Powyższe terminy zaczerpnięte zostały wprost z przemówienia ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza wygłoszonego 17 grudnia 1970 r. bądź z mediów komunistycznych. Właściwymi nazwami tej zbrodni są używane w prasie drugiego obiegu i w niepodległej Polsce 2 określenia: masakra grudniowa (wskazująca na skutki przemocy władzy komunistycznej wobec bezbronnych ludzi) i rewolta grudniowa (opisująca bunt robotników i wszystkich ludzi ich wspierających).
Przypomnijmy: w grudniu 1970 r. co najmniej 45 osób zostało zabitych, a 1165 rannych, często z trwałymi urazami na całe życie. Termin „wypadki” był pierwotnie używany przez komunistyczne władze, aby umniejszyć skalę przemocy i zafałszować prawdę o zbrodni, czyli po to, by manipulować faktami. Stefan Kisielewski, wnikliwy obserwator życia politycznego PRL, w swoich Dziennikach w dniu 4 stycznia 1971 r. napisał:
„Jaki jednakże był naprawdę przebieg wydarzeń na Wybrzeżu, tego nie wiemy – prasa nadal milczy, tylko bezczelni »publicyści« […] leją jakieś obłudne, krokodyle łzy – tyle, że nie mówią, nad czym właściwie je leją, wspominając zaledwie półgębkiem o »bolesnych wydarzeniach«”.
Dezinformacja
Władzy komunistycznej od samego początku siłowego zainstalowania się w Polsce zależało na kreowaniu nieprawdziwej rzeczywistości, stojącej w jawnym konflikcie z faktami. Fakty nie miały znaczenia, ważne było to, co władza chciała ludziom narzucić, oraz to, co w dalszym ciągu wydarzeń zamierzała osiągnąć. Polityka informacyjna w ramach akcji propagandowych odbywała się w 2 kierunkach – propagandy sukcesu i dezinformacji. Ta druga była szeroko stosowana zwłaszcza w okresie napięć politycznych.
Gdy za rządów komunistów dochodziło do przesileń – Czerwiec ’56, Marzec ’68, Grudzień ’70 – najpierw starano się jak najdłużej zatajać zaistniałe zdarzenia, protesty, strajki, bunty, odwetowe strzelanie do ludzi i szeroko rozumiane represje. Później, gdy dłużej nie dało się ukrywać faktów, tak nimi manipulowano, aby wizerunek władzy wyglądał jak najkorzystniej.
Bezsprzecznie, jeśli chodzi o Grudzień ’70, do rozkolportowania wiadomości o tym, co się naprawdę dzieje na Wybrzeżu, przyczyniło się Radio Wolna Europa. Rozgłośnia z Monachium pierwszą wiadomość z Gdańska przekazała 15 grudnia o 23.56. Jak opisał to w swoich wspomnieniach dyrektor RWE Jan Nowak-Jeziorański, dotarcie do wiadomości o rozgrywającej się tragedii było sprawą dość przypadkową.
Ponieważ tego dnia słyszalność rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu była nikła, pracownik nasłuchu RWE odnalazł częstotliwość Polskiego Radia w Gdańsku, skąd ku swemu osłupieniu dowiedział się o wprowadzonej w mieście godzinie milicyjnej. Nadana przez RWE informacja 15 grudnia przed północą dotarła do ludzi w całej Polsce i do opinii publicznej na świecie. Odtąd nie można już było milczeć.
Ministerstwo prawdy
Cenzurę na ziemiach polskich zinstytucjonalizowano w sierpniu 1944 r. Przy Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego PKWN powstała wtedy specjalna komórka – Centralne Biuro Kontroli Prasy. Na mocy dekretu z 5 lipca 1946 r. CBKP przekształcono w Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. To orwellowskie „ministerstwo prawdy” przetrwało do końca PRL w 1990 r.
Równolegle w latach 1944–1945 istniał Resort Informacji i Propagandy, przemianowany w 1945 r. na Ministerstwo Informacji i Propagandy. Wraz z przejęciem pełnej kontroli nad państwem przez partię komunistyczną w grudniu 1948 r. nastąpiło przesunięcie części struktur państwowych do struktury partyjnej. Kształtowanie polityki informacyjnej przejął pion ideologiczno-propagandowy Komitetu Centralnego PZPR.
Stałą praktyką komunistów było informowanie o buntach, protestach, strajkach tylko w miejscu ich rozgrywania się. W Trójmieście, Szczecinie lub Elblągu kłamstwa, że nic się nie dzieje, nie można było po prostu utrzymywać, jednak to, co przekazywano opinii publicznej, było ściśle reglamentowane i kontrolowane przez Biuro Propagandy i Agitacji oraz Biuro Prasy Komitetu Centralnego PZPR, a także przez zaufanego współpracownika I sekretarza partii Władysława Gomułki, Zenona Kliszkę, członka Biura Politycznego KC.
Jak manipulowano
Kiedy prześledzimy prasę reżimową z grudnia 1970 r.: „Trybunę Ludu”, „Głos Wybrzeża”, „Dziennik Bałtycki”, „Głos Szczeciński”, dostrzeżemy charakterystyczne cechy manipulacji. W artykułach prasowych obniżano liczbę manifestantów, podkreślano ilość zniszczeń materialnych czy też wydarzeń chuligańskich – podpaleń, kradzieży, dewastacji.
Co ciekawe, prasa, która na co dzień nie informowała o funkcjonowaniu świata przestępczego w najlepszym z ustrojów politycznych, za jaki uważano komunizm, teraz nagle odkrywała jego ogromne pokłady. Pisano o bandytach, chuliganach, elementach rozbójniczych, kryminalistach, pijanych szumowinach, rabusiach, rozwydrzonych wyrostkach, złodziejach. Obraz chuliganów budowany był konsekwentnie, w odwołaniu do stereotypów i lęków społecznych.
Oto cytaty z kilku artykułów „Głosu Wybrzeża” z 16 grudnia 1970 r.:
„Szumowiny i męty społeczne usiłowały z tragicznej sytuacji w mieście wyłowić własną pieczeń”, „chuligani pili w zdemolowanej księgarni ucztując na poszukiwanych pozycjach bibliofilskich”, „przed rozbitym sklepem perfumeryjnym obdzielali dziewczęta kosmetykami, szminkami”.
Stanisław Kociołek, wicepremier i członek KC PZPR, w przemówieniu z 16 grudnia mówił wprost o grasujących bandach:
„Bandy – bo inne określenie jest tu za słabe – agresywnie przeciwstawiały się działaniom tak ludzkim, jak i powszechnie zrozumiałym, jak gaszenie pożarów, ratowane ludzi, którym groziła śmierć w ogniu, udzielanie pomocy poranionym. Uczynili to osobnicy szczególnego pokroju, przestępczego, zbrodniczego. I tylko tacy są wśród zatrzymanych, tacy odpowiedzą przed prawem”.
Zabici funkcjonariusze?
W „Głosie Wybrzeża” z 16 grudnia 1970 r. w apelu skierowanym do „klasy robotniczej i ludzi pracy w Gdańsku”, sygnowanym przez Komitet Wojewódzki PZPR, Wojewódzką i Miejską Rada Narodowa oraz Wojewódzki Komitet Związków Zawodowych, pisano:
„Doszło do naruszenia porządku w zakładach pracy oraz nieodpowiedzialnych rozruchów na ulicach Gdańska. Demonstracje i zamieszki zostały wykorzystane przez elementy chuligańskie i wichrzycielskie. […] Dopuszczono się morderstw na funkcjonariuszach milicji i osobach cywilnych. Ponad 150 milicjantów i żołnierzy odniosło rany, w tym wielu bardzo ciężko […]. Wobec nieustających agresywnych wystąpień i ataków organy porządku publicznego w obronie własnej użyły broni”.
Charakterystyczny jest zwrot o mordach na osobach mundurowych. Tak naprawdę w zbrodni Grudnia ‘70 – z tego, co wiemy dzisiaj – zginęło 2 funkcjonariuszy milicji i żołnierz. Okoliczności 2 z tych śmierci do dziś są niewyjaśnione. Plutonowy MO Jerzy Kozaczuk zmarł w Gdańsku w swoim mieszkaniu, najpewniej zatruty gazami, bez ingerencji osób trzecich. Szeregowiec WP Stanisław Nadratowski zginął w Szczecinie od kuli w głowę, sugerowano przypadkowe postrzelenie się lub samobójstwo. Nadratowski, sam stoczniowiec, mający ojca i wujków stoczniowców, wcześniej głośno deklarował, że nie będzie strzelał do robotników. Kto naprawdę oddał do niego strzały, nie wiadomo. Jedyny milicjant, który zginął z rąk demonstrantów, to st. sierż. Marian Zamroczyński. Najpierw z bliska zastrzelił on pierwszą ofiarę Grudnia ‘70 – Józefa Widerlika, a następnie sam dotkliwie pobity przez protestujących, zmarł po kilku dniach w szpitalu, nie odzyskując przytomności. Są jeszcze 42 pozostałe ofiary, w ogromnej większości bezbronni ludzie zastrzeleni z broni palnej przez umundurowanych funkcjonariuszy. Odwrócenie proporcji, zaliczanie do ofiar tłumu tych, których być może funkcjonariusze sami zastrzelili, mnożenie rzekomych ofiar po stronie reżimu – to typowe przypadki dezinformacji propagandy tamtego czasu.
Reakcja stolicy
Wiadomości o strajkach na Wybrzeżu ogólnopolska „Trybuna Ludu” podała dopiero 17 grudnia 1970 r. w tekście o charakterystycznym tytule Zajścia w Gdańsku.
Artykuł znalazł się na pierwszej stronie dziennika, nie zajmował jednak wiele miejsca. Czytamy w nim:
„Gdańsk stał się terenem tragicznych wydarzeń. […] Awanturnicy i wichrzyciele wykorzystali fakt, że w godzinach rannych, porzuciwszy pracę, na ulice wyszła część załogi Stoczni Gdańskiej. Dopóki nie doszło do aktów gwałtu, milicjanci, ormowcy i żołnierze konsekwentnie powstrzymywali się od użycia siły. […] Sprawy te, które wymagają rozważania z załogą i właściwego rozwiązania były ostatnio przedmiotem dyskusji, która nadal jest w Stoczni potrzebna. Niestety zamiast ich spokojnego i rzeczowego rozważania na zebraniach w samym zakładzie, część załogi uległa nieodpowiedzialnym wezwaniom, porzuciła pracę i wyszła na ulice”.
W przemówieniu z 18 grudnia 1970 r. premier PRL Józef Cyrankiewicz mówił o słusznych emocjach robotników, zmanipulowanych przez siły zła:
„Wykorzystane zostały one, jak zwykle […] przez elementy anarchistyczne, chuligańskie i kryminalne, z drugiej strony – przez wrogów socjalizmu, przez wrogów Polski. Dopowiedzcie sobie, czyżby Polska była jedynym krajem na świece, w którym nie ma wrogich sił działających wewnątrz?”.
To, co zaszło, jak mówił Cyrankiewicz, nie tylko przyniosło krajowi straty, ale stało się „żerowiskiem dla wrogów Polski Ludowej”. Pod artykułem z wypowiedzią premiera PRL znajdowała się uchwała Rady Ministrów zezwalająca na używanie przeciw protestującym broni.
Stefan Kisielewski komentujący na bieżąco toczące się wydarzenia zanotował 17 grudnia w swoich notatkach:
„Trudno się zorientować, co tam się dzieje teraz – podobno strajk w stoczni trwa, próbuje się też otwierać porozbijane sklepy. Nasza telewizja i radio odezwały się na ten temat po dwóch dniach, gdy cały świat trąbił już o tym na wszelkie sposoby, prasa zaś nasza podała komunikat dopiero dziś. Nie negują, że był strajk i sprawa socjalna, kładą natomiast nacisk na »męty« i chuligaństwo. Przypominają, że zmiana cen jest podyktowana »koniecznością uzdrowienia gospodarki«, grożą represjami, a w ogóle, jak zwykle, informują minimalnie. Wczoraj w telewizji było trochę zdjęć, głównie popalonych autobusów”.
Dbałość o pamięć obowiązuje nas wszystkich. Właściwe nazywanie zdarzeń historycznych (tu można toczyć spory, czy bardziej od strony poniesionej ofiary, czy jako przejaw oporu) powinno być pielęgnowane i przekazywane we właściwej formie następnym pokoleniom. W innym wypadku stajemy się częścią wizji George’a Orwella z powieści Rok 1984, gdzie „prawdziwą dziedziną Ministerstwa Pokoju jest wojna, Ministerstwa Prawdy – kłamstwa, Ministerstwa Miłości – tortury, Ministerstwa Obfitości – głód”.
Tekst pochodzi z numeru 12/2025 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN, placówkach Poczty Polskiej lub na stronie ksiegarniaipn.pl
