„Po całonocnym ostrzale artyleryjskim miasta, począwszy od godziny 7.00, aż do zmroku trwa bombardowanie lotnicze o niespotykanym dotychczas natężeniu. Paręset samolotów nadlatujących systematycznie falami zrzuca ładunki bomb burzących i zapalających na centralne dzielnice Warszawy. Szpitale oznaczone znakami Czerwonego Krzyża niszczone są planowo na równi z gmachami publicznymi, świątyniami i blokami mieszkalnymi [...]. Lotnicy ostrzeliwują masowo ludność z broni pokładowej. Ilość równoczesnych pożarów w mieście oceniana jest na dwieście, przy czym niektóre z nich obejmują całe ulice [...]. Życie miasta jest całkowicie sparaliżowane”
– opisywał 25 września 1939 r. w Warszawie Władysław Bartoszewski. Dzień, który w broniącej się stolicy nazwano „czarnym poniedziałkiem”.
Warszawa zrobiła swoje…
Palił się Prudential przy pl. Napoleona, fabryka Norblina przy ul. Żelaznej. Pożary niszczyły Stare Miasto, Powiśle, drewnianą przeważnie zabudowę Pragi. Bomby spadły na ratusz miejski, Muzeum Narodowe, Teatr Wielki. Jak relacjonował szef propagandy Dowództwa Obrony Warszawy (DOW), ppłk Wacław Lipiński:
„Pusto, świsty bomb i nieustanne, jedna po drugiej eksplozje […]. Nie można przejść, bo nie tylko kamienice palą się z dwóch stron, ale rozpalone ściany zaczynają zwalać się na ulicę. Obraz jest nie do zniesienia, nie wytrzymują go nawet moje nerwy. Wśród rozżarzonych ogniem ulic biegną ludzie. Krzyczą coś przeraźliwie, w rękach jakieś tobołki, walizki, rozpaczliwy szloch małych, bezbronnych dzieci. Biją w tych oślepłych, oszalałych z przerażenia ludzi serie nowe, nowe pociski”.
Pożary gaszono z najwyższym trudem, tym bardziej, że uszkodzenie Stacji Filtrów spowodowało poważne utrudnienia dostaw wody. Ponieważ od dwóch dni Warszawa była już pozbawiona prądu, dalsza obrona stolicy zaczęła stawać się niemożliwa. Taki był i wniosek Lipińskiego:
„Dość. Nie mamy prawa. Warszawa zrobiła swoje – czas kończyć...”.
Miasto nie istnieje
W nocy z 25 na 26 września do siedziby DOW przybył prezydent Stefan Starzyński, „zmieniony, twarz mu sczerniała i zapadła” (Lipiński). Niestrudzony obrońca Warszawy przedstawił dowództwu sytuację po straszliwym bombardowaniu:
„Miasto jako instytucja publiczna nie istnieje. Zostało zburzone. Wszystko, co może utrzymać przy życiu zbiorowisko miliona ludzi: elektrownia, wodociągi, telefony, Radio, gazownia, szpitale – zburzone i spalone. Płoną wszystkie gmachy publiczne, ministerstwa, teatry, muzea, banki. Gasić nie ma czym i nie ma kim, wszystko się rozprzęga, ludzie nie są w stanie pracować w tych warunkach”.
Niezłomne stanowisko zwolenników dalszej walki musiało ulec zmianie, chociaż odezwa Starzyńskiego wzywała pomimo wszystko obrońców stolicy do dalszego trwania na swoich szańcach w chwili rozpoczęcia niemieckiego szturmu. I tak się stało. Kiedy w DOW zaczęła się narada, na której miała zapaść decyzja o poddaniu miasta, na Ochocie „bardzo gwałtowna walka trwała od godziny 9.10 do 16.00 i wszelkie próby wdarcia się [Niemców] w pozycję obronną nie miały powodzenia”.
Jeszcze cięższe walki toczyły się na pobliskich Szczęśliwicach, przy torach linii kolejowej prowadzącej do Dworca Zachodniego. Na Mokotowie Polacy podjęli działania zaczepne. Szwoleżerowie rtm. Antoniego Wieniawskiego uderzyli na Fort Dąbrowskiego, na Królikarnię zaś żołnierze płk. Kazimierza Galińskiego. Natarcie zostało jednak powstrzymane przez Niemców, a obaj prowadzący je oficerowie polegli. W północnej części Warszawy Niemcy zaatakowali Bielany, których bronił 60 pp. Jak pisał Józef Wroniszewski:
„Atak nie przyniósł nieprzyjacielowi większych sukcesów. Polacy twardo bronili swoich pozycji. Spychani przygniatającą przewagą niemiecką stracili w ciągu parogodzinnych walk zaledwie około kilometra terenu [...]. Niemcy zostali powstrzymani na linii Lasku Bielańskiego”.
* * *
W tych ostatnich dniach obrony Warszawy żołnierze Wojska Polskiego spełnili więcej niż nakazywał obowiązek i poczucie honoru. Nadszedł jednak kres walki. Po rozważeniu różnych możliwości, dowodzący Armią Warszawa gen. Juliusz Rómmel stwierdził, że „chciałby jeszcze kilka dni przetrwać”, zapytał więc prezydenta Starzyńskiego:
„Czy możliwe jest zaopatrzenie ludności w wodę za pomocą wojska”.
Odpowiedź była przecząca. W tej sytuacji podjął decyzję o kapitulacji. Cztery dni później, 30 września 1939 r., pierwsze oddziały niemieckie wkroczyły do Warszawy.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
