Wasilij Michajłowicz Błochin urodził się 7 stycznia 1895 r. we wsi Gawriłowskoje, w guberni włodzimierskiej w rodzinie chłopskiej. Od 1905 r. rozpoczął edukację w szkole wiejskiej, pracując jednocześnie jako pastuch i pomagając ojcu na roli. Podczas I wojny światowej, jako dwudziestoletni chłopak, został powołany do armii carskiej. W 1917 r. został ranny na froncie niemieckim i do grudnia leczył się w szpitalu w Połocku.
Powrócił w rodzinne strony i dalej pomagał ojcu w gospodarstwie, nie angażując się w polityczne wydarzenia, które wówczas miały miejsce w jego kraju. Błochin nie miał jednak zamiaru do końca życia pracować na roli. System komunistyczny, zaprowadzony w Rosji sowieckiej przez bolszewików, stwarzał możliwości szybkiego awansu społecznego i zawodowego. Dla tysięcy młodych ludzi, takich jak Błochin, była to idealna okazja do wyrwania się z prowincji do miasta.
W kwietniu 1921 r. Błochin wstąpił do partii komunistycznej, a zaraz potem dokonał o wiele ważniejszego wyboru. Zachęcony możliwościami, 25 maja 1921 r. wstąpił do sowieckiej policji politycznej WczK i został skierowany do 62. Batalionu w Stawropolu.
Kariera w aparacie terroru
Szybko okazało się, że Błochin jest stworzony do pracy w organach tajnej policji politycznej. Posłusznie wykonywał rozkazy, nie zdawał zbędnych pytań i stał się ślepym wyznawcą reżimu. Sukcesywnie i szybko piął się po szczeblach kariery, by 1 sierpnia 1924 r. awansować na stanowisko komisarza do zadań specjalnych Oddziału Specjalnego przy Kolegium OGPU (Objedinionnoje gosudarstwiennoje politiczeskoje uprawlenije). Jak wskazuje rosyjski historyk i znawca tematyki Nikita Pietrow, od tego momentu do zadań Błochina należało m.in. pociąganie za spust i mordowanie strzałem w tył głowy.
Nie był to szczyt zawodowych możliwości kata z Łubianki. Szybko awansował, zostając od 1 czerwca 1926 r. komendantem OGPU. Funkcję tę sprawował w zasadzie do przejścia na emeryturę. Z czasem zmieniały się oczywiście nazwy jego stanowiska i od 10 czerwca 1938 r. był on naczelnikiem Wydziału Komendantury Wydziału Administracyjno-Gospodarczego NKWD. Oznaczało to, że Błochin kierował słynnym więzieniem na Łubiance. Z czasem stał się jednym z najważniejszych stalinowskich egzekutorów i uchodził za osobę niezastąpioną.
Montefiore bardzo dobrze podsumował rolę Błochina w historii stalinowskich represji, pisząc: „nazwisko tego potwora prześlizgnęło się przez palce historii. W teatrze stalinowskich procesów Błochin czai się w tle, rzadko jednak pozostaje poza sceną”.
Stosunkowo szybko został również włączony do specjalnego oddziału Kolegium OGPU, który odpowiadał za ochronę wysokich przedstawicieli rządu sowieckiego i samego dyktatora Związku Sowieckiego. Zyskiwał w oczach kolejnych narkomów spraw wewnętrznych – Gienricha Jagody i Nikołaja Jeżowa. Jagoda w kwietniu 1936 r., już jako szef NKWD (od lipca 1934 r. przemianowano OGPU na NKWD), w uznaniu zasług i za nienaganną dziesięcioletnią pracę na stanowisku komendanta, nakazał nagrodzić Błochina złotym zegarkiem. W rzeczywistości naczelny kat Związku Sowieckiego miał się dopiero zasłużyć dla swojego kraju.
Po upadku Jagody, Błochin stał się ulubieńcem kolejnego szefa NKWD, Nikołaja Jeżowa, który szybko zyskał przydomek „krwawego karła”. Nie oznaczało to jednak, że Błochinowi nic nie groziło. Poszukiwanie wyimaginowanych wrogów oraz atmosfera paranoi i podejrzeń, którą wytworzył w zarządzanym przez siebie państwie Józef Stalin, powodowała, że nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, szczególnie w latach Wielkiego Terroru. Gienrich Jagoda, który popadł w konflikt ze Stalinem, po sfingowanym „procesie bloku prawicowo-trockistowskiego” został rozstrzelany wraz z Nikołajem Bucharinem i Aleksiejem Rykowem 15 marca 1938 r. w Moskwie. Każdy z dawnego otoczenia Jagody mógł być potencjalną kolejną ofiarą czystek. Do Jeżowa trafiły donosy na Błochina, w których informowano nowego szefa NKWD o kontaktach kata z Jagodą i innymi „wrogami ludu”. Jeżow jednak nie dał im wiary i pozostawił Błochina przy życiu, aby ten dalej mógł robić to, w czym się specjalizował. Jako następca Jagody doskonale zdawał sobie sprawę, że Błochin jeszcze mu się przyda.
Takich ludzi nie należy wsadzać, bo wykonują czarną robotę
Po ustaniu Wielkiego Terroru Jeżow zaczął tracić wpływy, a w listopadzie 1938 r. na stanowisku szefa NKWD zastąpił go Ławrientij Beria. Chcąc oczyścić struktury NKWD ze zwolenników Jeżowa, Beria zwrócił się w styczniu 1939 r. do Stalina z propozycją aresztowania i rozstrzelania Wasilija Błochina. Spotkał się jednak z kontrą dyktatora:
„Stalin nie zgodził się ze mną, oświadczając, że takich ludzi nie należy wsadzać, bo wykonują czarną robotę”.
Dyktator wezwał natychmiast na rozmowę szefa ochrony Nikołaja Własika, który pozytywnie ocenił pracę i oddanie Błochina. Beria po powrocie do swojego gabinetu wezwał do siebie Błochina i innych członków jego „specgrupy”. W wewnętrznej notatce służbowej szef NKWD odnotował przebieg spotkania:
„Ściśle tajne. Wezwałem Błochina i kierowników z komendantury, których poinformowałem o niektórych z zeznań przeciwko nim. Obiecali porządnie popracować i być oddanymi partii i władzy sowieckiej”.
Błochin ponownie przeżył, a rok 1940 przyniósł mu zadania, które ugruntowały jego pozycję jako najkrwawszego i najbardziej bezwzględnego kata Związku Sowieckiego.
Błochin w tamtym czasie miał na koncie egzekucje wielu znanych bolszewików: Lwa Kamieniewa, Grigorija Zinowjewa i marszałka Michaiła Tuchaczewskiego. 4 lutego 1940 r. „dodał do swojej kolekcji” byłego szefa NKWD i swojego przełożonego – Nikołaja Jeżowa. Przed procesem, wiedząc że jego los jest już przesądzony, „krwawy karzeł” prosił:
„rozstrzelajcie mnie szybko, nie zadając cierpień”.
Były to wygórowane żądania człowieka, który lubował się w długich i wyszukanych torturach, w których bezpośrednio często uczestniczył. Błochin zastrzelił Jeżowa w Zaułku Warsanofjewskim – specjalnym miejscu, gdzie odbywały się rozstrzelania na Łubiance. Simona Sebaga Montefiore w najsłynniejszej biografii Józefa Stalina Dwór czerwonego cara pisał:
„Przyjął śmierć mniej mężnie niż wiele spośród jego ofiar. Kiedy we wczesnych godzinach rannych 3 lutego Ulrich ogłosił wyrok, Jeżow zachwiał się, ale strażnicy chwycili go, zawlekli do samochodu i przewieźli do specjalnego budynku z pochyłą podłogą i urządzeniami do spłukiwania krwi przy Warsanofijewskim Prospekcie. Tam czekali już: Beria, zastępca prokuratora Nikołaj Afanasjew i kat Błochin. Jeżow, według relacji Afanasjewa, dostał czkawki i rozpłakał się. Potem nogi się pod nim ugięły i strażnicy chwycili go pod ręce. Tego dnia Stalin spotkał się z Berią i Mikojanem, prawdopodobnie po to, by porozmawiać o sprawach gospodarczych, ale z pewnością chciał wiedzieć, jak zachowywał się Jeżow w decydującym momencie”.
Pomyślne wykonanie zadań specjalnych
Dwa miesiące później kata z Łubianki wraz z dwoma funkcjonariuszami z jego „specgrupy” (jednym z nich był Iwan Antonow, drugim prawdopodobnie Piotr Jakowlew) skierowano do Kalinina (obecnie Twer), aby wykonał znacznie bardziej wymagające zadanie. Błochin został oddelegowany do kierowania egzekucjami jeńców z Ostaszkowa, którzy zostali skazani na śmierć w wyniku decyzji Biura Politycznego WKP(b) z 5 marca 1940 r., potocznie nazywaną „decyzją katyńską”.
Przez kolejne 13 lat Błochin wykonywał swoją makabryczną profesję bez żadnego zauważalnego uszczerbku na zdrowiu psychicznym – co nie było takie oczywiste. W 1945 r. dosłużył się stopnia generała majora organów bezpieczeństwa ZSRS.
Wysłanie „specgrupy” Błochina do poszczególnych obwodowych zarządów w Kalininie, Smoleńsku i Charkowie miało stanowić gwarancje dobrze wykonanej pracy. Katów czekało bowiem zadanie, które pod względem intensywności przewyższało nawet to, czego dokonali w okresie Wielkiego Terroru. W ciągu nieco ponad miesiąca musieli rozstrzelać w każdym z zarządów NKWD kilka tysięcy ludzi. Biorąc pod uwagę fakt, że obóz w Ostaszkowie był największy i przebywało w nim ponad 6,3 tys. jeńców, należy przypuszczać, że Błochin, jako najbardziej doświadczony w swoim „rzemiośle” kat, nie został tam skierowany przez przypadek. Decyzja ta zapadła 14 marca 1940 r. w gabinecie szefa Głównego Zarządu Gospodarczego NKWD Bogdana Kobułowa, który był również jednym z członków tzw. trójki NKWD (oprócz Wsiewołoda Mierkułowa i Leonida Basztakowa), zatwierdzającej w trybie doraźnym wyroki śmierci na polskich jeńcach i więźniach. Dwa dni później – jak wynika z rozkazów personalnych NKWD – Błochin udał się w delegację służbową, z której wrócił dopiero 23 maja 1940 r., a zatem po zakończeniu swojej „misji” w Kalininie.
Dmitrij Tokariew, naczelnik Obwodowego Zarządu NKWD w Kalininie tak wspominał postać komendanta NKWD:
„Weszli do mnie we trzech: Siniegubow, Błochin i Kriwienko. Siedziałem w gabinecie. »Cóż pójdziemy, pójdziemy!...« To było już w pierwszy dzień. Tak więc poszliśmy. I wówczas zobaczyłem całą tę grozę. Przyszliśmy tam. Po kilku minutach Błochin włożył swoją odzież specjalną: brązową skórzaną czapkę, długi skórzany fartuch, skórzane brązowe rękawice z mankietami powyżej łokci. Na mnie wywarło to ogromne wrażenie – zobaczyłem kata!”.
Pierwszej nocy Błochin osobiście rozstrzelał 330 policjantów. Następnie sporządził on raport, w którym wskazał, żeby dostarczać dziennie 250 Polaków, bo jak dosłownie stwierdził „nie wyrabia”. Błochin w czasie swojego wieloletniego doświadczenia wypracował własny sposób mordowania:
„Trzeba tylko dobrze trafić kulą między kręgi szczytowy i obrotowy kręgosłupa szyjnego, trzymając lufę skierowaną ukośnie ku górze. Kula wyjdzie wtedy przez oczodół lub usta, poleje się mało krwi. Pocisk wchodzący w potylicę rozrywa czoło i powoduje krwotok”.
Ten sposób był stosowany również przez katów w Charkowie, mordujących jeńców Starobielska. Nie była to jedyna innowacja. Kat z Łubianki przywiózł ze sobą walizkę niemieckich pistoletów Walter PPK 7,65 mm. Nie korzystał z rewolwerów nagan (Nagant wz. 1895) – popularnych w okresie Wielkiego Terroru – ponieważ miały one skłonność do przegrzewania się i zacinania, szczególnie przy intensywnym użytkowaniu. Od swoich ludzi Błochin zażądał, żeby nakładali skórzane fartuchy rzeźnickie, bowiem jak powtarzał „mundur funkcjonariusza NKWD powinien być zawsze czysty i schludny”.
Nad ranem oprawcy wracali do swojej „salonki”, wagonu sypialnego na bocznicy peronu w Kalininie. I jak łatwo się domyślić, oddawali się jedynej czynności po takiej pracy:
„piliśmy do utraty przytomności. Co by nie mówić, ta praca nie należała do lekkich. Tak bardzo byliśmy czasem zmęczeni, że ledwo staliśmy na nogach. A myliśmy się wodą kolońską. Do pasa. Inaczej nie dało się pozbyć zapachu krwi i prochu. Nawet psy na nasz widok uciekały i jeśli szczekały, to z daleka”.
Błochin w okresie swojej obecności w Kalininie zarządził, aby dostarczać katom wódki całymi skrzynkami.
Po powrocie do Moskwy, udał się na długi urlop. Wraz z dziewięcioma innymi członkami swojej „specgrupy” otrzymał 26 października 1940 r. na mocy rozkazu nr 001365 premię finansową (kwota równowartości miesięcznej pensji) za „pomyślne wykonanie zadań specjalnych”. Takim eufemizmem określono wymordowanie polskich jeńców i więźniów w liczbie blisko 22 tys. Tyle też było warte życie Polaków według szefa NKWD, który przyznał tę premię.
Ostatnie lata
Przez kolejne 13 lat Błochin wykonywał swoją makabryczną profesję bez żadnego zauważalnego uszczerbku na zdrowiu psychicznym – co nie było takie oczywiste. W 1945 r. dosłużył się stopnia generała majora organów bezpieczeństwa ZSRS. Po śmierci Józefa Stalina 5 marca 1953 r., pozbawiony parasola ochronnego Błochin został wysłany na przymusową emeryturę przez Berię, który na kilka miesięcy przejął władzę w Związku Sowieckim.
Błochin nie mógł narzekać na swój status materialny. W Moskwie posiadał luksusowe służbowe mieszkanie – wraz z gosposią na swoje usługi. Natomiast w Tomilinie, niedaleko Moskwy, miał daczę, gdzie spędzał czas wolny. Pobierał astronomiczną emeryturę, która ponad czterokrotnie przewyższała średnie zarobki w Związku Sowieckim. Oddawał się również hodowli koni, które uwielbiał. Mimo to, nie mógł do końca cieszyć się czasem wolnym. W wyniku utraty władzy przez Berię i rozliczeń jego ekipy (z czasów, gdy ten był szefem NKWD), Błochin był często wzywany do Prokuratury Generalnej w Moskwie. Okazał się bezcennym źródłem informacji i mocno obciążył byłego szefa. Co ciekawe, nie zamierzano pociągnąć go do odpowiedzialności za to, co robił za czasów Jagody, Jeżowa czy Berii. Prokuraturę interesowali mocodawcy, a nie zwykli wykonawcy rozkazów. Konsekwencje jednak go nie ominęły.
23 listopada 1954 r. został pozbawiony przez sekretarza generalnego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego Nikitę Chruszczowa stopniowa generała, jak i emerytury. Od tego czasu Błochin częściej niż zwykle upijał się do nieprzytomności. Zmarł 3 lutego 1955 r. na zawał serca, choć, według Tokariewa, Błochin zakończył swoje życie w ten sam sposób, w który uśmiercał swoje ofiary, czyli przez strzał w głowę.
Ostrożne dane szacunkowe historyków wskazują, że przez blisko 30 lat służby jako kat (1924–1953) osobiście zamordował niemniej niż 10 tys. ludzi, a nierzadko mówi się o liczbie 15 tys. Został pochowany w alei zasłużonych Cmentarza Dońskiego w Moskwie – tam, gdzie znajdują się prochy wielu jego ofiar. Okazały, marmurowy pomnik jest do dzisiaj odwiedzany przez licznych członków partii komunistycznej, którzy zostawiają znicze i wieńce. Pamięć o najkrwawszym kacie Związku Sowieckiego jest do dzisiaj kultywowana. Montefiore bardzo dobrze podsumował rolę Błochina w historii stalinowskich represji, pisząc:
„nazwisko tego potwora prześlizgnęło się przez palce historii. W teatrze stalinowskich procesów Błochin czai się w tle, rzadko jednak pozostaje poza sceną”.
