Znaczącym zdarzeniem w niepewnej jeszcze fazie protestu sierpniowego 1980 roku w Stoczni Gdańskiej okazała się msza św. odprawiona w niedzielę 17 sierpnia na terenie zakładu. Doszło do niej m.in. na skutek całonocnych starań delegacji, w której byli Marek Mikołajczuk, Józef Przybylski, Jan Karandziej, Anna Walentynowicz i Tadeusz Szczudłowski. Ci, uprawnieni przez MKS, ludzie mieli „uzyskać zgodę na odprawienie mszy przez księdza Henryka Jankowskiego”,
proboszcza parafii św. Brygidy, w której granicach położona była stocznia. Chodziło o to, aby „przetrzymać” niedzielę, żeby ci, co zostali, okrzepli, a tym, co wyszli, dać znak, że strajk trwa. Obserwatorem zabiegów „okołomszalnych” była Alina Pienkowska:
„W sobotę wieczorem na teren Stoczni Gdańskiej przybył ks. Henryk Jankowski i Ania Walentynowicz, byłam świadkiem, zapytała: »czy ksiądz może jutro odprawić mszę?«. Byliśmy wówczas w trudnym momencie: bo była to najlepsza chwila, by nas ze stoczni wyrzucić. Garstka ludzi została. Chcieliśmy, żeby przynajmniej rano zrobić w stoczni coś, co zwróci uwagę i przyciągnie ludzi nie tyle na strajk, ile na tę sytuację, która będzie. A ks. Jankowski powiedział, że chętnie, ale musi mieć zgodę księdza biskupa”.
Ostatecznie biskup dał zgodę, nie sprzeciwiał się Tadeusz Fiszbach (I sekretarz KW PZPR w Gdańsku), a ks. Jankowski, po spisaniu najpierw testamentu, udał się do stoczni i celebrował Eucharystię.
Strajk okazał się wielkim przełomem, bo doprowadził do powstania pierwszego w obozie państw komunistycznych niezależnego związku zawodowego, a 25-letni Marek Mikołajczuk – wówczas tokarz ze Stoczni Gdańskiej – mógł się cieszyć, bo dołożył cegiełkę do udanego przebiegu protestu. W czasie jego trwania należał do zakładowego komitetu strajkowego, a od września 1980 r. wszedł niejako automatycznie w szeregi powstałego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańskiej.
Porwanie?
O Mikołajczuku znowu głośno zrobiło się w lutym 1981 r. Dziewiątego dnia tego miesiąca zaspał do pracy, nie słyszał jak budziła go matka, nie wstał około piątej rano, by na 6.00 zdążyć do zakładu. Obudził się dopiero po 9.00, zjadł śniadanie, ubrał i wyszedł do stoczni.
Na rozmowy wzywany był jeszcze parokrotnie, a raz nawet uderzony w twarz. Zawsze „przesłuchiwali” go mężczyźnie ubrani w mundury ni to więzienne, ni to milicyjne – tak to przynajmniej potem relacjonował.
Według relacji jego samego, kiedy spóźniony szedł do pracy około godz. 10.25, niedaleko jego miejsca zamieszkania przy ul. Wajdeloty w Gdańsku-Wrzeszczu nieznajomy mężczyzna polecił mu wejść do samochodu marki „Nysa”. Trochę miał się opierać, ale, wobec konsekwencji obcego człowieka, wszedł do podstawionego auta. Po około półtorej godziny jazdy z zakrytymi oczyma, został wprowadzony do jednej z cel w nieznanym mu budynku. Dwa dni nic od niego nie chciano, dopiero 11 lutego Mikołajczuk miał być tam po raz pierwszy „przesłuchany” – tj. wypytywany na okoliczność działalności opozycyjnej i solidarnościowej.
Na rozmowy wzywany był jeszcze parokrotnie, a raz nawet uderzony w twarz. Zawsze „przesłuchiwali” go mężczyźnie ubrani w mundury ni to więzienne, ni to milicyjne – tak to przynajmniej potem relacjonował. Wszystko zakończyło się 14 lutego, kiedy około godz. 11.00 miano Mikołajczuka zaprowadzić do tej samej „Nysy” i około godz. 12.00 wysadzić w Gdańsku przy ulicy Kartuskiej na wysokości kościoła św. Franciszka z Asyżu.
Wątpliwości z obu stron
Mikołajczuk po uwolnieniu nie udał się od razu do siedziby Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego „Solidarności” w Gdańsku, ani nie poinformował o swoim odnalezieniu nikogo ze stoczni. Pierwsze co zrobił, to spotkał się z mieszkającymi nieopodal na Siedlcach kolegami. Okazało się, że nie rozmawiał z nimi wcale na temat swego uwięzienia, ale pił wódkę i dopiero w godzinach wieczornych (około 22.00) pojechał do domu.
Wydaje się to nieco dziwne, bo można założyć, że gdyby faktycznie został wbrew swej woli gdzieś przetrzymywany, to natychmiast próbowałby się skontaktować z kimś ze związku, by powiadomić, że się odnalazł. To, że tego nie zrobił, tłumaczył tym, że „był trochę zły”, bo sądził, że nikt nie podjął żadnej interwencji w jego sprawie. Nie wiedział, że jego zaniepokojona matka postawiła na nogi cały stoczniowy Komitet Założycielski NSZZ, w lokalnej prasie ukazały się stosowne notki poszukiwawcze, a oprócz milicji, wojewody i I sekretarza KW PZPR, o jego zaginięciu poinformowani zostali radiesteci na Górnym Śląsku.
W czasie postępowania wyjaśniającego gdańska SB (...) nie omieszkała spróbować skompromitować samego działacza, jak i przy okazji gdańskiej „Solidarności”, podsuwając tezę, że był widziany w zajeździe „Burczybas” w Dzierżążnie w towarzystwie młodej kobiety.
Dopiero w poniedziałek 16 lutego 1981 r. rano Mikołajczuk zrelacjonował swoją nieobecność całemu licznie zgromadzonemu i niesłychanie podminowanemu całą sytuacją Prezydium KZ. Sprawa została zgłoszona na milicję, celem ustalenia i ukarania sprawców „porwania”. W czasie postępowania wyjaśniającego gdańska SB (w osobie por. Marka Rogowskiego, kierownika sekcji Wydziału Śledczego KW MO) nie omieszkała spróbować skompromitować samego działacza, jak i przy okazji gdańskiej „Solidarności”, podsuwając tezę, że był widziany w zajeździe „Burczybas” w Dzierżążnie w towarzystwie młodej kobiety. W wersji alternatywnej miał tam być z dwoma innymi mężczyznami (jeden z nich miał mieć w klapie marynarki wpięty znaczek „Solidarności”) i w stanie nietrzeźwymi awanturował się tam i ukradł pieniądze. Jeszcze jedną próbą zdyskredytowania był pełen aluzji artykuł, podpisany przez tajemniczego „A” w „Wieczorze Wybrzeża” z 2 marca 1981 r. Opisywał on historię dwóch pań, które, aby ukryć przed małżonkiem jednej z nich swój pobyt na dancingu w nocnym lokalu, wymyśliły, że późny powrót do domu spowodowany był zatrzymaniem przez patrol MO. Kiedy prawda wyszła na jaw, przyznały się do fałszerstwa.
Tekst wprost nawiązywał do casusu Mikołajczuka i miał go wyśmiać w oczach opinii publicznej. Niestety dla funkcjonariuszy KW MO, kolejni świadkowie z biegiem czasu zaprzeczali, jakoby mieli widzieć Mikołajczuka, a perfidnie wytypowana przez „esbecję” niewiasta nie miała nawet pojęcia, że taki zajazd istnieje ani nigdy w Dzierżążnie nie była. Ostatecznie 8 czerwca 1981 r., z braku przesądzających dowodów na uprowadzenie czy jego mistyfikację, Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku umorzyła śledztwo.
Z braku dowodów
Lech Wałęsa, przewodniczący gdańskiej, ale i krajowej „Solidarności”, atakowany był wtedy z dwóch stron: przez generała Jaruzelskiego, że nie panuje nad związkiem, a przez związkowców, że z kolei jest zbyt uległy wobec władz. Na publicznych spotkaniach niezmiennie tłumaczył, że najpierw potrzeba udowodnić, że przykładowego Mikołajczuka uprowadzili esbecy, a nie na przykład, że „poszedł na panny”. Mówił to prawdopodobnie na podstawie tego, co usłyszał od Jana Koziatka i Henryka Soszko, którzy niekiedy asystowali przy prowadzeniu czynności śledczych (m.in. przesłuchania świadków, objazd aresztów i zakładów karnych w województwie w poszukiwaniu tego, w którym miał być przetrzymywany Mikołajczuk) i musieli przy tej okazji nabrać podejrzeń, czy aby na pewno historia z porwaniem jest prawdziwa:
„[…] Ja uważam, że pan premier dał więcej niż trzeba, bo powiedział, że każdy przypadek przez was udowodniony będzie rozliczony, ale nie wpadajcie w panikę, nie zgłaszajcie mi lewizny, której się potem wstydzimy, my i wy”.
