Związki z opozycją demokratyczną Głowińskiego sięgają drugiej połowy lat siedemdziesiątych. W 1977 r. brał udział w zbieraniu podpisów pod petycją w obronie aresztowanego Jana Józefa Lipskiego. W 1978 r. był jednym z założycieli Towarzystwa Kursów Naukowych.
W kolejnej dekadzie w drugoobiegowych czasopismach opublikował pod pseudonimami kilka tekstów; regularnie podpisywał się pod różnego rodzaju zbiorowymi listami w obronie osób poddawanych represjom. Sygnował dokumenty w następujących sprawach: w 1980 r. w obronie aresztowanego Mirosława Chojeckiego, w 1982 r. przeciwko kolejnemu aresztowaniu Lipskiego, w 1984 r. w sprawie przywrócenia go do pracy w IBL PAN (pod tym pismem podpis złożył jako pierwszy) i w obronie Teatru 8 Dnia, w 1985 r. przeciwko zwolnieniu z pracy w IH PAN Bronisława Geremka, w 1986 r. przeciwko represyjnej polityce władz wobec środowisk akademickich i polityce władz wobec nauki. Prawdopodobnie był on również sygnatariuszem listu kilkudziesięciu pracowników IBL do Sekretarza Naukowego PAN w obronie zwolnionych z pracy Rymkiewicza i Walca.
Wszystkie te ogłaszane publicznie dokumenty miały w znacznej mierze wymiar symboliczny jako gest solidarności z osobami, które stały się obiektami szykan. Wówczas listów tego rodzaju było dużo i podpisywało się pod nimi wiele osób, więc władze nie mogły sobie pozwolić na zastosowanie wobec ich sygnatariuszy najostrzejszych konsekwencji. Z pewnością jednak te jednostki były negatywnie postrzegane przez rządzących, co mogło skutkować choćby trudnościami przy otrzymaniu paszportu lub awansu naukowego. Na taką formę sprzeciwu decydowały się często osoby i tak znajdujące się na indeksie.
Rada Naukowa i interwencje w sprawie szykanowanych
Charakterystyczne, że większość z wymienionych wyżej przykładów dotyczyła spraw związanych z nauką, PAN lub wręcz sytuacją w samym IBL. Rada Naukowa tego Instytutu była przestrzenią do występowania w obronie niektórych szykanowanych osób. O ich sprawy upominali się różni członkowie rady, ale niewątpliwie Głowiński należał do najbardziej aktywnych osób na tym polu.
Nie chodzi tutaj tylko o najostrzejsze represje, jak aresztowanie lub zwolnienie pracy. Popularną szykaną było blokowanie awansów naukowych bądź tworzenie wokół wybranej osoby atmosfery, w której wiadomo było, że nie warto podejmować starań o nominację. Jak wcześniej wspominałem, Głowiński zaraz po powstaniu „Solidarności” postulował powrócenie do sprawy habilitacji Lipskiego. W tym okresie na Radzie Naukowej miała zostać poruszona przez niego i Zofię Stefanowską kwestia profesury Romana Zimanda; oficjalnie wystąpili oni w tej sprawie na początku 1983 r. Generalnie w okresie stanu wojennego na Radzie Naukowej pojawiały się przede wszystkim sprawy dotyczące aresztowań, represji sądowych oraz zwolnień z pracy.
W 1982 r., kiedy Rada Naukowa wystąpiła w obronie aresztowanego Piotra Stasińskiego, Głowiński zgodził się być jednym z jego poręczycieli. W listopadzie 1983 r. Rada Naukowa przyjęła uchwały w sprawie ponownego zatrudnienia Lipskiego. Głowiński był wśród kilku osób, które zabiegały o to najbardziej.
Obrady tego gremium nabrały politycznej wymowy, kiedy w 1984 r. w IBL pojawił się dyrektor Witold Nawrocki, profesor polonistyki i zarazem działacz PZPR wysokiego szczebla – od lutego 1983 r. był kierownikiem Wydziału Kultury KC PZPR. Jego zadaniem w IBL była pacyfikacja niepokornej części jego pracowników. Było to dość czytelne. Jego przyjście spotkało się z negatywnym oddźwiękiem w podziemnej prasie. Na jej łamach zwracano uwagę m.in. na problemy Nawrockiego z uzyskaniem profesury, tendencje do stosowania cenzury na poprzednich stanowiskach, pojawienie się osób spoza IBL o podobnych poglądach w Radzie Naukowej, bycie „profesjonalnym alkoholikiem” oraz pierwsze negatywnie oceniane decyzje.
Posłuszny partii dyrektor związanych z opozycją pracowników szykanował na różne sposoby: nie wyrażając zgody na dodatkowe zatrudnienia, utrudniając lub wręcz uniemożliwiając im wyjazdy zagraniczne, pozbawiając ich premii. Wykorzystywał przy tym kwestie formalne, na przykład ściśle sprawdzał realizację rozpisywanych planów; nie cenił publikacji wcześniej w nich nie uwzględnionych. Najdotkliwsza w skutkach była przeprowadzona przez niego „weryfikacja kadr”, w ramach której pod pretekstem rzekomego braku wyników próbował pozbyć się z Instytutu kilku pracowników związanych z opozycją.
Z przyczyn jednak pozanaukowych…
Jeszcze zanim do tej akcji doszło, przedmiotem starcia między Nawrockim a częścią członków Rady Naukowej stała się sprawa zwolnienia z pracy Geremka w kwietniu 1985 r. Władze jako pretekst do tego wykorzystały wygłoszenie przez niego na Uniwersytecie Gdańskim wykładu „Polska między Wschodem a Zachodem”, w którym miały się pojawić antyrosyjskie i antyradzieckie wypowiedzi.
Kilka dni po wysłaniu wspomnianego listu pracowników IBL w obronie związanego z opozycją historyka, zebrała się Rada Naukowa tej placówki. Temat podjęła Alina Brodzka-Wald, proponując zabranie głosu w tej sprawie przez radę. Nawrocki odpowiedział, że nie ma ona takich kompetencji, a poza tym Geremek, wygłaszając taki wykład, rzucił wyzwanie władzy i spotkał się z taką reakcją, jakiej się spodziewał. Wówczas Głowiński zwrócił uwagę, że przyczyny tego zwolnienia nie są znane i nie wiadomo dokładnie, czego dotyczył ten wykład. Przypomniał również, że we wcześniejszych atakach na środowiska naukowe w ostatnich czterdziestu latach pracownicy PAN nie byli zwalniani, przywołując przy tym przykłady ze stalinizmu i Marca ’68 (nie było to do końca precyzyjne stwierdzenie, bo właśnie w IBL w 1974 r. spotkało to historyka Andrzeja Paczkowskiego).
Złamanie tej niepisanej zasady autor Marcowego gadania skomentował następująco:
„Jest to typowa decyzja destabilizująca środowisko. Bo właściwie skoro z przyczyn jednak poza naukowych, bo do Geremka jako do mediewisty nikt nie zgłasza zastrzeżeń, to wydaje mi się, że tutaj powstanie taka sytuacja, w której każdy może się znaleźć i mnie się wydaje, że takie decyzje godzą nie tylko w jednego uczonego, jakim jest mediewista Geremek, ale godzą w środowisko. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy, w co wierzymy, a w co nie wierzymy, czy jakie mamy upodobania w tej czy innej dziedzinie”.
Nawrocki trzymał się wizji, w której na rzekomą prowokację ze strony opozycjonisty władze mogły zareagować tylko w taki sposób. Polemizował też z tezą Głowińskiego, podkreślając, że pracownicy PAN nie są chronieni przed zwolnieniem z pracy żadnym immunitetem, a Geremek wygłaszając „polityczny” (w ocenie władz) wykład, złamał umowę z Akademią. Podczas dyskusji wypowiedzieli się jeszcze Roman Loth, Maria Janion i Aleksandra Okopień-Sławińska (żona również pracującego w IBL Janusza Sławińskiego). Propozycja zabrania przez Radę Naukową głosu w tej sprawie ostatecznie została wycofana, zamiast czego uwagi jej członków miały zostać przekazane kierownictwu PAN.
Powodem kolejnego starcia między Nawrockim i jego nielicznymi sojusznikami w Radzie Naukowej a grupą pracowników była wspominana już weryfikacja kadr. W Instytucie zaczęły krążyć plotki na temat tego, kto padnie jej ofiarą. Latem 1985 r. ogłoszono zwolnienia Jana Walca, Jarosława M. Rymkiewicza i Romana Zimanda. Dwaj pierwsi otrzymali informację, że z końcem października kończą pracę w IBL. Okazało się natomiast, że trzeciego z nich nie można zwolnić poprzez taką procedurę, ponieważ jest mianowanym docentem.
Pomimo trwających wakacji, dużej grupie pracowników IBL udało się zareagować listem w obronie zwolnionych. Sprawę upubliczniła podziemna prasa, a za nią Radio Wolna Europa. Historia nabrała jeszcze większego rozgłosu we wrześniu, bo wypowiedział się na jej temat rzecznik rządu PRL Jerzy Urban, sugerując, że ci wszyscy trzej badacze właściwie nie prowadzili działalności naukowej. Dokonywał on przy tym – podobnie jak Nawrocki – manipulacji, nie zaliczając do ich dorobku naukowego publikacji ukazujących się w podziemiu lub na emigracji. Pomijano przy tym fakt, że na przykład Zimandowi wiele publikacji blokowano.
Tak się złożyło, że tego samego dnia decyzje o zwolnieniu Rymkiewicza i Walca zostały unieważnione przez władze PAN po odwołaniu się drugiego z nich. Reakcje były jednak odmienne: Walc dalej pracował w IBL; Rymkiewicz oczekiwał przeprosin od Nawrockiego i Urbana, w związku z czym wówczas do pracy nie wrócił. W tamtym czasie zwolnienie groziło również Andrzejowi Notkowskiemu, do czego ostatecznie nie doszło.
Lubię Gombrowicza, ale w innym wydaniu…
Nie znaczy to, że wtedy wszystkim zagrożonym iblowskim opozycjonistom się upiekło. W grudniu 1985 r. z pracy zwolniony został Tomasz Burek, który odmówił spotkania się z dyrekcją w sprawie realizacji planów naukowych w ostatnim pięcioleciu. Nawrocki wówczas oczekiwał przynoszenia przez pracowników nie tylko maszynopisów – ale nawet roboczych notatek, co nie było stosowaną praktyką wśród humanistów. Burek w liście do dyrektora IBL nazwał to przejawem „biurokratycznego upupiania” i skomentował:
„Lubię Gombrowicza, ale w innym wydaniu”.
Zwolnienie miało charakter dyscyplinarny i natychmiastowy. Mocno ograniczało to możliwość jego obrony, chociaż jej próby podejmowali wspomniana już Brodzka-Wald oraz Stefan Żółkiewski i Maria Renata Mayenowa.
Na początku listopada, czyli jeszcze przed zwolnieniem Burka, na posiedzeniu Rady Naukowej Nawrocki powiedział, że sprawa Zimanda została zgłoszona do Komisji Dyscyplinarnej PAN. Przedstawienie efektów prac komisji wywołało żywą dyskusję. Głowiński zapytał o kompetencje jej członków oraz zabrał głos w obronie Zimanda, zwracając uwagę na znaczenie jego książki o dziennikach Adama Czerniakowa oraz na jego rolę w organizowaniu seminariów. Do tego elementu aktywności badacza odniosła się również Janion, powołując się na pracę intelektualną związaną z prowadzonymi przez niego seminariami. Wątek ten podniósł również Loth, który upominał się jednocześnie o uwzględnienie roli Zimanda jako organizatora konferencji, zwracał uwagę na przekazywanie przez dyrekcję IBL władzom nieprawdziwych informacji. Odniósł się też wymownie do kłopotów Zimanda z drukiem:
„jest to sytuacja, w której się kogoś nie drukuje, żeby potem móc postawić mu zarzut, że on nie publikował”.
Publikowania poza oficjalnym obiegiem bronili w łagodniejszy sposób Żółkiewski oraz Jerzy Ziomek.
„Ja chcę powiedzieć, że nie było dyskusji na tematy historyczne, filozoficzne, a nawet teoretyczno-literackie, na którą nie zapraszalibyśmy Romana Zimanda, właśnie dlatego, że jego sposób widzenia był zawsze obiektywny, nawet jeżeli był to sposób zaskakujący”
– krótko i dobitnie wypowiedziała się Brodzka-Wald.
Nawrocki skarżył się między innym na to, że z Instytutu – a nawet z jego rady – pochodzą donosy składane na niego do KC oraz informacje przekazywane Radiu Wolna Europa, „Kulturze” paryskiej i prasie niezależnej. Częściowo miał zresztą rację, bo życie wewnętrzne IBL było tematem obecnym na łamach podziemnej prasy. Dyrektor podkreślał, że do dorobku Zimanda nie chce liczyć jego publikacji z drugiego obiegu.
„Wymagałoby to ode mnie wartościujących określeń, których akurat w tym dokumencie nie chciałbym sformułować”
– tłumaczył się i podkreślał, że wniosek nie zostanie wycofany.
Stoi za mną krzesło…
Na początku 1986 r. odbyły się jeszcze dwa posiedzenia Rady Naukowej, a na kolejne jej członkom przyszło czekać do października. Wysoką temperaturę miały wtedy dyskusje dotyczące nie tylko personaliów, ale w ogóle biurokratycznego zarządzania nauką. Głowiński wskazywał wówczas na utrudnianie wyjazdu naukowego Zdzisławowi Łapińskiemu oraz na krytyczne oceny pracy Mirosławy Puchalskiej, która była redaktorką fundamentalnego Obrazu literatury polskiej XIX i XX wieku. W rezultacie padły jej dążenia do uzyskania awansu naukowego. Odpowiedź Nawrockiego była bardzo konfrontacyjna:
„Chciałem tylko powiedzieć państwu, że do tej dyskusji jesteśmy przygotowani w gronie dyrekcji, bowiem w poniedziałek po południu wrzucono nam biuletyn Polski Walczącej, gdzie w ramach tamtych wypowiedzi zawarte zostały wszystkie opinie, które zostały tutaj wyrażone”.
Przywołując w ten sposób pismo podziemne, Nawrocki zaznaczał, że nie sugeruje, iż Głowiński je pisał lub choćby czytał. Jednocześnie „radził” mu zapoznanie się z tym materiałem, w którym konstrukcja wypowiedzi miała być „zastanawiająco tożsama” z jego słowami. Głowiński odpowiedział, że chciałby pożyczyć to podziemne pismo i je przeczytać. Dyrektor zgodził się na to. Polemizując z kolejnymi tezami autora Marcowego gadania, Nawrocki postawił zarzut dążenia do „zamrożenia życia umysłowego w instytucie”.
Trzy miesiące później, w czasie kolejnego posiedzenia Rady Naukowej, Głowiński znów starł się z Nawrockim, bardzo krytycznie wypowiadając się o sytuacji w Instytucie. Stanął wówczas także w obronie Zimanda oraz Jacka Trznadla, których pracę uważał za niesprawiedliwie ocenianą, czego jednym z przejawów miało być bezprawne pozbawienie ich trzynastych pensji. Zaznaczył przy tym, że występuje w obronie swoich „osobistych przyjaciół”, co zresztą było prawdą jedynie w odniesieniu do Zimanda, bo jego relacje z Trznadlem nie były zażyłe. W momencie występowania w czyjejś obronie nie miało to jednak znaczenia. Głowiński zwracał się bezpośrednio do Nawrockiego:
„Ja rozumiem, że pan dyrektor może się nie zgadzać z poglądami Trznadla czy poglądami Zimanda. Pan dyrektor jest redaktorem naczelnym czasopisma i jest jego ludzkim prawem polemizować z Trznadlem, polemizować z Zimandem, polemizować z kimkolwiek, ale wydaje mi się, że rola publicysty a rola dyrektora naukowego są to dwie różne rzeczy i trzeba to rozdzielać. I tu trzeba powiedzieć, że to, co się robi z tymi dwoma kolegami, wydaje się zwykłą nagonką i czymś haniebnym [...] nie wdając się w szczegóły, ja wyrażam pełną solidarność z Trznadlem i Zimandem”.
Charakterystyczne było, że Głowiński nie tylko sam występował w obronie kolegów, ale namawiał do tego inne osoby:
„Poza tym uważam, że sprawa Trznadla i Zimanda jest sprawą precedensową, ponieważ jest to w pewnym sensie sprawa każdego z nas. Uważam, że nas jako polonistów po prostu obowiązuje obrona kolegów, którzy mają dorobek, którzy się w tej dyscyplinie liczą. Uważam sprawę za precedensową, że jest to sytuacja kafkowska. Trznadel i Zimand są w roli Józefa K. Trznadla i Zimanda się prowokuje do jakichś czynów, żeby potem właściwie ich wyrzucić, a w takiej sytuacji może być każdy z nas. Następnym mogę być ja, a potem może pani prof. Janion, potem może nawet pani prof. [Teresa] Kostkiewiczowa. Muszę powiedzieć, że uważam, że tutaj Rada powinna wziąć w obronę naszych kolegów i zdecydowanie się na ten temat wypowiedzieć. Jest to sprawa ludzka i moralna, i zawodowa. Jest to sprawa o podstawowym znaczeniu, że my nie mamy prawa siedzieć cicho, kiedy się organizuje nagonkę na naszych kolegów”.
Głowiński podkreślał, że nie zgadza się z obsadzaniem Zimanda i Trznadla w roli najgorszych uczniów i ze zmuszaniem ich do pokazywania przełożonym rękopisów nieskończonych prac. Krytykował też zdejmowanie z planów publikacji dotyczących literatury współczesnej. W krytyce sytuacji w Instytucie poszedł daleko, zwracając uwagę, że nie widać w nim zmian, które działy się wówczas w ZSRR i w Polsce. Słowa Głowińskiego musiały Nawrockiego dotknąć do żywego, ponieważ ten przerwał jego wypowiedź i zagroził pociągnięciem do odpowiedzialności cywilno-prawnej. Przewrotnie zarzucał podwładnemu, że jest on zwolennikiem mechanicznego przenoszenia wzorców działania z ZSRR, co w tym momencie Nawrocki uznawał za niewłaściwie. Później, odnosząc się szerzej do wypowiedzi swojego podwładnego, dyrektor IBL sugerował, że ten działa na czyjeś zlecenie:
„Jeśli bowiem pan posługuje się argumentacją ulubioną przez pana, że gdzieś tam pan zasłyszał, gdzieś pan posłyszał, ktoś panu powiedział – to mógłbym powiedzieć panu, że znakomicie pan wykonał zadania, z których pan będzie za chwilę pytany. Ale nie powiem tego, ponieważ musiałbym wejść zupełnie w taką samą rolę, w którą pan wszedł, człowieka, który posługuje się zasłyszanymi opiniami”.
Riposta Głowińskiego była jednocześnie bardzo ostra i błyskotliwa. Badacz odwołał się w niej do wiedzy wynikającej z badań nad komunistyczną propagandą:
„Ponieważ z pewną satysfakcją stwierdzam, że [w stosunku – J.O.] do tego, co usłyszałem na poprzedniej Radzie Naukowej, Pan dyr. Nawrocki odpowiedział spokojniej, natomiast znalazł się pewien motyw, który stanowi pomówienie w stosunku do mnie. Ja usłyszałem, że ja wykonuję czyjeś zadanie, że jak to się czyta w propagandzie – »kto za mną stoi«. Otóż za mną stoi krzesło, na którym za chwilę usiądę, natomiast chciałbym się dowiedzieć, bo to jest typowe pomówienie stosowane w języku propagandowym, czyje zdaniem pana dyrektora polecenie wykonywałem – czy CIA czy Czai, czy nie wiem, kogo jeszcze? Ale chciałem zwrócić uwagę, że to jest pomówienie”.
Nawrocki wytłumaczył potem, że była to jedynie to figura retoryczna. Podkreślił przy tym, że jego spokojny ton nie wynikał z przerażenia, lecz pobłażliwości. Fragment tego wystąpienia Głowińskiego został zapamiętany na długo, w czym pewną rolę odegrała podziemna prasa, przywołująca słowa autora Marcowego gadania o stojącym za nim krześle oraz Nawrockiego o tym, że mechaniczne przenoszenie wzorców z ZSRR jest teraz niewłaściwe.
Przerwany spór
Wkrótce sytuacja się zmieniła w związku z wyborem nowej Rady Naukowej, w której już znacznie większą część stanowili zatrudnieni w innych miejscach naukowcy sympatyzujący z Nawrockim. Głowiński po pewnych perturbacjach członkiem tego gremium nie został. Był postrzegany przez stronników dyrektora i zapewne przez niektóre osoby starające się zachowywać neutralną (w swoim mniemaniu) postawę jako jego przeciwnik. Świadectwem tego są dokumenty SB. Kontakt służbowy „ON” w październiku 1986 r. informował:
„[Głowiński] bardzo ostro i w sposób obelżywy skrytykował działalność prof. Nawrockiego jako dyrektora IBL. Zarzucił mu brak koncepcji funkcjonowania Instytutu oraz nieumiejętność wytworzenia właściwej atmosfery pracy. Wystąpienie Głowińskiego może być początkiem nagonki organizowanej przez opozycjonistów z IBL przeciwko osobie prof. Nawrockiego w celu wymuszenia na nim rezygnacji z funkcji dyrektora Instytutu”.
Rok później Głowiński został określony przez SB jako jeden z „animatorów konfliktów między opozycyjnie nastawioną grupą pracowników a dyrekcją IBL, której działalność zmierza do neutralizowania wpływów środowiska opozycji antysocjalistycznej”. W pewnym sensie potwierdzeniem tych słów był udział Głowińskiego w powstaniu memoriału w sprawie sytuacji w IBL pod rządami Nawrockiego, który przestał być dyrektorem w 1988 r.
Solidarna postawa Głowińskiego i innych pracowników IBL PAN była ważna, bo dawała represjonowanym kolegom poczucie wsparcia środowiska, a szykanującemu poszczególne osoby dyrektorowi pokazywała, że przy następnym tego rodzaju kroku będzie znów musiał się liczyć z ciężką przeprawą z częścią podlegającego mu zespołu.
