Istotne było także specyficzne położenie strategiczne Polski. W sowieckiej doktrynie wojennej PRL było jednym z głównym obszarów koncentracji wojsk i ewentualnego wyjścia uderzenia na Zachód w wypadku konfrontacji zbrojnej pomiędzy dwoma przeciwstawnymi blokami państw – komunistycznym i kapitalistycznym, jeśli trzymać się ówczesnej terminologii.
W sierpniu 1984 r. do Polski przybył wraz z żoną pułkownik armii amerykańskiej Frederick G. Myer i objął posadę attaché wojskowego Ambasady USA w Warszawie.
Do najczęściej penetrowanych obiektów wojskowych należały koszary i poligony LWP i Armii Czerwonej znajdujące się w zachodniej i północno zachodniej części kraju, lotniska, porty i – oczywiście – jednostki rakietowej obrony przeciwlotniczej.
Celami bywały również inne wyspecjalizowane oddziały o strategicznym znaczeniu, jak na przykład 2. Pułk Rozpoznania Radioelektronicznego. Podlegał on szefowi Zarządu II SG WP, czyli wywiadu wojskowego, a został dyslokowany na prowincjonalnym i zaniedbanym infrastrukturalnie lotnisku wojskowym w Przasnyszu. Zimą 1985 r. znalazł się w zainteresowaniu amerykańskich dyplomatów z Ambasady USA w Warszawie.
Artur-84
Otóż kilka miesięcy wcześniej, w sierpniu 1984 r., do Polski przybył wraz z żoną pułkownik armii amerykańskiej Frederick G. Myer i objął posadę attaché wojskowego Ambasady USA w Warszawie. Kontrwywiad SB identyfikował go jako oficera DIA (wywiadu wojskowego) i założył na niego Sprawę Operacyjnego Rozpracowania o krypt. „Artur-84”.
Co najmniej od pierwszej połowy lat sześćdziesiątych XX w. na terenie PRL i USA znajdowały się specjalne strefy, wyznaczone przez rządy obu krajów na zasadzie wzajemności, w których istniał zakaz przebywania oraz przejazdu samochodami przez dyplomatów.
Dyplomata poddawany był inwigilacji przez nielicznych tajnych współpracowników Departamentu II MSW oraz dość częstej obserwacji zewnętrznej ze strony funkcjonariuszy Biura „B” MSW. Kilkukrotnie zauważono jego duże zainteresowanie obiektami wojskowymi i próbę ich obserwacji z zewnątrz z użyciem lornetki oraz dokumentowania obiektów poprzez wykonywanie fotografii.
Łącznie odnotowano aż dziewięć penetracji jednostek wojskowych w dość krótkim okresie czasu, to jest od września 1984 do lutego 1985 r. Amerykańskiego oficera interesowały szczególnie garnizony LWP i Armii Sowieckiej na Dolnym Śląsku (Legnica), Pomorzu (Gdańsk), Mazurach (Olsztyn) i w Małopolsce (Kraków i Częstochowa). Mimo presji ze strony obserwacji zewnętrznej zawsze udawało się Myerowi przechytrzyć SB, której funkcjonariusze nie złapali wywiadowcy na gorącym uczynku.
Sytuacja zmieniła się diametralnie na niekorzyść dyplomaty 21 lutego 1985 r. Tego dnia zauważono samochód marki Volvo, przejeżdżający kilkukrotnie przy nieużywanym polowym lotnisku wojskowym nieopodal Przasnysza, gdzie dyslokowano właśnie 2. Pułk Rozpoznania Radioelektronicznego, w bliskiej odległości od strefy zakazanej do pobytu i przemieszczania się dyplomatów amerykańskich w Polsce.
Strefy wyłączenia
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że co najmniej od pierwszej połowy lat sześćdziesiątych XX w. na terenie PRL i USA znajdowały się specjalne strefy, wyznaczone przez rządy obu krajów na zasadzie wzajemności, w których istniał zakaz przebywania oraz przejazdu samochodami przez dyplomatów.
W strefach zakazanych usilnie prowadzono kontrole pojazdów na dyplomatycznych tablicach rejestracyjnych. W Polsce ruch tych aut rejestrowano w ramach specjalnego operacyjnego wykazu o krypt. „Amazonka”, prowadzonego przez Biuro „B” MSW.
W PRL obszar ten obejmował trochę ponad pięć procent powierzchni kraju i dotyczył głównie portów na Wybrzeżu, miejscowości na Dolnym Śląsku, Lubelszczyźnie i na północ od Warszawy. W USA były to głównie południowe stany, a miejscem szczególnie chronionym była Kalifornia. Dostrzec w tym oczywiście można z jednej strony potrzebę ochrony określonych instalacji wojskowych i ośrodków naukowo-badawczych przez penetracją wywiadowczą obcych dyplomatów, ale wydaje się, że czasem była to pewnego rodzaju „złośliwa” próba ograniczenia możliwości szybkiego i sprawnego podróżowania oraz wewnętrznych dyplomatycznych kontaktów.
Doskonale obrazuje to przykład zablokowania powiatu Środa w Wielkopolsce. Uniemożliwiało to podróż samochodem najprostszą i najszybszą drogą z Warszawy do Poznania, gdzie znajdował się amerykański konsulat podległy warszawskiej ambasadzie. Analogicznie ograniczono dojazd polskich dyplomatów do Los Angeles, w którym władze amerykańskie nie zgadzały się przez cały okres PRL na otwarcie polskiej placówki dyplomatycznej.
Para obcokrajowców, podróżujących wspólnie autem, zamknęła się wewnątrz pojazdu i nie chciała go opuścić.
W strefach zakazanych usilnie prowadzono kontrole pojazdów na dyplomatycznych tablicach rejestracyjnych. W Polsce ruch tych aut rejestrowano w ramach specjalnego operacyjnego wykazu o krypt. „Amazonka”, prowadzonego przez Biuro „B” MSW przy współudziale wszystkich funkcjonariuszy szeroko rozumianego aparatu bezpieczeństwa – SB, MO, WOP, SOK, ORMO, czy WSW. Naruszenie stref skutkowało wzajemnym zgłaszaniem incydentów, a w ostateczności nawet ekspulsją. W przeszłości w jednym wypadku doszło nawet do oddania strzałów ostrzegawczych w sytuacji niezatrzymania się amerykańskiego samochodu dyplomatycznego nieopodal Narewki w woj. białostockim.
Zza szyby Volvo
Duńska rejestracja 5260DK85 auta, którym poruszał się Frederick G. Myer, nie wskazywała na to, że pojazd należy do przedstawicieli korpusu dyplomatycznego akredytowanego w PRL. Za to uwagę milicyjnego patrolu zwrócił fakt wykonywania zdjęć przez pasażerów samochodu. W związku z tym zarządzono blokadę drogi i lokalni milicjanci z drogówki zatrzymali podejrzanych w Makowie Mazowieckim. Na miejsce przybyli też pilnie ściągnięci funkcjonariusze SB z WUSW w Ostrołęce.
Para obcokrajowców, podróżujących wspólnie autem, zamknęła się wewnątrz pojazdu i nie chciała go opuścić. W dodatku kontakt z nimi był bardzo utrudniony, z powodu – jak się wydawało – bariery językowej. Jedynie przez uchylone okno wyrzucili oni karteczkę z nazwiskiem „Gallagher” i odmawiali dalszej współpracy z milicją czy udziału w kolejnych próbach wylegitymowania.
Funkcjonariusze zinterpretowali początkowo, że para w ten sposób wskazała na swoje dane personalne. W rzeczywistości jednak wymieniła osobę do kontaktu w Ambasadzie USA – czyli Roberta L. Gallaghera, zastępcę attaché wojskowego i podwładnego Myera. Ale nikt z milicjantów i esbeków nie zrozumiał o co chodzi zatrzymanym, czemu też nawet trudno się dziwić w takich okolicznościach.
Wykorzystując bierność funkcjonariuszy, wynikającą prawdopodobnie z faktu zatrzymania auta z obcokrajowcami, kobieta przykryła się kocem i manewrowała jakimiś przedmiotami przypominającymi aparaty fotograficzne. Z czasem okazało się, że celowo naświetlała klisze filmowe w aparatach oraz w zapasowych rolkach, aby zniszczyć dowody penetracji jednostek wojskowych. Następnie zasłoniła twarz rękoma.
Mężczyzna prowokacyjnie i konfrontacyjnie patrzył na milicjantów i esbeków, a następnie układał palce dwóch dłoni w znak „V”. W tej sytuacji milicjanci zażądali przejazdu pary obcokrajowców do miejscowego RUSW pod eskortą milicyjnych samochodów. Na miejscu wszyscy udali się do budynku, przeszukano samochód, zaś zatrzymanych poddano brutalnej rewizji osobistej. W meldunkach, złożonych później przełożonym, sytuację tłumaczono procedurą i faktem możliwości ukrywania szpiegowskiego wyposażenia w damskiej bieliźnie, a nawet w intymnych miejscach.
O sprawie natychmiast poinformowano premiera PRL gen. armii Wojciecha Jaruzelskiego i kilku innych najważniejszych decydentów w kraju.
Dopiero po rewizji w budynku RUSW obcokrajowcy przedstawili się jako Barbara i Frederick Myer. Małżeństwo stwierdziło wówczas, że podsiada status dyplomatyczny. W tej sytuacji do Makowa Mazowieckiego wezwany został przedstawiciel pionu Protokołu Dyplomatycznego MSZ. Jednocześnie Ambasada USA w Warszawie potwierdziła fakt, że Barbara i Frederick G. Myer są zatrudnieni w ich stołecznej placówce, ale nikt nie przyjechał odebrać zatrzymanych.
Wieczorem, po ponad sześciu godzinach od zatrzymania, małżeństwo zostało zwolnione z RUSW i mogło wrócić do stolicy. Funkcjonariusze SB nie wydali im jednak dwóch aparatów fotograficznych marki Canon A-1, sześciu prześwietlonych klisz z małoobrazkowymi filmami firmy Kodak oraz sześciu amerykańskich map sztabowych wydrukowanych w Waszyngtonie. Stały się one dowodem na działalność szpiegowską, niezgodną ze statusem dyplomatycznym. Z prześwietlonego filmu znajdującego się w zarekwirowanym aparacie udało się wywołać zaledwie jedną klatkę. Ale co ważne, zawierała ona uwiecznione na kliszy instalacje wojskowe z antenami namiernika radiowego R-359, co stanowiło niepodważalny dowód penetracji wojskowego obiektu przez amerykańskich dyplomatów. Urządzenia te wykorzystywał oczywiście 2. Pułk Rozpoznania Radioelektronicznego z Przasnysza.
O sprawie natychmiast poinformowano premiera PRL gen. armii Wojciecha Jaruzelskiego, ministra obrony narodowej gen. broni Floriana Siwickiego, ministra spraw zagranicznych Stefana Olszowskiego oraz przewodniczącego Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Józefa Czyrka – najważniejszych decydentów w kraju.
Chcecie siłowych rozwiązań, będziecie je mieli
W zaistniałej sytuacji 23 lutego 1984 r. do Departamentu Stanu USA został wezwany Zdzisław Ludwiczak, pełniącego wówczas funkcję kierownika Ambasady PRL w Waszyngtonie w randze chargé d’affaires.
Władze amerykańskie poinformowały o zawieszeniu rozmów na temat współpracy naukowo-technicznej, prowadzonych w tym czasie pomiędzy obydwoma krajami.
Notę protestacyjną wręczył mu Richard Burt, asystent sekretarza stanu ds. europejskich. Spotkanie miało bardzo oficjalny i chłodny przebieg. Mężczyźni nie uścisnęli sobie nawet dłoni w geście powitania i pożegnania. Ludwiczak został poinformowany, że doszło do złamania Konwencji Genewskiej o stosunkach dyplomatycznych.
W opinii amerykańskiego dyplomaty naruszono godność przedstawicieli Stanów Zjednoczonych w PRL i poniżono Barbarę Myer, zmuszając ją do wykonywania nago w trakcie rewizji kilkunastu przysiadów. Miało to świadczyć o brutalności funkcjonariuszy, choć nie ma pewności czy tak się właśnie stało. Jednocześnie Burt zażądał wyjaśnienia sprawy, ukarania milicjantów i zapewnienia, że sytuacja taka więcej się nie powtórzy. Straszył też polskiego chargé d’affaires:
„chcecie siłowych rozwiązań, będziecie je mieli”.
Ludwiczak odrzucił protest, informując Amerykanina, że zachowanie Fredericka G. Myera było sprzeczne ze statusem dyplomaty. Protest nie wywarł też większego wrażenia na peerelowskim dyplomacie, doświadczonym w kontaktach z Amerykanami od czasu wprowadzenia stanu wojennego i bardzo napiętej sytuacji bilateralnej pomiędzy obydwoma krajami od końca 1981 r.
Fragment naświetlonego filmu fotograficznego zarekwirowanego w trakcie zatrzymania Fredericka i Barbary Myer w Makowie Mazowieckim. Źródło: AIPN
Ponownie wezwano polskiego przedstawiciela w USA do Departamentu Stanu 25 lutego. Ludwiczak został bardzo mocno słownie zaatakowany przez przedstawicieli administracji rządowej, którzy nie kryli, że treść i forma rozmowy została ustalona wcześniej z prezydentem Ronaldem Reganem. Ponownie padły pogróżki – „jeśli chcecie wojny, będziecie ją mieli”, zaś funkcjonariuszy SB określono mianem „nazistów”. Władze amerykańskie poinformowały o zawieszeniu rozmów na temat współpracy naukowo-technicznej, prowadzonych w tym czasie pomiędzy obydwoma krajami.
Polska odpowiedź była równie twarda, szczególnie w kwestii niezgodnych ze statusem dyplomaty działań penetracyjnych ze strony dyplomatów Ambasady USA w Warszawie. Z oburzeniem skomentowano także kwestię porównań do „nazistów”, jako niestosownych w odniesieniu do Polaków, stawiających przez całą II wojnę światową opór hitlerowskim Niemcom i mocno doświadczonym przez ich reżim w trakcie okupacji.
Persona non grata
Jeszcze tego samego dnia, wobec powyższych sporów dotyczących odpowiedzialności za wydarzenia w Przasnyszu i Makowie Mazowieckim, władze PRL uznały Fredericka G. Myera za persona non grata. Do polskiego MSZ wezwany został David H. Swartz, chargé d’affaires Ambasady USA, któremu wręczono notę z nakazem opuszczenia kraju przez podległego mu amerykańskiego dyplomatę w ciągu 48 godzin.
Polska propaganda wykorzystała zaistniałą sytuację. W rządowym przekazie dominował pogląd, że to USA celowo niweczą starania o poprawę wzajemnych relacji.
O sytuacji poinformowano także polską opinię publiczną. Przygotowano komunikat Polskiej Agencji Prasowej, a o sprawie opowiadał na konferencji prasowej rzecznik rządu – Jerzy Urban. W efekcie małżeństwo Myerów odleciało z Okęcia do Niemiec w wyznaczonym terminie, czyli 27 lutego. Ale nawet pożegnania amerykański pułkownik wykorzystał do prowokacji. Uśmiechnięty i pewny siebie pił szampana, serwowanego przez dwóch szeregowych marines w hali odlotów stołecznego lotniska, gdzie żegnało go niemal 60 dyplomatów z USA, Wielkiej Brytanii, Holandii, Belgii i Kanady. Opuszczając terminal podniósł prawą rękę w kierunku filmujących go funkcjonariuszy SB z Biura „B” MSW w geście zwycięstwa, z charakterystycznym „V” ułożonym z dwóch palców.
Amerykanie w odpowiedzi na wyrzucenie Myera nakazali w ramach retorsji opuszczenie USA płk. Zygmuntowi Szymańskiemu, attaché wojskowemu Ambasady PRL w Waszyngtonie. Ponadto zagrozili całkowitym zerwaniem stosunków dyplomatycznych, jeśli taka sytuacja powtórzy się w przyszłości. Prasa za Atlantykiem grzmiała, że „USA wystosowuje Polsce lodowate ostrzeżenie”, a administracja prezydenta Ronalda Reagana faktycznie zawiesiła rozmowy na temat wzajemnego porozumienia o współpracy naukowo-technicznej. W artykułach dominował pogląd o potrzebie „głębokiego zamrożenia” wzajemnych relacji, które i tak od 13 grudnia 1981 r. znajdowały się w złym stanie.
Polska propaganda również wykorzystała zaistniałą sytuację. W rządowym przekazie dominował pogląd, że to USA celowo niweczą starania o poprawę wzajemnych relacji. Ostatecznie ekspulsja amerykańskiego dyplomaty i jego żony doprowadziła tylko krótkotrwałego zatrzymania dialogu z USA. Już kilka tygodni później strony podpisały umowę na eksport polskich wyrobów stalowych do Stanów Zjednoczonych na okres czterech lat, zaś w kwietniu 1984 r. przywrócono stałe połączenie lotnicze między obydwoma krajami.
Amerykanie początkowo nie do końca dobrze czytali sygnały wysyłane im z Warszawy wzmacniającej reżim kontrwywiadowczy w kraju w stosunku do ich dyplomatów. Wydaje się, że wraz z początkiem 1985 r. doszło do skoordynowanej akcji w PRL, NRD i ZSRS, której celem miało być sfinalizowanie wymiany szpiegów z udziałem m.in. Mariana Zacharskiego, celowo i świadomie przeciąganej przez USA.
Udało się to osiągnąć w połowie 1985 r., ale w marcu, w trakcie penetracji koszar Samodzielnego Pułku Czołgów w Ludwigslut (wchodzącego w skład 2. Gwardyjskiej Armii Pancernej, dyslokowanej na terenie Meklemburgii w północnozachodniej części NRD), życie stracił amerykański oficer wywiadu mjr Artur Nicholson. Operacja wywiadowcza, którą prowadził, przebiegała w bardzo podobny sposób do tej z Przasnysza.
