Z czasem republikanie zaczęli głosić, przesadnie, że Stany Zjednoczone tak naprawdę nie wygrały wojny, bo przeszkodziła „agentura we władzach”. Dochodziły motywy partyjne, a czasem osobiste, jak w przypadku kariery senatora Josepha McCarthy’ego z Wisconsin, między rokiem 1950 i 1954 animatora antykomunistycznej krucjaty.
Dziś powszechnie uznaje się za horrendum nie tylko same przesłuchania ludzi podejrzewanych o związki z komunizmem przez komisje Kongresu, ale całą atmosferę wokół tego. Niektórym osobom złamano kariery, w pojedynczych przypadkach wtrącono ludzi do więzienia. Liberalna lewica lubi się na to skarżyć. A przecież senator z Nowego Jorku Daniel Patrick Moynihan, demokrata, ale mający sympatie neokonserwatywne, oznajmił po latach w następstwie badań kolejnej komisji:
„Nie zrozumiemy tych wszystkich patologii, jeśli nie pojmiemy, że to Whittaker Chambers miał rację. A on ostrzegał Roosevelta przed zdrajcami własnego kraju już w roku 1939”1.
Mała sekta, ale…
Zacząć wypada od tego, że wielki kryzys, niszczący amerykańską gospodarkę od roku 1929, wystawił indywidualistyczne społeczeństwo na ryzyko ulegania radykalnym prądom. Komunizm był tylko jednym z nich. Partia komunistyczna działała półlegalnie, gdyż wiele stanów zabroniło wcześniej głoszenia „rewolucyjnej doktryny”. W 1931 r. miała 8 tys. członków. W pierwszych latach rządów Roosevelta (czyli od roku 1933) prawdopodobnie cztery razy tyle. W wyborach prezydenckich w 1932 r. jej kandydat William Foster pobił rekord poparcia: 102 tys. głosów.
Komuniści byli partią miejską, z pewnymi wpływami w ruchu związkowym. Zarazem mogli liczyć na sympatię niektórych intelektualistów, w 1932 r. deklarację poparcia dla nich sygnowali pisarze Maxwell Anderson i John Dos Passos czy sławny dziennikarz Lincoln Steffens. Cieszyli się pewną popularnością w środowiskach artystycznych. Kiedy Roosevelt zaczął realizować politykę państwowego interwencjonizmu jako receptę na kryzys, konserwatywna opozycja oskarżała go czasem o uleganie komunistycznym wpływom. Jednocześnie funkcyjni komuniści i partyjna prasa („Daily Worker”) atakowali program rządowego Nowego Ładu jako „faszystowski”.
Tyle że partyjna retoryka to nie wszystko. Tacy ludzie Roosevelta, jak organizator wielkich robót publicznych Harry Hopkins czy sekretarz pracy Frances Perkins, chętnie współpracowali z komunistycznymi związkowcami. Sekretarz rolnictwa Henry Wallace głosił tezę, że komuniści mogą być tak samo dobrymi urzędnikami jego resortu jak demokraci czy republikanie.
Tacy ludzie, jak Julian Wadleigh, Harry Dexter White, Noel Field, Lauchlin Currie czy Alger Hiss, zaczynali kariery jeszcze za prezydentury republikanina Herberta Hoovera. Ale to za Roosevelta pięli się po jej szczeblach, oficjalnie występując jako gorliwi rzecznicy Nowego Ładu, a nie komuniści.
Rzeczywiste wpływy ruchu komunistycznego przewyższały jego formalną liczebność. Historycy tej partii opisują taktykę „pasów transmisyjnych”. Taki Amerykański Kongres Młodzieży (American Youth Congress) miał pół miliona członków i oficjalnie nic wspólnego z komunizmem. Mechanizm był prosty: partia wysyłała młodego komunistę, dajmy na to, do organizacji młodych metodystów. Tam robił on karierę i często bez wiedzy kolegów lub korzystając z ich bierności wprowadzał stowarzyszenie do AYC2. Kryptokomunistyczne byty mnożyły się jak grzyby po deszczu. Od roku 1936 sprzyjała temu głoszona przez centralę w Moskwie idea tworzenia „frontów ludowych”.
Zarazem komuniści uważali za swoje podstawowe zadanie szpiegowanie na rzecz ZSRS. Ich lider Earl Browder, człowiek o wyglądzie dobrodusznego księgowego, wyjeżdżał ze szpiegowskimi misjami na fałszywych paszportach. Organizował w roku 1940 udany zamach na Lwa Trockiego w Meksyku.
I tu pojawia się problem młodych pracowników administracji werbowanych przez NKWD. Tacy ludzie, jak Julian Wadleigh, Harry Dexter White, Noel Field, Lauchlin Currie czy Alger Hiss, zaczynali kariery jeszcze za prezydentury republikanina Herberta Hoovera. Ale to za Roosevelta pięli się po jej szczeblach, oficjalnie występując jako gorliwi rzecznicy Nowego Ładu, a nie komuniści. White został podsekretarzem skarbu, zastępcą Henry’ego Morgenthaua. Hiss, wyrzucony w roku 1935 z resortu rolnictwa w następstwie konfliktu z przełożonym, trafił do dyplomacji.
Byli idealistami, ale też fanatykami. Chcieli forsować politykę opiekuńczego państwa w Ameryce, lecz w przypadku konfliktu interesów za swoją pierwszą ojczyznę uważali ZSRS. Szpiegowanie na jego rzecz nie budziło w nich wątpliwości. Wielu było Żydami, ale na przykład Hiss to przedstawiciel anglosaskiej elity.
Bezkarność zapewniał im brak służb kontrwywiadowczych z prawdziwego zdarzenia. Owszem próbowało pełnić taką funkcję Federalne Biuro Śledcze (FBI) z jego wiecznym szefem Edgarem Hooverem, ale była to struktura zbyt słaba. Tymczasem tolerancja Roosevelta wobec radykałów z lewa ułatwiała im odgrywanie ról agentów wpływu.
To ten prezydent w roku 1933 podjął decyzję o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z Moskwą. Pewne znaczenie miały tu naiwne nadzieje kół biznesowych na dostęp do rosyjskiego rynku. Magnat prasowy Roy Howard głosił, że nie ma się co bać infiltracji służb tego państwa:
„Prawdopodobieństwo zwycięstwa bolszewizmu w USA jest równe prawdopodobieństwu odmrożenia na Saharze”3.
Sam Roosevelt miał podobno nadzieję na ewentualną współpracę z Moskwą w powstrzymywaniu Japonii. Zarazem obserwując z oddali Europę, żywił niechęć przede wszystkim do Niemiec, jego zdaniem nie dość ukaranych za I wojnę światową, teraz na dokładkę nazistowskich. Na tym tle Stalin wydawał mu się ciekawym, choć tylko potencjalnym partnerem.
Taka jednostronność mogła działać w różnych kierunkach. Dyplomata George Kennan, później jeden z heroldów powstrzymywania ZSRS, głęboką nieufność wobec stalinowskiego reżymu wyniósł z kilkuletniej pracy w ambasadzie w Moskwie. Patrzył ze zgrozą, jak Joseph Davies, drugi z kolei ambasador USA, podlizuje się Stalinowi. Ten sam Kennan bagatelizował zagrożenie ze strony Adolfa Hitlera.
Tymczasem polityka tolerancji wobec komunistów zaczęła być podważana. W czerwcu 1938 r. Izba Reprezentantów powołała dwupartyjną większością Komisję ds. Działalności Antyamerykańskiej. Jej przewodniczący, konserwatywny demokrata z Teksasu Martin Dies starał się łączyć temat penetracji kraju przez komunistów z krytyką etatystycznego Nowego Ładu. Atakowano takich ludzi jak pani Perkins – ją akurat za blokowanie deportacji komunizującego związkowca z Kalifornii Harry’ego Bridgesa. Sugerowano, że komuniści kryją się na posadach w Waszyngtonie, choć nie podawano konkretów.
Prosowiecki amok
Wielkim ciosem zadanym reputacji komunistów był pakt Ribbentrop-Mołotow zawarty w sierpniu 1939 r. Niektórzy działacze odsunęli się od swojej partii, tym bardziej zaś bezpartyjni „towarzysze podróży”. Nawet Roosevelt włączył się w krytykowanie Stalina. Zaostrzył jeszcze swój ton po ataku Sowietów na Finlandię w listopadzie 1939 r., kiedy to „Daily Worker” jako jedyna gazeta w USA uznał, że to budzący powszechne współczucie Finowie są agresorami.
Ale to właśnie wtedy Roosevelt popełnił jeden z najbardziej kompromitujących błędów. Oto 2 września 1939 r. do asystenta sekretarza stanu Adolfa Berlego zgłosili się dwaj dziennikarze, którzy zerwali z komunistami. Jednym z nich był Whittaker Chambers. Wskazali całą grupę kryptokomunistów, którzy obecność w federalnych strukturach łączyli ze szpiegowaniem. Byli to m.in. Alger Hiss (wraz z żoną i bratem), wtedy w Departamencie Stanu, inny dyplomata Laurence Duggan, jeden z asystentów prezydenta Lauchlin Currie oraz „niejaki pan White z Departamentu Skarbu” (chodziło o Harry’ego Dextera White’a).
Roosevelt potępiał zagarnięcie wschodnich terenów Polski, agresję na Finlandię i wreszcie wcielenie do Związku Sowieckiego Litwy, Łotwy i Estonii, ale unikał sankcji wobec Stalina, choć miał do tego prawo na podstawie ustaw neutralnościowych.
Berle starał się sprawdzać reputację tych ludzi u wpływowych Amerykanów i słyszał same superlatywy. Ale przekazał informacje Rooseveltowi. Ten wyśmiał je i nie zrobił nic. Dowody w postaci zdeszyfrowanej sowieckiej korespondencji (oznaczone kryptonimem „Venona”), a także archiwalia KGB wywiezione przez Wasilija Mitrochina, po latach potwierdzą rewelacje Chambersa. Dopiero w 1943 r. Berle przekazał te informacje szefowi FBI. Ale wtedy o żadnych działaniach tym bardziej nie mogło być mowy z powodu euforii zwróconej ku sojusznikowi, jakim był ZSRS. Nazywam ją „prosowieckim amokiem”.
Roosevelt potępiał zagarnięcie wschodnich terenów Polski, agresję na Finlandię i wreszcie wcielenie do Związku Sowieckiego Litwy, Łotwy i Estonii, ale unikał sankcji wobec Stalina, choć miał do tego prawo na podstawie ustaw neutralnościowych. Prywatnie opowiadał, że ruchy Sowietów mają „obiektywnie charakter antyniemiecki”.
Kiedy Hitler uderzył na Rosję, komuniści porzucili izolacjonizm i stali się lewym skrzydłem obozu Roosevelta. Formalnie wciąż neutralny prezydent posłał już w sierpniu 1941 r. swojego najbardziej zaufanego współpracownika Harry’ego Hopkinsa nie tylko do walczącej z Hitlerem Anglii, ale i do Moskwy. Na egzaltowanym Hopkinsie Stalin zrobił kolosalne wrażenie. Tak kolosalne, że Amerykanin wdał się w rozważania o wyższości dyktatury nad demokracją w warunkach wojennych.
Autorzy książki The Venona Secrets twierdzą, że Hopkins został zarejestrowany w Moskwie jako idealny agent wpływu4. Miał być źródłem o kryptonimie „19”. Ale ta teza nie jest bezsporna. Mitrochin uważa, że agentem „19” miał być Laurence Duggan z Departamentu Stanu. Hopkinsa opisuje jako amerykańskiego patriotę, który uważał, że aby wygrać wojnę, USA powinny się do końca odsłaniać przed sojusznikiem5.
I konsekwentnie się odsłaniał. Kiedy minister spraw zagranicznych ZSRS Wiaczesław Mołotow przyjechał w maju 1942 r. do Waszyngtonu, Hopkins chodził do jego pokoju hotelowego i instruował go, co ma mówić, aby przekonać amerykańskich generałów do jak najszybszego utworzenia drugiego frontu w Europie. Ówczesna gra Roosevelta wobec ZSRS nie była jednoznaczna. Wymusił on na Anglii rezygnację z pomysłu uznania zaborów ZSRS z lat 1939–1941, m.in. wschodnich ziem polskich. Prasa amerykańska wychwalała go jako rzecznika interesów mniejszych narodów.
W rzeczywistości prezydent USA delektował się innym pomysłem, o którym wspomniał Mołotowowi: poddania powojennego świata kontroli „czterech policjantów” – poza Związkiem Sowieckim, Wielką Brytanią i USA w skład tego swoistego „rządu światowego” miały wejść Chiny. Zablokowanie dogadania się Winstona Churchilla ze Stalinem Roosevelt traktował jako siurpryzę zrobioną Londynowi. Zapowiadał Churchillowi, że będzie za wszelką cenę starał się pozyskać sowieckiego dyktatora.
Częścią tego amoku była kampania przeciw polskiemu rządowi emigracyjnemu, kiedy ten upublicznił w kwietniu 1943 r. sprawę mordu w Katyniu. Akcją polityczną dyrygował Hopkins, w jej ramach straszono polskie stacje radiowe, które podnosiły tę kwestię.
Zakończyło się to rozmowami Wielkiej Trójki w Teheranie (28 listopada – 1 grudnia 1943). Roosevelt nie wsparł tam Churchilla w żadnej sprawie. Utopił pomysł stworzenia drugiego frontu poprzez Bałkany. I prowokując angielskiego premiera drwinami, skłonił go do inicjatywy ograbienia Polski z połowy terytorium. Wróciwszy do ojczyzny, konsekwentnie wychwalał Stalina, tak publicznie, jak prywatnie.
Towarzyszyła temu odpowiednia atmosfera w samej Ameryce. Kiedy 22 maja 1943 r. Moskwa ogłosiła likwidację Kominternu, amerykańska prasa i politycy z nielicznymi wyjątkami wieścili koniec zagrożenia światową rewolucją. Dotyczyło to lewicy i liberałów, ale nie tylko. Nawet Martin Dies przypuszczał, że jego komisję będzie można niedługo rozwiązać. Bliskie republikanom „Newsweek” i „Time” opisywały ZSRS jako normalny, niemal demokratyczny kraj. Hollywood kręcił propagandowe filmy o wspaniałym sowieckim społeczeństwie.
Dochodziło do rzeczy zdumiewających. Hopkins opisywał sowieckiemu agentowi tajne rozmowy Roosevelta z Churchillem. Z kolei sowiecką ambasadę przestrzegał, że jeden z jej pracowników jest inwigilowany przez FBI. Zrobił to już po tym, jak Edgar Hoover powiadomił go o szpiegowskiej misji owego „dyplomaty”.
Częścią tego amoku była kampania przeciw polskiemu rządowi emigracyjnemu, kiedy ten upublicznił w kwietniu 1943 r. sprawę mordu w Katyniu. Akcją polityczną dyrygował Hopkins, w jej ramach straszono polskie stacje radiowe, które podnosiły tę kwestię. Ale kiedy „Newsweek” opowiadał, że Polacy są pozbawieni realizmu, bo już w 1939 r. atakowali szablami czołgi, pisał to na własny rachunek. Wendell Willkie, republikański konkurent Roosevelta z 1940 r., chlubiący się piciem wódki ze Stalinem, ogłaszał:
„Rosja jest naszym sojusznikiem. Nawet jeśli zamordowała polskich oficerów, musimy jej pomóc wygrać z Niemcami”.
Możliwe, że amerykańskie elity szczerze wierzyły, iż uległość wobec Stalina dźwigającego główny ciężar wojny to jedyna droga. Ale skąd pasja w rezygnacji z jakiejkolwiek obrony własnego interesu wobec Rosjan?
Kiedy sowiecki ambasador żąda latem 1943 r. usunięcia z Departamentu Stanu zbyt krytycznych wobec jego państwa dyplomatów, Roosevelt nakazuje to zrobić. Przesuwa się ich na stanowiska odległe od tej tematyki. Szef pierwszego cywilnego wywiadu republikanin William Donovan opowiada, że w imię wygrania wojny gotów jest zatrudnić w swoim urzędzie… Stalina. I faktycznie, jego asystentem jest kolejny sowiecki agent Duncan Chaplin Lee. Kiedy jesienią 1944 r. pracownik agencji Donovana kupuje od Finów nadpaloną księgę sowieckich kodów, rozwścieczony Roosevelt każe ją zwrócić ambasadzie ZSRS.
Nie był nigdy zwerbowany przez Sowietów wiceprezydent, wcześniej sekretarz rolnictwa, Henry Wallace, a jednak w drodze do Chin w maju 1944 r. zgodził się odwiedzić „idealne gospodarstwo” na Kołymie. W rzeczywistości był to łagier. Amerykański polityk wychwalał potem panujące tam porządek i dobrą atmosferę. Towarzyszyli mu w tej podróży trzej agenci Moskwy: Harry Dexter White, Lauchlin Currie i Alger Hiss. Na ile nim sterowali? Po wojnie Wallace wyda książkę, w której wieści o niewolniczej pracy w sowieckich obozach uzna za „bajki”.
Ponieważ Wallace wobec pogarszającego się stanu zdrowia Roosevelta brał pod uwagę przejęcie po nim sukcesji, opowiadał, że sekretarzem stanu zrobi Laurence’a
Duggana, a sekretarzem skarbu – Harry’ego Dextera White’a. To by oznaczało pełną kontrolę Sowietów nad amerykańską polityką. Na szczęście bossowie Partii Demokratycznej utrącili w 1944 r. na kolejną kadencję samego Wallace’a. Zastąpił go dotychczasowy senator z Missouri Harry Truman. On też zostanie prezydentem, z pewnością niezależnym od Moskwy.
W roku 1944 Roosevelt spełnił większość oczekiwań Stalina odnoszących się do prowadzenia wojny, łącznie z najważniejszym: stworzeniem drugiego frontu w zachodniej Europie. Amerykanów nie dopuszczano na teren ZSRS, wysłanie tam zachodniego szpiega graniczyło z niepodobieństwem. Natomiast ludzie Moskwy mieli wiele kanałów dostępu do amerykańskich sekretów. Trzeba przyznać, że w jednej sprawie Roosevelt nie uległ pokusie otwarcia się wobec zbrodniczego sojusznika: nie podzielił się z nim tajemnicą broni jądrowej. Churchill przypisywał później ten sukces sobie.
Roosevelt (...) dostał od Stalina obietnicę wspólnego tworzenia Organizacji Narodów Zjednoczonych. Od dawna ekscytował się tą błyskotką, którą zarazem łatwo było przedstawić jako sukces.
Czy ów brak asertywności Roosevelta wobec Stalina był pochodną jego koncepcji wojny, podzielanej przez amerykańskich generałów? Zakładała ona ostrożne wchodzenie do Europy, więc pozostawienie Sowietom wolnej ręki w uzyskiwaniu kontroli nad jej wschodnią częścią. Celem było oszczędzanie amerykańskiej krwi. Warto jednak zwrócić uwagę, że Stalin bywał zainteresowany jakąś formą ratyfikowania swoich osiągnięć przez Zachód. I z reguły nie napotykał oporu, nawet słownego. Ostatnim aktem tej prawidłowości stała się konferencja Wielkiej Trójki w Jałcie od 4 do 11 lutego 1945 r.
Sam Hopkins zaświadczał potem, że w jej trakcie ciężko chory Roosevelt rozumiał może połowę tego, co się do niego mówiło. Przez chwilę próbował wpłynąć na los zajmowanej przez Sowietów Polski, po czym zrezygnował z wszelkiego sprzeciwu. W zamian dostał od Stalina obietnicę wspólnego tworzenia Organizacji Narodów Zjednoczonych. Od dawna ekscytował się tą błyskotką, którą zarazem łatwo było przedstawić jako sukces. Przerażony wojną naród amerykański musiał kupić miraż powojennej kooperacji.
Roosevelt był skądinąd cały czas tym samym powierzchownym bon vivantem, który pokrywał tą swoją pozą cynizm wobec aspiracji innych narodów. Totalnie nieprzygotowany, nie czytał w drodze na Krym opracowań przygotowanych przez Departament Stanu. Nie wziął w tę podróż żadnego dyplomaty, którego uważał za twardszego wobec Rosjan. Zabrał za to Algera Hissa. Ten wrzucał podczas konferencji temat dekolonizacji, co irytowało Churchilla i dodatkowo osłabiało jedność Zachodu wobec kaukaskiego lisa. Hiss dostał w nagrodę obietnicę administracyjnego pokierowania konferencją w San Francisco, na której miano powołać do życia Narody Zjednoczone.
Tuż przed śmiercią Roosevelt wdał się ze Stalinem w spór na depesze dotyczący ustanawiania władzy w Polsce.
„On złamał każdą z obietnic danych w Jałcie”
– miał się żalić kuzynce6. Czy doznał realnego olśnienia sprzecznego z całą jego dotychczasową polityką? A jednak według Serga Berii Stalin miał potem mówić, że gdyby Roosevelt porządził dłużej, Sowieci byliby zdolni do podporządkowania sobie zachodniej Europy7.
Upadek systemu Roosevelta
Roosevelt umarł 12 kwietnia 1945 r. Jego miejsce zajął niedoświadczony w sprawach międzynarodowych, ale instynktownie asertywny Harry Truman. Zarazem system dyplomacji Roosevelta działał jeszcze przez dobre kilka miesięcy. To Harry Hopkins uczył nowego prezydenta arkanów dyplomacji, w tym stosunku do Stalina. To zakochany w Stalinie Joseph Davies będzie doradzał Trumanowi podczas trzeciej, ostatniej konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie (17 lipca – 2 sierpnia 1945).
Przejawy twardej postawy nowego prezydenta, choćby w słownym starciu z Mołotowem, znów w kwestii Polski, sąsiadowały z pokojową retoryką i ustępliwością w wielu sprawach. Skądinąd sam Hopkins został poniżony przez Stalina podczas ostatniej swojej wizyty w Moskwie, kiedy to negocjował tryb pracy ONZ.
„To się bierze z braku wolności”
– odkrył, wracając do ojczyzny.
Ustępliwość miała nawet racjonalne podstawy. Stalin dysponował w Europie potężną armią utrzymywaną w totalnej mobilizacji typowej dla dyktatury. Truman dostawał zaś codziennie tysiące listów obywateli domagających się, aby ich „chłopcy” wracali z wojny do domu.
System nadal pozostawał po rooseveltowsku nieszczelny. Na konferencji w San Francisco (25 kwietnia – 26 czerwca 1945) trzeba było się borykać z Sowietami w kwestii trybu pracy ONZ. Członkiem delegacji USA był podsekretarz skarbu Harry Dexter White. I to on sprzedawał stronie sowieckiej szczegóły amerykańskiej taktyki negocjacyjnej. To od niego Sowieci dowiadywali się, jakie są granice ustępstw kolegów White’a, na czym im najbardziej zależy.
Pod koniec 1945 r. ten sam White został pierwszym szefem Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Szef FBI Hoover dotarł do Trumana z informacją o agenturalnej roli urzędnika. Nowy prezydent orzekł, że jest już za późno na zmianę. Możliwe, że obawiał się skandalu rzucającego cień na całą wojenną politykę demokratów. Politykę wciąż jeszcze niepodważaną totalnie – w zachwytach nad Jałtą uczestniczyli nawet republikanie. Inna sprawa, ile wiedzieli o sekretnej dyplomacji Roosevelta.
Nadszedł, bo nadejść musiał, czas rozliczeń. Siłą rzeczy ich motorem stał się Whittaker Chambers. To symboliczne, ale ten dawny komunistyczny konspirator był jednym z niewielu Amerykanów, którzy przedstawili Jałtę jako zagrożenie, a nie sukces. Napisał o tym artykuł w „Timie” przedstawiający Stalina jako spadkobiercę carów Rosji, potężnego i bezkarnego imperialistę8.
FBI chciało skorzystać z usług Chambersa jako informatora o naturze komunistycznej sieci. Ale obawiano się procesów sądowych, choćby z powodu braku wystarczających dowodów. Innym źródłem była Elizabeth Bentley, pracująca od lat jako kurierka komunistów, związana z nimi poprzez romans z oficerem NKWD. Ona wymieniała 150 nazwisk, w tym 37 urzędników federalnych.
Ostatecznie zdecydowano, że bezpieczniejsze od sądu będą przesłuchania przed Komisją ds. Działalności Antyamerykańskiej Izby Reprezentantów. Tę metodę zastosowano już w 1947 r., po zdobyciu większości w Kongresie przez republikanów, wobec środowiska filmowego. Początkowo chciano tylko dowieść, że jest ono penetrowane przez komunistów. Richard Nixon, obiecujący kongresmen republikański z Kalifornii, pytał, czy Hollywood nakręciło choć jeden antykomunistyczny film. Skończyło się jednak na skazaniu 10 scenarzystów na kary więzienia. Wszyscy byli komunistami, ale odmawiali przyznania się, stąd kara za „obrazę Kongresu”.
Komisja poszła za ciosem, organizując w 1948 r. przesłuchania Chambersa i Bentley. Część nazwisk wskazanych przez oboje się pokrywała. Zaczęto więc wzywać na świadków bohaterów tych relacji. Bardzo nerwowy Harry Dexter White, który odszedł z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, umarł na serce po jednym dniu przesłuchań. Liberałowie uznali go za ofiarę brutalności komisji. Po latach dokumenty potwierdzą jego agenturalną rolę.
W sumie kilkanaście w przeszłości prominentnych postaci publicznych przegrało swoje kariery. Kilka osób trafiło do więzienia – także za fałszywe zeznania. Najbardziej prominentnym świadkiem był Alger Hiss. Początkowo zaprzeczał, jakoby znał Chambersa. Był na tyle przekonujący, że uznano go za oczyszczonego.
Ale Richard Nixon nadal drążył temat. Okazało się, że Hiss użył adwokackiej formułki:
„Nie znałem człowieka o tym nazwisku”.
Chambers jako konspirator używał innego. Jesienią 1948 r., tuż przed wyborami prezydenckimi, sam dziennikarz ujawnił ukryte na jego działce dokumenty, które świadczyły o tożsamości Hissa jako komunisty i agenta. Chambers zrobił to późno, żeby nie wpływać tymi rewelacjami na wynik wyborów prezydenckich. Wygrał je Harry Truman, pomimo prowadzonej już wówczas zdecydowanie antysowieckiej polityki demonstrujący sceptycyzm wobec takich dochodzeń – jako prawowierny demokrata.
Dwukrotnie Hiss stawał przed sądem za krzywoprzysięstwo. Pierwszy proces został unieważniony z powodu braku jednomyślności przysięgłych. W styczniu 1950 r. skazano go na 5 lat więzienia. Jego kariera legła definitywnie w gruzach.
Czasem ci, którzy nawet po latach byli przedmiotem współczucia, okazywali się jeszcze później winni. Dyplomata Laurence Duggan rzucił się w Boże Narodzenie 1948 r. z okna swojego biura na 16 piętrze wieżowca na Manhattanie. Wymieniono go jako komunistę i agenta podczas posiedzenia komisji. Wtedy nawet raport podejrzliwego z reguły FBI uznał Duggana za
„lojalnego urzędnika Stanów Zjednoczonych”.
Program Venona i archiwum Mitrochina pokazały, że jednak szpiegował.
Czym był makkartyzm?
Większość nie została nigdy osądzona. A to oskarżenia się przedawniły, a to nie było wystarczających sądowych dowodów. W tym samym czasie Noel Field, sowiecki agent, który umknął na Węgry, został uznany za agenta amerykańskiego. Zamknięto jego samego, jego brata i jego żonę. Był torturowany, a jego zeznania posłużyły do skazania na śmierć komunistycznych dygnitarzy: Lászla Rajka na Węgrzech i Rudolfa Slánský’ego w Czechosłowacji. Niech każdy porówna jedne i drugie losy.
Bez wątpienia Nixonowi udało się zdemaskować najgroźniejszego komunistycznego agenta. I pokazać, że konspiracja przeciw amerykańskiemu państwu w łonie jego struktur była czymś realnym. Naturalnie zrzucanie linii politycznej USA podczas wojny na kryjących się za kulisami złych ludzi to spiskowe uproszczenie. Decydował Roosevelt uzyskujący do czasu dla swojej infantylnej postawy mocną akceptację narodu, w tym tak specyficznej grupy jak generalicja. George Kennan po latach pracy dla niego nazwie go „dyletantem i ignorantem”. Agenci mogli co najwyżej czynić bezpieczeństwo i interes USA jeszcze mniej hermetycznie chronionymi.
W 1948 r. postawiono przed sądem i skazano na więzienie całe kierownictwo Partii Komunistycznej. Oskarżano tych 11 ludzi o rewolucyjny spisek przeciw rządowi. Zaczęto wykrywać innych szpiegów, choćby małżeństwo fizyków Rosenbergów, którzy mieli swój „wkład” w ujawnienie tajemnic broni jądrowej Sowietom.
Sukces Nixona, wkrótce senatora, a od 1953 r. wiceprezydenta przy Dwighcie Eisenhowerze, stał się wzorem do naśladowania dla innych ambicjonerów. W lutym 1950 r. mało znany senator Joseph McCarthy ogłosił, że jest w posiadaniu listy 205 ludzi, którzy kształtują linię Departamentu Stanu, a są komunistami. Potem wiele razy zmieniał tę liczbę. Tak naprawdę wskazał ledwie kilka osób. Mimo to zdobył rozgłos. Odszedł od tradycyjnego konsensusu, nazywając demokratów „partią zdrady”. W sporach o to, kto dopuścił do zwycięstwa komunistów w Chinach czy dlaczego zaniechano twardej linii podczas wojny w Korei, McCarthy oskarżał jako winnych „różowych” z dyplomacji. Demaskował poszczególne osoby, takie jak Owen Lattimore czy John Stewart Service, faktycznie tolerancyjne wobec komunistów. Ale tak naprawdę decydowało stanowisko Trumana i generała Marshalla, którzy nie wierzyli w pokonanie sił Mao Zedonga.
W 1953 r., po zwycięstwie republikanów w Kongresie, McCarthy stanął na czele Komisji Operacji Rządowych Senatu. Choć miała się ona zajmować czymś innym, spowodował, że poświęciła się tropieniu komunistycznej infiltracji. Szukał dowodów na nią a to w bibliotekach amerykańskich ambasad, które miały udostępniać niewłaściwe książki, a to w instytucjach wojskowych, które miały zatrudniać niewłaściwych ludzi. Głosił, że jeden komunista w instytucjach rządowych to o jednego komunistę za dużo. Ale jego chaotyczne, prowadzone często jednoosobowo, przesłuchania nie demaskowały nikogo ważnego, a czasem zaszczuwały przypadkowe osoby.
Kiedy w 1954 r. wytoczył działa przeciw Departamentowi Obrony obwinianemu przez niego o krycie błędnej decyzji personalnej (chodziło o lewicowego dentystę pracującego dla wojska), przegrał starcie przed kamerami. Republikański prezydent Eisenhower odciął się od niego. Senat potępił go specjalną uchwałą głosami wszystkich demokratów i połowy republikanów. McCarthy rozpił się i zmarł w roku 1957. Często mylnie umieszcza się go w Komisji ds. Działalności Antyamerykańskiej, choć nie miał z nią nic wspólnego. Całą epokę nazywa się od jego nazwiska. Tak naprawdę to jego błędy zahamowały antykomunistyczne dochodzenia, bo odebrały im wiarygodność. Czy to jednak oznacza, że sam proces rozliczeń był zbędny?
Stajemy w obliczu paradoksów. McCarthy wiele razy potępiał Jałtę w sposób bliski spojrzeniu Polaków na te sprawy. A jednak Kongres nigdy tego nie zrobił (…). A jednocześnie to ta (…) Ameryka stanowiła skuteczną ostoję dla wolnego świata.
Był naturalny. Kuriozalne błędy administracji Roosevelta, także kadrowe, zaowocowały taką reakcją. Nawet jeśli niektóre aspekty tej reakcji robiły wrażenie zbiorowego szaleństwa. W kwestionariuszach dla urzędników publicznych służących badaniu ich lojalności zapisywano pytania o znajomości i o lektury książek „nieamerykańskich autorów”. Pominięcie czegoś albo odpowiedź „niewłaściwa” czasem kosztowały posadę.
Można się zastanawiać nad specyfiką purytańskiej zbiorowości skłonnej do chwilowego porzucania dobroduszności na rzecz inkwizycyjnego rygoryzmu. Albo widzieć w tej histerii nieufność pragmatycznego społeczeństwa wobec wszelkich utopii. McCarthy będzie w takim ujęciu eksponentem niechęci środkowo-zachodniej prowincji wobec przemądrzałych, kosmopolitycznych wschodnich elit.
Stajemy w obliczu paradoksów. McCarthy wiele razy potępiał Jałtę w sposób bliski spojrzeniu Polaków na te sprawy. A jednak Kongres nigdy tego nie zrobił, nawet w czasie dominacji republikanów. A jednocześnie to ta nękana traumami, topornie antylewicowa i na dokładkę wewnętrznie skłócona co do kierunków antykomunistycznej strategii Ameryka stanowiła skuteczną ostoję dla wolnego świata. Także dla krajów, które wieści o „polowaniach na czarownice” przyjmowały z zażenowaniem.
Czy mogłaby odegrać tę rolę, gdyby stanęła do nieskrępowanej dyskusji z wrogami wolności? Nigdy dosyć przypominania o kontekście: drugą stroną tej potencjalnej dyskusji bywały osoby, które po prostu zdradziły swój kraj.
Tekst pochodzi z numeru 1-2/2025 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN, placówkach Poczty Polskiej, sieciach EMPIK lub na stronie ksiegarniaipn.pl
1 „New York Times”, 4 X 1998.
2 I. Howe, L. Coser, The American Communist Party. A Critical History, New York 1962, s. 198.
3 P. Boller Jr, The Great Conspiracy of 1933, „Southernwest Review” 1954, nr 39, s. 101.
4 H. Rommenstein, E. Breindel, The Venona Secrets, Washington DC 2000, s. 212–214.
5 Ch. Andrew, W. Mitrochin, Archiwum Mitrochina, t. 1: KGB w Europie i na Zachodzie, tłum. M.M. Brzeska, R. Brzeski, Poznań 2009, s. 195–196.
6 W.A. Harriman, E. Abel, Special Envoy, New York 1975, s. 369.
7 S. Beria, Beria mój ojciec, tłum. J. Waczków, Warszawa 2000, s. 170.
8 „Time” nr 10, 5 III 1945 r., s. 16–20.
