W trakcie spotkania Zacharskiego z Voglem padła przypuszczalna data wymiany, określona enigmatycznie na połowę czerwca 1985 r. Ostatecznie strony ustaliły, że najbardziej dogodnym będzie 11 czerwca. Operacja miała się odbyć na moście Glienicke, położonym pomiędzy Berlinem Zachodni a Poczdamem w NRD. Ostatecznie wynegocjowane porozumienie zakładało uwolnienie wspomnianych powyżej czterech szpiegów z krajów bloku komunistycznego na 25 szpiegów amerykańskich zatrzymanych na Wschodzie.
Droga do wymiany szpiegów była bardzo długa i politycznie skomplikowana.
Tożsamość wszystkich wymienianych osób nie jest do dziś znana, niemniej w gronie uwalnianych znaleźli się Polacy Norbert Adamaschek, Leszek Chróst, Jacek Jurzak, Jerzy Pawłowski i Bogdan Walewski, Austriak Hannes Sieberer oraz Niemcy Eberhard Fätkenheuer, Gerhard Tietz, bracia Gerhard i Jörg Süss, a także rodzeństwo Werner, Renate i Heinz Jonsek. Z dokumentów SB wiadomo, że w grupie przeznaczonych do wymiany szpiegów znajdowało się łącznie siedemnastu Niemców, w tym 3 kobiety. Dwójka pozostałych szpiegów pochodziła prawdopodobnie z Bułgarii, ale pewności co do tego nie ma. Co ciekawe pełnej listy wymienianych agentów nie udało się odnaleźć ani w nieistniejącym już archiwum Urzędu Pełnomocnika Rządu Federalnego do spraw akt służby bezpieczeństwa byłej NRD ani w Archiwum IPN.
Z Rakowieckiej na Okęcie, a potem do Berlina
Droga do wymiany szpiegów była bardzo długa i politycznie skomplikowana. Można w tym miejscu zadać sobie pytanie dlaczego tak się stało i to pomimo dość spolegliwej początkowo postawy kierownictwa politycznego oraz „bezpieki” we Wschodnich Niemczech, Bułgarii i Polsce. Wydaje się, że duży wpływ na to miało nieugięte stanowisko sowieckie w sprawie uwolnienia na Zachód Anatolija Szczarańskiego oraz wewnątrz instytucjonalne spory co do kształtu wymiany wśród samych Amerykanów.
Bogdanowi Walewskiemu pozwolono zabrać tylko Biblię, zdjęcia rodziców i mały więzienny nożyk.
Przygotowania do operacji wymiany były dwuetapowe, choć nie planowali tego ani Polacy, ani Niemcy. Była to pochodna długotrwałych negocjacji i ustalenia pierwotnego terminu wymiany na grudzień 1984 r. Amerykańskie deklaracje potraktowano wówczas na tyle poważnie, że wypracowano pomiędzy kierownictwem Stasi a SB szczegółowe założenia logistyczne, procedury bezpieczeństwa czy cały harmonogram wymiany. Kiedy jednak wymiana grudniowa nie doszła do skutku to gotowych planów nie wyrzucono do kosza. Pragmatycznie zaadaptowano je na potrzeby Operacji o krypt. „Wymiana” z czerwca 1985 r. Ostateczne decyzje wypracowano na spotkanym spotkaniu w siedzibie Stasi w Berlinie w dniach 30–31 maja 1985 r., gdzie udali się płk Konrad Biczyk, ppłk Eugeniusz Bossart oraz ppłk Maria Żołądkowska. HVA, czyli wywiad wschodnioniemiecki reprezentowali wówczas płk Fritz Kobbelt i płk Eberhard Kopprasch.
11 czerwca 1985 r. o godzinie piątej rano obudzono polskich więźniów przygotowanych do wymiany, a umieszczonych w więzieniu na Rakowieckiej. Po szybkim śniadaniu nakazano im spakowanie najważniejszych osobistych rzeczy. Bogdanowi Walewskiemu pozwolono zabrać tylko Biblię, zdjęcia rodziców i mały więzienny nożyk. Później po przebraniu więźniów w ubrania cywilne, skuto ich kajdankami w pary razem z towarzyszącymi funkcjonariuszami SB, poddano dwukrotnie rewizji i wyprowadzono na dziedziniec wewnętrzny między Pawilonem nr I i II. Tutaj w asyście pracowników Biura „B” MSW, kamer i aparatów, pojedynczo przeprowadzono szpiegów do więziennego Stara 200, używanego standardowo przez Milicję Obywatelską oraz Służbę Więzienną do transportu zatrzymanych. Po dłuższej chwili kolumna dotarła na lotnisko na Okęciu i zaparkowała przy specjalnym rządowym samolocie, który obsługiwał lot do Berlina. Wymienianych szpiegów rozkuto z kajdanek dopiero po starcie. Funkcjonariusze SB pilnowali ich przez całą drogę do Berlina. Na pokładzie samolotu obsługa udostępniła im drugie śniadanie w postaci kanapek, które smakowały wyjątkowo dobrze w porównaniu z więziennym jedzeniem. Walewski wspominał drogę:
„Wszyscy milczeliśmy, tak »goście«, jak i funkcjonariusze ochrony, tylko jedna kobieta nie zamykała ust ani na chwilę. […] Potem domyślałem się, że to była pewnie [Barbara Zacharska] żona [Mariana] Zacharskiego, Polaka, który był jednym z wymienianych za nas szpiegów”.
Dopiero po drugim śniadaniu ułaskawieni szpiedzy rozpoczęli między sobą rozmowę, zaś funkcjonariusze zachowywali rezerwę i milczeli. Po wylądowaniu w Berlinie, pięciu szpiegów zabrał bus, eskortowany przez wschodnioniemiecką milicję. Z lotniska bezpośrednio dotarł na przedmieścia Poczdamu i zatrzymał się przy rzece Haweli przed mostem Glienicke.
Z Nowego Jorku do Berlina, cały czas w kajdankach
Następnie z drugiej strony rzeki przyjechał autobus, w którym znajdowali się wymieniani tego dnia szpiedzy złapani na Zachodzie – Marian Zacharski, Penyu Kostadinov, Alfred Zehe i Alice Michelson. Ich podróż na wymianę nie była łatwa. Zacharski był traktowany bardzo brutalnie i całą podróż do Berlina odbył zakuty w kajdanki. Transportowi więźniów towarzyszyły gigantyczne środki ostrożności, a transport zabezpieczali funkcjonariusze różnych służb specjalnych USA oraz armii amerykańskiej.
Na most najpierw od strony wschodnioniemieckiej weszło kilku funkcjonariuszy Stasi ubranych w granatowe płaszcze. Następnie przybyli wschodnioniemieccy, bułgarscy i polscy dyplomaci.
Eskorta była tak liczna, że z Nowego Jorku do Frankfurtu nad Menem przelot odbywał się aż trzema wojskowymi samolotami. Stamtąd kontynuowano transport na lotnisko Tempelhof w Berlinie Zachodnim. Przez dobę ułaskawionym szpiegom nie podawano żadnych posiłków. Nie pozwolono się też ogolić, ani dokonać innych elementów codziennej higieny. Zabroniono rozmów a każdy najdrobniejszy ruch czy gest był pilnie śledzone przez amerykańskich agentów Secret Service. Największą uwagę koncentrowano oczywiście na Zacharskim, jako głównej postaci wymiany.
Na most najpierw od strony wschodnioniemieckiej weszło kilku funkcjonariuszy Stasi ubranych w granatowe płaszcze. Następnie przybyli wschodnioniemieccy, bułgarscy i polscy dyplomaci oraz pozostali funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa. Niestety niewiele o nich wiemy. Jeśli by wierzyć przygotowanym wcześniej planom operacji to w wymianie udział wzięli ze strony NRD płk Heinz Volpert, szef pionu specjalnego Stasi ds. zaopatrzenia w dewizy i uwalniania więźniów, płk Paul Enke, szef Wydziału Śledczego Stasi oraz płk. Fritz Kobbelt i płk. Eberhard Kopprasch, oficerowie Zarządu Głównego Wywiadu (HVA) Stasi. Polskę na miejscu na pewno reprezentowała Maria Żołądkowska oraz Zygmunt Młodziejowski z Wydziału Konsularnego PRL w Berlinie. Całość zaś koordynował mecenas Wolfgang Vogel wraz z żoną Helgą Vogel w roli tłumacza. Walewski wspominał ten szczególny moment:
„Bez przerwy patrzyłem na most. »Brücke der Einheit« – Most Jedności. Co za ironia! Jego enerdowska część była po prawej stronie zastawiona na stałe sześcioma ukośnymi blokami z betonu wysokości około dwóch metrów. W rezultacie dało się przejechać tylko lewym pasem, ale i tak nie było ruchu, bo wjazd był zabroniony. W szczelinach popękanego asfaltu rosła trawa! Nawierzchnia była w naprawie, którą najwyraźniej wstrzymano, zanim przyjechaliśmy. Symboliczna nazwa mostu nie zgrywała się z rzeczywistością!”.
Następnie do busa podeszła kobieta, która dała instrukcje funkcjonariuszom SB, a ci wyjęli z aktówki paszporty i akty ułaskawienia. Jeden z nich stwierdził, że za chwilę nastąpi wymiana. Kto chciał mógł przejść na drugą stronę z Amerykanami lub wrócić do Polski jako wolny człowiek.
Część z wypuszczonych na Zachód szpiegów płakała ze wzruszenia.
Jedynie Norbert Adamaschek nie miał prawa wyboru ponieważ posiadał obywatelstwo RFN. W tym momencie z tyłu busa odezwał się jeden z Polaków, który stwierdził „Ja zostaję tutaj”. Pozostali uznali to za prowokację SB i w ogólne nie zareagowali na tą wypowiedź. Walewski nie zidentyfikował tej osoby, ale był to utytułowany sportowiec, major LWP – Jerzy Pawłowski. Szermierz wypełnił swoje zobowiązanie, które było elementem „kontraktu” jaki zawarł z funkcjonariuszami SB. Decyzją Wojciecha Jaruzelskiego został uwzględniony w wymianie i mógł wyjść na wolność tylko pod warunkiem, że po wymianie pozostanie w PRL.
„Witam w imieniu Ronalda Reagana”
Napięcie wzrosło wraz z pojawieniem się przedstawicieli dyplomacji amerykańskiej. USA na miejscu Departament Stanu USA reprezentowali: Richard Burt pełniący wówczas stanowisko zastępcy sekretarza stanu ds. europejskich i kanadyjskich, czyli odpowiednika wiceministra spraw zagranicznych, John Kornblum dyrektor Biura ds. Europy Środkowo-Wschodniej, Thomas M.T. Niles zastępca asystenta sekretarza stanu i Andre Surena asystent doradcy prawnego; Ambasadę USA w Bonn – Thomas Weston; USAF – płk Lonnie Spivey dowódca Centralnego Portu Lotniczego w Berlin–Tempelhof; zaś Wojskową Misję Łącznikową USA w Niemczech – Mark Lissfelt doradca polityczny i Edward Murphy doradca ds. bezpieczeństwa. Do pojazdu wszedł jeden z urzędników USA, który przedstawił się jako Richard Burt oraz John Kornblum i Wolfgang Vogel. Richard Burt, przyszły ambasador USA w RFN (od 16 września 1985 r.), powiedział:
„Witam państwa w imieniu prezydenta Ronalda Reagana. Za chwilę będą państwo wolni. Jeśli ktoś ma pytanie albo jakiś problem, omówimy go indywidualnie. Asystować państwu będzie pan [Wolfgang] Vogel. Cieszymy się, że tu państwa widzimy. Powodzenia!”.
Rozległy się oklaski, a część z wypuszczonych na Zachód szpiegów płakała ze wzruszenia.
Następnie pojazd z uwolnionymi amerykańskimi szpiegami powoli, z otwartymi drzwiami odjechał w kierunku Berlina Zachodniego, wymijając leżące na jezdni bariery i dotarł do połowy mostu. W tym momencie pasażerowie jak na komendę, która oczywiście nie padła, zaczęli szybko przekraczać granicę między NRD a RFN. Po drugiej stronie dwóch urzędników sprawdzało tożsamość wymienionych na podstawie paszportów i porównywało ich wizerunki z danymi umieszczonymi w specjalnym zeszycie. Po szybkiej identyfikacji przechodzili dalej, zaś ich niewielkie bagaże odbierali żołnierze armii amerykańskiej.
Dwie osoby zostają
Polacy, którzy zdecydowali się na wyjazd weszli wraz z Niemcami i Austriakiem na pokład podstawionego wojskowego autobusu. Spośród dwudziestu pięciu amerykańskich szpiegów uwolnionych z więzień w NRD i PRL dwie osoby odmówiły wyjazdu i pozostały w Poczdamie. Byli to Jerzy Pawłowski oraz Renate Jonsek.
Spośród dwudziestu pięciu amerykańskich szpiegów uwolnionych z więzień w NRD i PRL dwie osoby odmówiły wyjazdu i pozostały w Poczdamie. Byli to Jerzy Pawłowski oraz Renate Jonsek.
Wszyscy obecni na moście i w jego pobliżu wykazywali w trakcie wymiany duży niepokój i adekwatną do niego czujność. Rzekę patrolowały łodzie motorowe, a umundurowani milicjanci po stronie wschodnioniemieckiej zatrzymywali przechodniów, którzy przypadkowo pojawili się nad rzeką Hawelą. Amerykanie uzbrojeni w pistolety maszynowe panicznie lustrowali bardzo mocno zadrzewiony drugi brzeg Haweli. Wykazywali się bardzo dużą nieufnością po tragicznej śmierci mjr Artura D. Nicholsona, oficera wywiadu wojskowego zastrzelonego 24 marca 1985 r. w trakcie penetracji koszar sowieckiego Samodzielnego Pułku Czołgów w Ludwigslut wchodzącego w skład 2. Gwardyjskiej Armii Pancernej a dyslokowanej na terenie Meklemburgii w północnozachodniej części NRD. Między sobą wymieniali uwagi o dużym zagrożeniu zamachem. Robili to na tyle nieumiejętnie, że kompletnie zdeprymowali czwórkę uwalnianych szpiegów – Zacharskiego, Kostadinova, Zehe i Michelson. Ostatecznie również oni przeszli przez granice zaznaczoną białą farbą na środku mostu i znaleźli się w NRD. Z dalszej odległości obserwowali to przez lornetki funkcjonariusze komunistycznego aparatu bezpieczeństwa – gen. płk. Markus Wolf, płk Zbigniew Twerd, płk. Konrad Biczyk i ppłk. Eugeniusz Bossart. Po drugiej stronie to samo robili zestresowani przedstawiciele zachodnich służb specjalnych.
Amerykański autobus ruszył w kierunku Berlina Zachodniego w eskorcie co najmniej dwóch aut i przemieścił się na terminal wojskowy Sił Powietrznych USA w porcie lotniczym Tempelhof. Tutaj w strefie VIP urządzono powitalne przyjęcie dla szpiegów amerykańskich uwolnionych z komunistycznych więzień. Wspomniany Walewski zauważył wówczas, że na nowo poznawał smak napojów gazowanych i smakował zwykłych kanapek. Jednocześnie doświadczał dużego onieśmielenia otaczającą go otwartą przestrzenią. Nie był na to gotowy i nadal zachowywał się jak w więzieniu. Chodził tuż przy ścianie ze spuszczoną głową. Wyprawa do ładnej i funkcjonalnej, lotniskowej łazienki wydawała się czymś nierealnym. Pobyt w komunistycznym więzieniu pozostawi w osobowości głęboki ślad.
„Czułem tylko strach”
Eberhardt Fätkenheuer jeden z niemieckich agentów wywiadu amerykańskiego wymienionych 11 czerwca 1985 r. na moście Glienicke miał niemal identyczne spostrzeżenia co Bogdan Walewski. Ten mieszkaniec Brandenburgii złapany przez Stasi i skazany w 1979 r. na 13 lat więzienia po latach wspominał:
„Wymiana wyglądała tak, że mieliśmy być autobusem na miejscu punktualnie o godz. 12. Po drodze autobus zatrzymał się około 10 km przed mostem Glienicke na około kwadrans, aby przybyć na miejsce w samą porę. Potem podjechał od strony Poczdamu w prawo na miejsce postoju i zatrzymał się. Po chwili wsiedli do autobusu trzej mężczyźni. [Richard] Burt był z departamentu USA i odpowiadał za Europę. John Kornblum tłumaczył. I prawnik dr Wolfgang Vogel. I pierwszą rzeczą jaką powiedział [Richard] Burt było to, że chciałby nam przesłać najserdeczniejsze pozdrowienia od prezydenta [Ronalda] Reagana, co przetłumaczył John Kornblum. I wszyscy krzyczeli z radości i klaskali. I ogólnie panowała wielka euforia, a potem powiedziano nam, że każdy kto siedzi w autobusie, bez względu na to, jaką podjął wcześniej decyzję, może pozostać w autobusie i udać się z pozostałymi na Zachód. […] Potem podszedł do mnie Vogel i zapytałem go co wie o mojej żonie. Odpowiedział: »Pana żona żyje, że tak powiem z innym mężczyzną i wniosła o rozwód«. Zapytałem: »skąd pan to wie? Czy przekazała to panu ochrona?« Nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć i była to totalnie głupia sytuacja. Byłem tym zmęczony. Potem zapytałem pana [Richarda] Burta, czy możemy pomówić w cztery oczy. Zgodził się, wyszliśmy z autobusu. Stali tam [Richard] Burt, [John] Kornblum i ja. Może był tam też [Wolfgang] Vogel. Nie pamiętam już. I zadałem pytanie, czy jeśli nie powiedzie mi się na Zachodzie, czy będę mógł potem wrócić na Wschód. Wyjął umowę i zacytował fragmenty umowy, gdzie wyraźnie było napisane, że nie będzie żadnych represji wobec tych, którzy zdecydują się wrócić na Wschód. Oraz, że rodzina, to jest żona, dzieci, także mama, ojciec i brat, mogą, gdyby chcieli, pojechać na Zachód. [Zapytałem] »A więc było to zagwarantowane niejako ze strony wschodniej?« [Odpowiedział] »Tak było napisane w umowie«. […] Ja byłem, jak to ująć, zmieszany, wyczerpany. Z początku próbowałem mówić po angielsku, ale brakowało mi słów. Wiele z nich zapomniałem już z czasów szkolnych, ale wszystko tłumaczył [John] Kornblumm. Pomyślałem, zostanę w autobusie i jakoś to wszystko się uda. […] Wróciłem ponownie do autobusu, a [Wolfgang] Vogel wręczył mi formularz in blanco, który musiałem podpisać, dotyczył mojego wykształcenia z czasów DDR. Wcześniej nic takiego nie podpisywałem, potem autobus podjechał tuż przed białą linię. To było mniej więcej w połowie mostu. Wówczas z lewej i prawej strony była budowa. Pamiętam jak dziś, że z lewej i prawej strony było z 30–40 cm wolnego miejsca do ustawionych po bokach opon, gdyż wówczas miał miejsce remont mostu. Następnie wysiedliśmy z autobusu u poszliśmy, jeden za drugim, gęsiego przez białą linię do stojącego w poprzek autobusu zachodniego. I to uczucie zmiany Wschodu na Zachód pozostało we mnie niesłychanie mocno po dziś dzień, ponieważ władza nade mną tych, którzy mieli mnie przedtem w swoich rękach, raz na zawsze skończyła się. Z drugiej strony byłem pewien, że nie byłem tak wpływowy, aby ktoś chciał mnie dosięgnąć, gdy będę na Zachodzie. Jak to miało miejsce z wieloma innymi, pośród których niektórzy stracili życie, gdy Stasi ich odnalazła, wywiozła z powrotem i skazała na śmierć. Z pewnością tak było. I potem ktoś nagle mówi: »proszę wejść do autobusu«. To jednak czułem się jak sparaliżowany, jakbym częściowo stracił przytomność. W tamtym momencie było to dla mnie zbyt wiele. Łzy napływały mi same do oczu. A potem siedziałem machając ręką przy oknie, a pewna kobieta kręciła materiał o tej spektakularnej wymianie agentów. Potem rozejrzałem się dookoła, mój Boże, pomyślałem, jestem na Zachodzie. Co to za zielone i czerwone Iglo, które stoją, czegoś takiego nigdy przedtem nie wiedziałem. Nie, to były pojemniki na butelki. Potem pojechaliśmy do dzielnicy Tempelhof, gdzie zostaliśmy zidentyfikowani prze Amerykanów. Tam widziałem moje kolorowe zdjęcie, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Potem dostaliśmy trochę pieniędzy na ubrania. Pilnowałem tych pieniędzy jak jakiegoś skarbu. Pomyślałem, że będę mógł z tego opłacić dwa czynsze za mieszkanie i ogromnie się bałem, że zachód mnie zabije. Dwa tygodnie wcześniej byłem w doskonałym humorze, teraz obawy i lęki były o wiele większe. Samolotem Hercules przetransportowano nas z lotniska Tempelhof do Frankfurtu nad Menem, stamtąd do Giessen. Byłem wykończony, potem trafiłem na izbę chorych. Z początku nie mogłem się w ogóle pozbierać, czułem tylko strach”.
To uczucie szczęścia i wolności było u uwolnionych szpiegów wszechobecne. Choć pomieszane z fizycznym zmęczeniem i szeregiem obaw o to co będzie dalej.
W trochę innej sytuacji znajdował się uwolniony z więzienia Marian Zacharski, który wracał do Polski pod opieką funkcjonariuszy instytucji wywiadowczych z bloku wschodniego. I w aurze wyjątkowo zdolnego oraz skutecznego pracownika wywiadu. Jego przyszłość rysowała się na tle szpiegów uwalnianych na Zachód zgoła odmiennie. Zapewne znacznie pewniej. Nawet jeśli kierownictwo MSW planowało odsunięcie Mariana Zacharskiego od pracy w wywiadzie to nikt o tym nie mówił w tak wyjątkowej chwili nikt, aby nie zepsuć atmosfery doniosłego powitania w Berlinie Wschodnim, a także później w Warszawie. Jeden z funkcjonariuszy SB relacjonował na gorąco do warszawskiej centrali SB:
„Wymiana nastąpiła o godzinie 13 na moście Glienicke w Poczdamie. O godzinie 13.05 kapitan Marian Zacharski był już wśród nas. Jest w doskonałej kondycji psychicznej. Bardzo zmęczony fizycznie. Szczęśliwy i wdzięczny za uwolnienie. W pełni identyfikuje się z naszą służbą wywiadowczą. Czuje się funkcjonariuszem wywiadu. Jest dumny z tego co zrobił i szczęśliwy z uznania z naszej strony. Wdzięczny z awansu do stopnia kapitana. Nienawidzi Amerykanów, którzy traktowali go do ostatniej chwili bardzo brutalnie. Zorientowany w sytuacji w kraju i w sytuacji politycznej na świecie. Swoją przyszłość widzi w aktywnej pracy w kraju i dla kraju oraz dalszej działalności wywiadowczej stosownej do jego sytuacji”. Sam Marian Zacharski po latach wspominał moment przekroczenia granicy: „Jestem po wschodniej stronie mostu. Czuję się jak nowo narodzony. Jestem w euforii, jakiej nie znałem”.
Komunikaty prasowe oraz relacje radiowe i telewizyjne lotem błyskawicy obiegły ówczesny świat. Oto w Berlinie, strony reprezentujące dwa odmienne systemy wartości – demokratyczny i komunistyczny – porozumiały się i wymieniły niemal trzydziestu szpiegów. Migawki z Mostu Jedności, nazywanego od 1962 r. mostem szpiegów, z uwagą śledzili nie tylko zwykli obywatele, ale też niemal wszystkie instytucje wywiadowcze na świecie. W oficjalnym stanowisku Departamentu Sprawiedliwości USA podano, że chociaż wymiana nie dotyczyła żadnego z obywateli amerykańskich, to niektórzy z przekazanych na Zachód znajdowali się „w polu zainteresowania” USA. Tym samym publicznie potwierdzono, że przynajmniej część z uwolnionych osób prowadziła szpiegowską działalność za żelazną kurtyną.
W Polsce przygotowano dość syntetyczny komunikat firmowany przez Polską Agencję Prasową. Uzyskał on akceptację gen. armii Wojciecha Jaruzelskiego i gen. dyw. Czesława Kiszczaka.
W komunistycznej Polsce z uwagą zbierano i analizowano te doniesienia. Podobne działania w podjęli funkcjonariusze wschodnioniemieckiej Stasi. Dziś to właśnie wycinki prasowe z epoki stanowiły główny element zachowanych materiałów w zasobie zlikwidowanego już Urzędu Pełnomocnika Rzędu Federalnego do spraw akt służby bezpieczeństwa byłej NRD, a odnoszących się do wymiany szpiegów na moście Glienicke w 1985 r. Z oficjalnej informacji udzielonej w trakcie kwerendy wynika, że dokumenty wschodnioniemieckiego wywiadu zostały zniszczone. Nie można jednak wykluczyć sytuacji, że przejęła je BND lub CIA. Możliwe też, że dawni mocodawcy w ten sposób nadal chronią swoich współpracowników przed upublicznieniem ich tożsamości.
W języku propagandy
W Polsce przygotowano dość syntetyczny komunikat firmowany przez Polską Agencję Prasową. Jednak z materiałów SB wiadomo, że tekst napisano w MSW, po czym uzyskał on akceptację gen. armii Wojciecha Jaruzelskiego i gen. dyw. Czesława Kiszczaka. Na projekcie znalazła się nawet odręczna notatka na ten temat wraz z krótką informacją: „Nadano 13 czerwca 1985 r. w RTV i 14 czerwca w prasie jako komunikat PAP”. Zawierał on kilka istotnych elementów:
„W dniu 11 b[ieżącego] m[iesiąca] w rezultacie dokonanej w Berlinie wymiany schwytanych w Polsce szpiegów CIA, władze Stanów Zjednoczonych uwolniły skazanego w USA w 1981 r. na karę dożywotniego więzienia oficera polskiegowywiadu MSW PRL, kpt. Mariana Zacharskiego. Wyrok ten kpt. Marian Zacharski odbywał w więzieniu o obostrzonym rygorze. Amerykańskie służby specjalne nakłaniały do wielokrotnie do zdrady ojczyzny. Oficer wywiadu PRL wytrwał w swej patriotycznej postawie, zdecydowanie odrzucił wszelkie namowy i oferty współpracy. W drodze wymiany strona polska przekazała pięciu szpiegów amerykańskich: Bogdana Walewskiego, skazanego w 1982 r. na 25 lat więzienia; Jacka Jurzaka, skazanego w 1984 r. na 25 lat więzienia; Norberta Adamaschka, skazanego w 1984 r. na 15 lat więzienia; Leszka Chrósta, skazanego w 1980 r. na 25 lat więzienia; Jerzego Pawłowskiego, skazanego w 1976 r. na 25 lat więzienia. Uwolnienie nastąpiło w ramach wielostronnej akcji wymiennej. Jerzy Pawłowski, w trakcie wymiany, pomimo nacisków funkcjonariuszy USA, odmówił oddania się w ręce władz amerykańskich i zdecydował się na powrót do kraju. Pada Państwa zastosowała wobec Jerzego Pawłowskiego akt łaski, polegający na darowaniu mu reszty kary”.
W przygotowanym w MSW tekście można zauważyć kilka istotnych elementów. Komunikat otwiera informacja o „schwytanych w Polsce szpiegach CIA”. Co więcej w trakcie pracy nad materiałem uznano, że do Zacharskiego nie koniecznie pasuje przymiotnik wskazujący jego narodowe pochodzenie. Mimo odręcznego skreślenia w ostatecznej, drukowanej wersji użyto sformułowania bardziej rozbudowanego, jako „oficera polskiego wywiadu resortu spraw wewnętrznych kapitana Mariana Zacharskiego”.
Kilka miesięcy później władze PRL i NRD uznały, że należy wykorzystać dobrą koniunkturę i doprowadzić do następnej wymiany.
Podsumowując kwestię wymiany szpiegów z czerwca 1985 r. każda ze stron starała się przedstawić tę operację jako sukces. Departamentu Stanu USA podkreślał, że wydarzenie to powinno wzmocnić działaczy opozycji demokratycznej za żelazną kurtyną, a ponadto zwiększyć szanse na werbunki agenturalne służb specjalnych wśród wschodnich Niemców i Polaków. W żadnym zaś stopniu nie dostrzegano w tym wydarzeniu symptomów poprawy stosunków bilateralnych między PRL a USA. W Polsce świętowano uwolnienie utalentowanego i ukadrowionego szpiega Mariana Zacharskiego. Zaś w NRD Erich Honecker miał powody do zadowolenia z powodu powrotu prof. Alfreda Zehe. Walczył o jego wolność, nie szczędząc na to ani pieniędzy, ani pracy funkcjonariuszy i agentów Stasi.
Wymiana nie zakończyła też „związków” mostu Glienicke z wywiadem. Kilka miesięcy później władze PRL i NRD uznały, że należy wykorzystać dobrą koniunkturę i doprowadzić do następnej wymiany. Gen. bryg. Zdzisław Sarewicz już w piśmie z drugiej połowy czerwca 1985 r. skierowanym do gen. broni Czesława Kiszczaka wskazywał, że strona wschodnioniemiecka rozpoczęła przygotowania do kolejnej operacji. Szef wschodnioniemieckiego wywiadu gen. płk. Markus Wolf sugerował przy tym, że należy oczekiwać od Amerykanów uwolnienia dwójki współpracowników polskiego wywiadu w USA – Williama H. Bella i Jamesa D. Harpera. Tak się co prawda nie stało, ale Departament I MSW w lutym 1986 r. doprowadził do uwolnienia skazanego w RFN nielegała kpt. Jerzego Kaczmarka.
