem. Raz po raz wybuchały salwy śmiechu. Dziwny to był chłopak. Miał naturę bujną, pęczniejącą wiecznie świeżymi pomysłami, pełną kontrastów, przy tryskającej wprost inteligencji. Chochlik tkwiący gdzieś we wnętrzu czynił z niego kpiarza, tak że ktoś mógłby mylnie sądzić, iż jest to człowiek, który potrafi tylko zabawić towarzystwo krotochwilami. Tymczasem, gdyby ktoś zobaczył go w akcji, jak biegnie naprzód z ogromną brawurą, nie zważając nawet, czy koledzy go wspierają, nie poznałby tego uśmiechniętego półgębkiem Janka. Właśnie Janek rzadko się śmiał, lecz lubił, jak dookoła niego rozdziawione gęby ryczą ze śmiechu. Do wywołania takich efektów dopomagały mu wrodzone zdolności komika. Zresztą, do czego nie miał zdolności? Rysował świetnie, montował z powodzeniem dla całego batalionu odbiorniki radiowe, potrafił poprowadzić chór złożony z takich baranów jak my, uczył się doskonale. Nie miał tylko szczęścia w miłości. Albo biegał przez tydzień oczarowany jakąś pięknością (naturalnie wtedy nie miał na nic czasu), albo w nim kochała się nieszczęśliwie jakaś dziewczyna, co znosił z filozoficznym spokojem. Do tego wszystkiego był maniackim pedantem”.
Koleżanka „Anody”, Anna Borkiewicz-Celińska, zwróciła uwagę na jego wojenną obietnicę:
„Mimo iż tak niezwykle żywy i wesoły, ślubował, że nie będzie tańczył, dopóki trwa wojna. Ślubu swojego dotrzymał i gdy czasem na imprezach towarzyskich zdziwione panny pytały, dlaczego nie tańczy, odpowiadał z niezmąconą powagą: »bo nie umiem«. A tańczył świetnie!”.
Janek brał udział w kolejnych akcjach szturmowców: uwolnienia pod Celestynowem więźniów przewożonych z Zamku Lubelskiego do KL Auschwitz, wywiezienia z fabryki na Targówku trzech ton chloranu potasu potrzebnego do produkcji konspiracyjnych granatów „filipinek”. Brał udział w czerwcu 1943 r. w akcji pod Czarnocinem czy akcji „Taśma” pod Sieczychami, gdzie był naocznym świadkiem śmierci Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”.
Po tym bolesnym wydarzeniu, na cześć poległego kolegi powstał 1 września 1943 r. batalion „Zośka”, którym dowodził por. Ryszard Białous „Jerzy”. W baonie tym „Anoda” uczestniczył w wielu kolejnych akcjach, m.in.: „Szosy”, „Wilanów”, wysadzenia pociągu w Pogorzeli czy w dowodzonej przez niego akcji „Jula” w Rogoźnie, gdzie uszkodzone zostały dwa niemieckie pociągi, co spowodowało dużą dezorganizację transportów kolejowych. Za tę akcję podziękował w depeszy z Londynu osobiście Naczelny Wódz gen. Kazimierz Sosnkowski:
„Meldunek o Juli otrzymałem. Dzielnych żołnierzy A.K. podziwiam. Panu Generałowi dziękuję”.
„Anodę” uhonorowano powtórnie Krzyżem Walecznych. Przed wybuchem Powstania Warszawskiego szkolił swoich kolegów na dwóch turnusach Bazy Leśnej w lasach koło Wyszkowa.
Powstanie Warszawskie
Żołnierze „Zośki” z plutonu „Felek” 1 sierpnia 1944 r. zaczęli walkę o wolną Warszawę, koncentrując swoje siły na Woli przy fabryce Telefunken na ul. Mireckiego. Zbudowali barykadę z wagonów kolejek i tramwajów, którą karykaturami Hitlera i symbolami Grup Szturmowych przyozdobił „Anoda”. Na zachowanej powstańczej fotografii z tego okresu można przeczytać napis wykonany ręką Janka Rodowicza:
„GS idą do szturmu! Warszawo Tyś nasza”.
Bił się ofiarnie z bronią w ręku do 9 sierpnia, kiedy to został trafiony kulą niemieckiego snajpera. Można powiedzieć, że cała heroiczna walka „Anody” od Woli po Czerniaków przez 63 dni powstania pokazała symbolicznie zarówno jego upór i charakter, jak i wszystkich żołnierzy „Zośki”, baonu, który poniósł wówczas bardzo duże straty osobowe. Starszy brat „Anody” zginął, a Janek ocalał, otrzymał awans na porucznika i Krzyż Virtuti Militari.
„W Powstaniu Warszawskim odniósł ciężkie rany. Najpierw podczas walk na Woli został ranny w lewe płuco, a po powrocie do oddziału na Czerniakowie w lewe ramię i łopatkę z potrzaskaniem kości. Inwalidzka Komisja Rewizyjno-Lekarska uznała go za inwalidę wojennego i orzekła »81 proc. utraty zdolności zarobkowej w związku przyczynowym ze służbą wojskową«. Mimo to »Anoda« nie był bierny i po rekonwalescencji wrócił do kolegów i włączył się w tzw. drugą konspirację”
– napisała o jego udziale w sierpniowym zrywie dr Agnieszka Pietrzak w książce Żołnierze Batalionu Armii Krajowej „Zośka” represjonowani w latach 1944–1956.
Powojenna konspiracja
„Anoda” na Czerniakowie był ewakuowany pontonem na drugi brzeg Wisły. Kilka miesięcy dochodził do zdrowia, nie potrafił usiedzieć w domu. Nawiązał współpracę z kolegą z „Zośki” Henrykiem Kozłowskim „Kmitą” i przystąpił do drugiej konspiracji. W jej ramach współtworzył oddział dyspozycyjny szefa Obszaru Centralnego Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj – płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”. „Anoda” tak jak jego koledzy ujawnił się, ale wspólnie z nimi ukrył też w Warszawie broń. Dbał o to, aby pamięć o poległych kolegach nie zaginęła, tworzył Archiwum baonu „Zośka”, namawiał do pisana relacji z powstańczych walk, dbał o pochówki poległych kolegów. Agnieszka Pietrzak tak to podsumowała:
„Po wojnie Jan Rodowicz z powagą i odpowiedzialnością zaangażował się w ekshumacje poległych kolegów, uznając to za swój obowiązek. Aktywnie uczestniczył w życiu towarzyskim, brał udział w zimowiskach byłych żołnierzy Zośki. Jak wspominała Anna Jakubowska »Paulinka« podczas tych wyjazdów: »spadały z niego lata i brzemię przeżyć, stawał się znowu tym wspaniałym młodym, przystojnym, pełnym wiary w przyszłość chłopcem«. W pamięci kolegów zapisał się jako honorowy, otwarty, pełen wiary w człowieka, radości życia i rzadko spotykanego humoru pozbawionego jadu i złośliwości, a równocześnie chętny do bezinteresownej pomocy i opiekuńczy”.
„Anoda” w 1945 r. zaczął studia na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej. Dwa lata później przeniósł się na bliższy mu Wydział Architektury.
„Myślę, że wszyscy odkryliśmy Rodowicza – dowódcę, ale po trochę również archiwistę, pierwszego de facto historyka Batalionu »Zośka«. Z pewnością może wszystkich fascynować jego wspominana już wszechstronność – młodego czterokrotnie rannego w Powstaniu oficera z Virtuti Militari i Krzyżami Walecznych, który nie tylko potrafi bohatersko walczyć, potrafi konstruować aparaty radiowe, rozmaite ładunki wybuchowe, o znakomitej znajomości różnych rodzajów uzbrojenia, ale również zdolnego architekta, rysownika, wreszcie poetę i malarza. Kiedy z tymi cechami połączy się jego skory do żartów barwny charakter, to możemy się domyślać, dlaczego tak uwielbiali go podwładni i przełożeni”
– napisał historyk Mariusz Olczak, autor biograficznej książki Jan Rodowicz „Anoda”. Życie i śmierć bohatera „Kamieni na szaniec”.
Nadzieje „Anody” na przyszłość brutalnie przerwało jego aresztowanie w Wigilię 24 grudnia 1948 r.
Aresztowany, przesłuchiwany…
Dlaczego bezpieka aresztowała „Anodę”? To pytanie zadałem dr. Przemysławowi Benkenowi, autorowi książki Tajemnica śmierci Jana Rodowicza „Anody”.
„Rodowicz został aresztowany, ponieważ był on nie tylko zasłużonym weteranem Szarych Szeregów i batalionu Armii Krajowej »Zośka«, a w okresie tzw. drugiej konspiracji bliskim współpracownikiem płk. Jana Mazurkiewicza i przedstawicielem przedwojennych polskich elit. Mimo iż »Anoda« i wielu jego towarzyszy broni ujawniło się jesienią 1945 r., po czym podjęło próbę ułożenia sobie życia w ramach tzw. nowej rzeczywistości, to sam fakt służby w AK, udziału w Powstaniu Warszawskim, a następnie w drugiej konspiracji czynił z nich niebezpiecznych przeciwników, których należało najpierw agenturalnie rozpracować, a następnie wyeliminować. Bezpieka chciała tego dokonać, posługując się fikcyjnymi zarzutami na temat prowadzonych jakoby nadal przez podwładnych płk. »Radosława« nielegalnych działań konspiracyjnych, by ukazać ich społeczeństwu jako groźnych terrorystów”
– mówi dr Benken.
Nasuwa się pytanie: co udało się bezpiece wyciągnąć od „Anody” podczas przesłuchań w gmachu MBP przy ul. Koszykowej 6?
„Funkcjonariusze uzyskali przede wszystkim informacje o miejscu zakopania broni z okresu Powstania Warszawskiego, którą śledczym udało się zabezpieczyć na kilka dni przed śmiercią Rodowicza. Był to dla nich niezwykle cenny atut w kontekście fabrykowania oskarżeń o planowaną przez weteranów batalionu »Zośka« działalność terrorystyczną wymierzoną we władze. Komuniści wiedzieli o tym, że Rodowicz był bliskim współpracownikiem Jana Mazurkiewicza w okresie drugiej konspiracji. »Anoda« mógł »dać na papier« prawdziwe lub wymuszone zeznania, które obciążyłyby nie tylko »Radosława«, lecz również dawnych towarzyszy broni z AK, którzy dotąd unikali represji. O tym, że śledczy szli w tym właśnie kierunku, świadczyły pytania zawarte w zachowanych protokołach przesłuchań”
– odpowiada dr Benken.
Wyskoczył czy został wypchnięty przez okno?
7 stycznia 1949 r. Jan Rodowicz podczas przesłuchania poniósł śmierć. Według prokuratury i Urzędu Bezpieczeństwa przyczyną śmierci był samobójczy skok „Anody” z czwartego piętra gmachu MBP. Czy możemy dziś rozstrzygnąć – jak zginął „Anoda”? Czy wyskoczył, czy został wyrzucony z okna?
„Paradoksalnie, łatwiej powiedzieć, jak nie zginął. Dostępna dokumentacja źródłowa pozwala wykluczyć część spośród popularnych jeszcze do niedawna hipotez, przez co zawęża się także spektrum potencjalnych możliwości. Sprawa budzi do dzisiaj ogromne emocje i często można spotkać się z wypowiedziami osób, które są przekonane, że wypadki musiały przebiegać tak, a nie inaczej, choć przekonania te mają charakter subiektywny i są to raczej opinie, aniżeli fakty. W swojej książce uznałem za prawdopodobne dwa scenariusze, co już samo w sobie świadczy o tym, iż nie da się dzisiaj jednoznacznie rozstrzygnąć, co się wówczas stało. Dopuszczam upozorowanie samobójstwa »Anody« na skutek nieumiejętnego zastosowania wobec niego przemocy w czasie śledztwa, jak też skok samobójczy wymuszony działaniami śledczych. W obu przypadkach winę za śmierć Rodowicza ponoszą funkcjonariusze”
– odpowiada dr Przemysław Benken.
Pytany, czy śmierć „Anody” była na rękę bezpiece, czy był to „wypadek przy pracy”, historyk dodaje:
„Biorąc pod uwagę metody stosowane przez ówczesny aparat bezpieczeństwa i etap, na jakim znajdowało się śledztwo, jest dla mnie jasne, że tak szybki zgon Rodowicza nie był na rękę funkcjonariuszom z czysto pragmatycznych względów. Z niezwykle ważnego podejrzanego, jakim był »Anoda«, zapewne obiecywali sobie oni wycisnąć o wiele więcej informacji, aniżeli to, co zachowało się w kilku krótkich protokołach przesłuchań. Zeznania Rodowicza miały dać tzw. wyjścia na kolejne osoby przewidziane do aresztowania w ramach sprawy »Zośki« i z tej perspektywy Rodowicz był znacznie cenniejszy żywy aniżeli martwy. Gdyby przeżył śledztwo i tak najprawdopodobniej otrzymałby wyrok śmierci lub dożywotniego pozbawienia wolności. Niemniej nie można wykluczyć, że funkcjonariusze, dążąc do szybkiego uzyskania przełomu w śledztwie, posłużyli się w pewnym jego momencie przemocą fizyczną, która zakończyła się śmiercią »Anody«. Ponieważ byłoby to dla nich obciążające nawet w świetle obowiązującego wówczas prawa, bardziej »opłacalne« było poniesienie przez nich konsekwencji niedopilnowania więźnia, który wyskoczył przez okno i się zabił”
– podkreśla dr Benken.
Legenda
Dostępne materiały źródłowe nie pozwoliły historykom i badaczom na rozwiązanie tajemnicy śmierci „Anody”. Po upływie tylu lat trudno się spodziewać odkrycia nieznanych dotąd dokumentów aparatu bezpieczeństwa czy świadków, którzy mogliby rzucić nowe światło na tę sprawę. Jan Rodowicz jednak żyje w pamięci, ma swoje miejsce w historii i jest legendą, łącząc na zawsze uśmiech z brawurą, o którym kolega z konspiracji celnie pisał w Szopce Grup Szturmowych w 1944 r.:
„Kimże być może ówże szaleniec,
Bezwzględnie wariat bardzo niebezpieczny?
To podchorąży sierżant Anoda
Raz odznaczony Krzyżem Walecznych!”.
Taki był i taki pozostał w pamięci.
Tekst pochodzi z numeru 3/2024 „Biuletynu IPN”
