Miał świetną pamięć do szczegółów z przeszłości. Pod naciskiem przyjaciół zaczął spisywać wspomnienia. Ich niedokończonym efektem jest książka w formie pamiętnika Tak było, wydana m.in. przez IPN. Poniższe fragmenty właśnie z niej pochodzą.
Dzieciństwo i młodość
„Urodziłem się 21 października 1923 r. w Wilnie. W zasadzie jestem chłopakiem z miasta, ale niezupełnie – przez to, że przebywałem trochę w mieście, trochę na wsi. W Wilnie mama prowadziła małą pracownię krawiecką, a ojciec, ponieważ był ogrodnikiem, pracował w majątkach, których było sporo wokół Wilna, jak Lubów, Oszmiana, Gierwiaty czy Glinciszki”.
„Z zainteresowaniem słuchałem lekcji historii, szczególnie o powstaniach z 1830 i 1863 r., w którym część mojej rodziny brała udział i za to zostali wywiezieni na Syberię. Powrócili dopiero po 1920 r. Słuchając, przeżywałem bohaterskie walki Legionów Józefa Piłsudskiego i żałowałem, że nie mogłem w nich brać udziału, że za późno się urodziłem. Ale również uważnie słuchałem dlatego, że nasz nauczyciel pan Kolator, jak i kierownik szkoły byli legionistami. Mieli stopnie poruczników i brali udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r. Takiemu chłopakowi jak ja bardzo to imponowało. Nie przypuszczałem wówczas, jak potoczy się moje życie. I tak powoli poczucie patriotyzmu przeciekało do naszych serc i umysłów. Nic nie było wciskane na siłę. Dom, szkoła, harcerstwo kształtowały nasze charaktery. Chcieliśmy służyć Polsce, chcieliśmy coś jej z siebie dać.
Do harcerstwa należałem od dzieciństwa, najpierw do zuchów, potem do druhów [11 Wileńskiej Drużyny Harcerskiej]. Zostałem nawet zastępowym „Puchaczy” i to pomimo mojego sprzeciwu. Nie lubiłem rządzić, a do każdej władzy stawałem okoniem, taki miałem charakter. Zgodziłem się z tą nominacją, pod warunkiem że na obozie będę zwykłym druhem. I tak było”.
„Lato 1939 r. spędziłem w Glinciszkach. Był to duży i zasobny majątek państwa Jeleńskich, pięknie położony nad jeziorem, z lasami, 35 km prosto na północ od Wilna. Majątek częściowo był uprzemysłowiony, posiadał młyn, gorzelnię i tartak. Był też tam duży sad i ogród z pasieką, w której stało około stu uli. Były więc tam ryby, grzyby i wędliny, do tego łódka i kajak, wszystko, czego młodemu chłopakowi do szczęścia potrzeba. To lato spędzałem na łowieniu ryb, kąpaniu się w jeziorze i delektowaniu się wyśmienitymi owocami”.
Kiedy zaczęła się wojna...
Wilno to przedwojenne miasto garnizonowe. Stacjonowało tam wiele jednostek Wojska Polskiego, które we wrześniu 1939 r. toczyły walki na całym obszarze RP. Wojna bezpośrednio dotarła tam 18 września, kiedy do miasta wkroczyły jednostki Armii Czerwonej, natykając się na niewielki, ale zdeterminowany opór. Przybyli okupanci bardzo szybko zorganizowali aparat represji, aresztując pierwsze osoby i w dużej mierze niszcząc podstawy ekonomiczne życia większości mieszkańców.
„I stało się. 17 września 1939 r. bez wypowiedzenia wojny wkroczyły wojska sowieckie do Polski, a 20 były już w Glinciszkach. W samo południe przyjechała najpierw razwiedka siedmiu kozaków i sześciu bojców, a na czele lejtnant. Nakazali, aby wszyscy mieszkańcy majątku, kto żyw, przyszli pod pałac na miting”.
Jednak już 26 października, na podstawie wzajemnej umowy pomiędzy Litwą a ZSRS, ziemie te w części zostały przyłączone do Republiki Litwy. Rozpoczęła się druga okupacja – litewska. Znacznie mniej okrutna, choć wiele osób pozbawionych zostało dotychczasowych praw, nie otrzymując obywatelstwa litewskiego. Poprawiła się aprowizacja na zrabowanym przez Sowietów terenie, ale szykany nowych władz i pośpieszna lituanizacja spowodowały, że do dziś ten okres określany jest jako wyjątkowo uciążliwy dla mieszkańców.
„Bałem się, że mnie nie przyjmą po tylu dniach nieobecności. Ojciec świetnie znał język litewski i szybko się dogadał z dyrektorem. Od tego dnia zostałem uczniem Gimnazjum Elektro-Mechanicznego na Kopanicy.
Już obawiałem się, że nie dam sobie rady, bo nauka była prowadzona w języku litewskim, ale okazało się, że z wyjątkiem kilku rdzennych Litwinów, nikt nie znał tego języka i zrobiło mi się raźniej. Nie mieliśmy wielu przedmiotów, a elektryka, mechanika i matematyka były wykładane w języku polskim. Cztery dni w tygodniu była teoria, a dwa dni – wtorki i piątki – praktyka, czyli warsztaty, w pierwszym roku mechaniczne, a w drugim roku elektryczne”.
„Jastrząb” zaczyna krążyć
15 czerwca 1940 r. Związek Sowiecki po raz kolejny zajął te ziemie, podobnie jak całą Litwę. Zaczęła się trzecia okupacja, przerwana 24 czerwca 1941 r., kiedy do Wilna wkroczyła armia niemiecka. Zaczęła się czwarta okupacja. Dużą część władzy administracyjnej i policyjnej, zgodnie z odwieczną zasadą dziel i rządź, Niemcy przekazali Litwinom. Wśród polskiej społeczności okres ten nazywany był okupacją niemiecko-litewską. Brutalne rządy, masowe egzekucje i represje nasilały opór polskiego podziemia.
„Nastał wrzesień, któregoś dnia przyszedł Bronek z Jurkiem i zapytali mnie, czy chciałbym należeć do organizacji podziemnej AK.
– Oczywiście – odpowiedziałem.
– To w takim razie jutro złożymy przysięgę”.
W sierpniu 1943 r. w pole wyszedł oddział porucznika (od 1944 r. kapitana) Gracjana Fróga „Szczerbca”. Wkrótce uzyskał miano 3. Wileńskiej Brygady AK. Jako jeden z pierwszych partyzantów zgłosił się tam Józef Bandzo, przyjmując pseudonim „Jastrząb”.
„Ubrani byli różnie. Mieli na sobie albo krótkie cywilne kurtki, albo długie jesionki. Na głowach czapki, mycki, rogatywki, kilku miało niemieckie czapki, a dwóch pilotki – jeden skórzaną, a drugi parcianą. Niektórzy byli przepasani skórzanymi paskami, na których wisiały pistolety w kaburach. Inni mieli tylko pasy, a jeszcze inni, podobnie jak my, nie mieli nawet pasów. Z wyjątkiem kilku osób byli to młodzi i prężni chłopcy, tylko jacyś zamknięci w sobie”.
„Po śniadaniu znów poszedłem do stodoły i położyłem się na swoim miejscu. Niedaleko siedział ten mężczyzna, który zabrał nas wczoraj z leśniczówki. Był w towarzystwie krępego mężczyzny o owalnej twarzy i jasnych oczach. Pomyślałem, że to kapelan, ponieważ ubrany był w czarny mundur z białą wypustką na kołnierzu. O czymś ze sobą rozmawiali. Co jakiś czas przychodzili kolejni partyzanci schodzący z warty i przed tymi dwoma składali meldunek:
– Panie komendancie, partyzant taki i taki melduje posłusznie swój powrót z warty.
Robił w tył zwrot i szedł na swoje miejsce. Nie mogłem zorientować się, któremu składają meldunek i kto tu jest komendantem”.
Tym krępym mężczyzną był komendant – „Szczerbiec”. Bandzo szybko poznał się na nim; do końca życia widział w nim wzór doskonałego dowódcy. Podobnie jak początkowo jego bezpośredni dowódca.
„Zostałem przydzielony do drużyny [Romualda Rajsa] „Burego”. Zrobił on na mnie dobre wrażenie. Był nieduży, miał kręcone, ciemne włosy i piwne oczy. Poruszał się zwinnie jak kot. Miał donośny głos, doskonały do wydawania komend wojskowych”.
„Plany komendanta sięgały daleko. Założył partyzancką szkołę podchorążych, do której kandydatów sam naznaczał. […] Miał to być zalążek kadrowy 3 Brygady i w związku z tym doszły nowe zajęcia: topografia i minerstwo”.
Pierwsza akcja bojowa
Z czasem sam Bandzo został dowódcą drużyny.
„Drużyna, trochę już podszkolona, teraz szła na pierwszą akcję bojową na Graużyszki. Marsz był dość uciążliwy, gdyż zgodnie ze starą zasadą, aby oddział nie został wykryty, uderzaliśmy z dalszej odległości, 20 lub 30 km. Wyznaczeni ludzie przecięli połączenia telefoniczne. Niezauważeni podeszliśmy pod wielki dom o grubych murach, który stanowił bunkier, a zarazem koszary policji litewskiej. Moim zdaniem obiekt był nie do zdobycia. Ale komendant zastosował fortel. Wcześniej kazał przygotować cztery wiązki granatów i gdy padł rozkaz »ognia«, rozległa się kanonada, strzelano z tego, co kto miał. Równocześnie rzucono pod bunkier wiązki granatów – potężny wybuch wstrząsnął murami bunkra. Gdy tylko opadł dym, komendant donośnym głosem krzyknął:
– Załadować ponownie działa – i zaraz wysłał »Kanarka«, Litwina, który przyłączył się do nas w Turgielach, z białą flagą na pertraktacje. Pertraktacje trwały ok. pół godziny i Litwini poddali się”.
Ranny pod Murowaną Oszmianką
Potem było jeszcze bardzo wiele potyczek i bitew, w których „Jastrząb” brał udział. W tym jedna z największych bitew partyzanckich, pod Murowaną Oszmianką. W nocy z 13 na 14 maja 1944 r. m.in. 3. Brygada kpt. Gracjana Fróga „Szczerbca” uderzyła na litewskie oddziały gen. Povilasa Plechavičiusa, pozostające pod niemiecką komendą.
„Gdy byliśmy jakieś 50 m od nieprzyjaciela, nagle zapaliła się stodoła, jak pochodnia oświetliła nas. Litwini znajdujący się w okopach mieli łatwy cel. Do tego jeszcze trafiliśmy na podmokły teren, woda sięgała powyżej kostek. Nie można było wcześniej paść i strzelać z pozycji leżącej. Trzeba było iść naprzód. Część Litwinów znajdujących się najbliżej płonącej stodoły z powodu żaru ognia uciekła z okopów, przeniosła się na nasze prawe skrzydło i zaczęła prażyć do nas z flanki. Był to moment, krótka chwila, ale widziałem, jakie wyrządzili nam szkody. Pierwszy padł erkaemista »Chmura«, następnie »Maj«, a ja dostałem w lewe ramię. Kula przebiła dwa nerwy i lekko drasnęła tętnicę. Ból był straszny”.
Ciężka rana, dająca zresztą znać do końca życia, wykluczyła „Jastrzębia” z boju o Wilno, czyli operacji „Ostra Brama”. Kiedy leżał w partyzanckim szpitalu, został przedstawiony do Krzyża Walecznych za całokształt dotychczasowych walk. Mimo niewyleczonej rany stawił się pod Wilnem, ale rana uniemożliwiła jakąkolwiek działalność. Musiał wrócić do szpitala. Ocaliło go to przed losem większości partyzantów, czyli aresztowaniem przez Sowietów.
„Jastrząb” odfruwa z Wileńszczyzny
Ukrywał się do początku 1945 r. na Wileńszczyźnie. W lutym, korzystając z podrobionych dokumentów, wyjechał do Lublina. Tam przeszedł kolejną operację ręki. Kiedy tylko zdjęto mu szwy, zaczął szukać kontaktu z partyzantką. Tak trafił na Podlasiu do 5. Wileńskiej Brygady AK, dowodzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Przebiła się ona aż tutaj spod Wilna i składała się w zdecydowanej większości z wileńskich partyzantów. Służył w szwadronie „Burego” jako dowódca drużyny.
„Nasza działalność na Podlasiu upodabniała się do działalności partyzanckiej na Wileńszczyźnie. Tylko że tam zmagania były jasne i klarowne. Walczyliśmy z konkretnym wrogiem: Niemcami, Litwinami i – z konieczności obronnej – z partyzantką sowiecką. Likwidując ich nie mieliśmy żadnych oporów, zabity wróg nie obciążał naszego sumienia, a przeciwnie, dawał nam radość dobrze spełnionego obowiązku w służbie Ojczyzny. Na terenie Białostocczyzny musieliśmy wrogów selekcjonować i uważać z kim się walczy. Dla aparatczyków Urzędu Bezpieczeństwa nie było litości. Natomiast walka z milicją czy wojskiem ludowym była pewnym problemem, ponieważ do obław rzucane były jednostki z poboru, w których służyło dużo ludzi nam życzliwych”.
Kiedy we wrześniu 1945 r. „Łupaszko”, wykonując rozkaz przełożonych, rozwiązał 5. Brygadę, szwadron „Burego” przeszedł do NZW. Stał się zaczynem 3. Wileńskiej Brygady NZW. Jednak Bandzo zdecydował się odejść z oddziału na początku 1946 r. W tym czasie po raz kolejny „Łupaszko” odtworzył 5. Brygadę, tym razem na Pomorzu. Pierwotnie „Jastrząb” został dowódcą jednego z patroli dywersyjnych.
„Major »Łupaszko« rozmawiał z każdym z osobna. W rozmowie ze mną oznajmił, że rzeczywiście w kwietniu wychodzi w teren i na tę działalność są potrzebne pieniądze, aby można było opłacać swoje wyżywienie. Mówił: – Wychodzimy w nowy teren i nie możemy rekwirowaniem żywności zrazić do siebie miejscowej ludności, bo są za biedni, aby nas żywić. Dlatego potrzebne są nam pieniądze i trzeba je zdobyć. Do patrolu dobrałem »Moskitę« i »Pędzla«”.
Wkrótce jednak dołączył do oddziału partyzanckiego.
„Minął dzień na rozmowach z kolegami, a wieczorem znów wymarsz. Dopiero następnego dnia rano, gdzieś około godz. 10, zobaczyłem komendanta. Zasalutowałem, a on przechodząc obok zatrzymał się i powiedział: »Józiu, ty będziesz przy mnie« i poszedł dalej. Zrozumiałem, że mam być do dyspozycji komendanta, tylko jeszcze nie wiedziałem, jak to ma wyglądać. W każdym bądź razie, od tego momentu stałem się wolnym strzelcem”.
„Jastrząb” się ujawnia
Brał udział we wszystkich akcjach, będąc w grupie straży przybocznej „Łupaszki”. Pod koniec lipca 1946 r. zdecydował się odejść z oddziału na bezterminowy urlop. Uzyskawszy zgodę od komendanta, udał się do rodziny, osiadłej wtedy w Pszczelej Woli koło Lublina. Tam też w lutym 1947 r. ujawnił się, wracając do swojego prawdziwego nazwiska. Skończył naukę, uzyskał maturę. Podjął studia ekonomiczne, a następnie prawnicze na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Żeby się utrzymać, pracował jako kierownik Zbiornicy Skupu Surowców Włókienniczych i Skórzanych w Lublinie. Jednak jego partyzancka przeszłość nie została zapomniana przez komunistyczną władzę.
Pod fałszywym zarzutem szerzenia „wrogiej propagandy” został 26 października 1950 r. aresztowany przez funkcjonariuszy WUBP Lublin. W kilkumiesięcznym śledztwie jedynym celem śledczych było uzyskanie jak największej ilości informacji o działalności partyzanckiej „Jastrzębia”. Bezskutecznie chciano wymusić na nim zeznania o innych żołnierzach „Szczerbca” czy „Łupaszki”. Ostatecznie został wypuszczony na wolność 2 lutego 1951 r. Jednak UB nie zaprzestało „opieki” nad nim. Przez blisko dwa lata nie mógł nigdzie otrzymać stałej pracy i nieustannie był inwigilowany. Dopiero w 1954 r. udało mu się wrócić na poprzednie stanowisko pracy.
Kiedy wydawało się, że może żyć normalnie – miał stałą pracę, założył rodzinę, urodziła mu się córka – został w grudniu 1958 r. zatrzymany po raz kolejny. Tym razem oficjalnym pretekstem były „nadużycia gospodarcze”. Ale nikłość przedstawionych dowodów pozwoliła mu po raz kolejny opuścić więzienie. Przeniósł się do Wrocławia, do nowej pracy, gdzie liczył wreszcie na spokój. Nie trwało to jednak długo. Kiedy wraz z rodziną odpoczywał na wczasach w Krynicy Morskiej, 22 lipca 1960 r. został zatrzymany po raz trzeci. Tym razem władza była przygotowana o wiele lepiej. Po dwuletnim śledztwie został skazany w procesie grupowym za nadużycia gospodarcze. Większość oskarżonych otrzymała wyroki od 8 do 15 lat więzienia. Wyjątkiem był Bandzo, który został skazany na dożywocie. Takiej kary domagał się prokurator. Sędzia, komentując wyrok, stwierdził, że „Jastrząb” zasłużył na karę śmierci ze względu na „fakt działania w przeszłości w bandach reakcyjnego podziemia”.
Kolejne lata siedział w więzieniach w Sztumie, Katowicach, Lublinie i Barczewie. Miał w więzieniu spędzić resztę życia. Dwukrotnie odrzucono jego apelację o przedterminowe zwolnienie. Dopiero zmiany na scenie politycznej, „liberalna” polityka Edwarda Gierka i przystąpienie Polski do KBWE pozwoliły odzyskać nadzieje. W 1976 r. został dość nieoczekiwanie zwolniony za, jak to określono, „dobre sprawowanie”.
Wydobyty z mroku zapomnienia
Zamieszkał z rodziną w Warszawie. Otworzył pracownię dziewiarską, co umożliwiło mu egzystencję. W 1990 r. przeszedł na emeryturę. Dopiero w 2011 r. uzyskał unieważnienie wyroku.
Z powodu pobytu w więzieniu nie uczestniczył początkowo w ruchu kombatanckim. Został więc w wielu wspomnieniach i opracowaniach pominięty bądź pomniejszono jego rolę w partyzanckim ruchu oporu. Będąc skromnym człowiekiem, nie prostował czasami bardzo oczywistych nieścisłości.
„Dziękuję Panu Bogu, że u kresu swojego życia doczekałem się przemian, o które przez całe swoje życie walczyłem, o wolną i niepodległą Polskę, a sprawcą tych pomyślnych przemian są różne fundacje i różne stowarzyszenia społeczne. To Fundacja »Pamiętamy« pierwsza wyciągnęła z mroku zapomnienia żołnierzy walczących o naszą niepodległość; żołnierzy niemogących pogodzić się z rządami tych, którzy w 1939 r. po wkroczeniu wojsk bolszewickich do Polski strzelali do krzyży i kapliczek na rozstajach dróg i wspólnie z NKWD zaczęli krwawe rządy, podporządkowując się całkowicie Moskwie, krzycząc z całych sił »idziemy do socjalizmu na czele ze Związkiem Radzieckim«. A gdy Stalin zmarł, zaczepili na klapy jego podobiznę i rzewnie płakali. Myśleli, że rządy będą wieczne, ale na drodze im stanął coraz bardziej uświadomiony naród. A to przez powstanie różnych fundacji, stowarzyszeń, z Fundacją »Pamiętamy« na czele, z Mariuszem Kamińskim, Grzegorzem Wąsowskim i innymi: Grzegorzem Rybickim, Maciejem Wąsikiem, Ernestem Bejdą, Hubertem Bujnowskim czy Michałem Wieczoryńskim.
Zaczęło również działać w Gdańsku Stowarzyszenie Historyczne im. Łupaszki z udziałem Piotra Dowżenki, Roberta Jamroza, Marzeny Kruk, a w Lublinie Fundacja Niepodległości pod przewodnictwem Ani Tchórzewskiej. I to ci ludzie poświęcają swój czas, nawet kosztem życia rodzinnego...”.
Józef Bandzo odszedł od nas 16 października 2016 r.
Tekst pochodzi z numeru 11/2023 „Biuletynu IPN”
