Stefan Pabiś, mimo że w pewnym momencie stał się jedną z ważniejszych postaci poakowskiej konspiracji na Kresach, nie miał w sobie, przynajmniej początkowo, żadnych zadatków na bohatera. Nie był nawet Kresowiakiem z urodzenia. Przyszedł na świat w rodzinie chłopskiej 3 sierpnia 1910 r., w miejscowości Polowa, w powiecie łaskim w zaborze rosyjskim. Miał czterech braci i jedną młodszą siostrę.
Cieśla, żołnierz, sportowiec
Trzeba zaznaczyć, że wychowanie patriotyczne, poza niewątpliwym wpływem domu rodzinnego, odebrał w polskiej szkole w okresie międzywojennym. Edukację w niej rozpoczął w 1918 r. Rodzina Pabisiów przybyła na teren powiatu wołkowyskiego w 1921 r.
Pierwszym miejscem ich zamieszkania była wieś Długopol w gminie Wołpa w powiecie grodzieńskim. Po czterech latach przenieśli się do Rakowszczyzny na pograniczu z powiatem sokólskim, gdzie rodzice Stefana – Andrzej i Zofia – kupili gospodarstwo rolne. Po ukończeniu szkoły podstawowej Stefan kontynuował naukę w gimnazjum w Wołkowysku. Edukację zakończył jednak po dwóch latach, najprawdopodobniej z przyczyn ekonomicznych.
Zapewne z tych samych powodów w 1926 r. zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego. Służbę odbywał w Słonimiu w szeregach 80 pp. Tam też ukończył szkołę podoficerską, uzyskując stopień kaprala łączności. Przeszedł do rezerwy ze stopniem plutonowego. Nie wrócił jednak do domu rodzinnego, ale wyruszył w świat, by zdobyć nowe umiejętności i zawód. Trudno się dziwić, że pierwszym miejscem, do którego trafił, była Gdynia – jedna z najważniejszych inwestycji gospodarczych II RP. Tam uczył się rzemiosła cieśli.
W 1935 r. Pabisiowie przenieśli się do miejscowości Rososzek położonej na terenie Puszczy Świsłockiej, gdzie Stefan założył prywatne przedsiębiorstwo budowlane.
Naukę tę kontynuował także później w Toruniu, do którego przeniósł się w 1931 r. W tym samym roku otrzymał zlecenie wykonania budynków gospodarczych w majątku Biskupie w powiecie Ostrów Mazowiecka. Z zadania musiał wywiązać się bardzo dobrze, ponieważ zdobył zawodowy prestiż, a rok później ożenił się z pochodzącą z rodziny drobnoszlacheckiej Eleonorą Werpachowską. Przez kilka następnych lat mieszkał w domu rodzinnym żony w miejscowości Złotki-Stara Wieś. Tam też przyszli na świat jego dwaj synowie – Zygmunt i Tadeusz. Z uwagi na powiększenie się rodziny zdecydował się po raz kolejny pójść własną drogą.
W 1935 r. Pabisiowie przenieśli się do miejscowości Rososzek położonej na terenie Puszczy Świsłockiej, gdzie Stefan założył prywatne przedsiębiorstwo budowlane. Bardzo szybko dał znać o sobie jego talent manualny i koncepcyjny. Dziełem Stefana Pabisia były zarówno budynki gospodarcze (stodoły, spichlerze) i domy mieszkalne (w tym własny, połączony z małym hotelikiem), jak i kościółek, do którego sam wykonał rzeźby, a nawet lokalne mosty. Młody cieśla stał się w okolicy postacią rozpoznawalną i szanowaną. Był człowiekiem o niespożytej wprost energii i wielkiej pomysłowości.
Mierzący niespełna 160 centymetrów, niepozornej postury, był nie tylko tytanem pracy, ale również mężczyzną o żelaznym zdrowiu i wytrzymałości. W ramach dbałości o swoją kondycję fizyczną regularnie ćwiczył biegi długodystansowe. Na zawody jeździł podobno do Białegostoku. Nie palił papierosów i do wybuchu II wojny światowej nie pił alkoholu. Dobrze zapowiadającą się karierę lokalnego biznesmena przerwała jednak agresja niemiecka.
Uciekinier
Stefan Pabiś wziął udział w kampanii wrześniowej – najprawdopodobniej jako żołnierz jednej z jednostek Obszaru Warownego „Grodno”. Swój szlak bojowy zakończył w oblężonym przez Niemców Lwowie, gdzie garnizon w ramach porozumienia dowództw Wehrmachtu i Armii Czerwonej poddał się ostatecznie Sowietom.
Po kapitulacji Stefan dostał się do obozu jenieckiego w miejscowości Równe, tylko że oficerskiego. Wcześnie bowiem zamienił się na mundur z jednym ze swoich dowódców. Gest ten, jak pokazały kolejne miesiące, mógł go kosztować życie. Ale on nie zamierzał wcale w tej niewoli pozostać. Już kilkanaście dni później zorganizował swoją pierwszą udaną ucieczkę z rąk komunistycznych oprawców:
„Ja byłem taka nieujarzmiona dusza. Niewola na mnie bardzo źle działała – myślę sobie nie: ja tu dłużej nie mogę być. Skontaktowałem się z jednym podporucznikiem z Baranowicz i umówiliśmy się, że będziemy razem wiać, bo to wszystko, co nam tu obiecują – to nie jest to. To się inaczej zanosi. I pewnego wieczoru zwialiśmy. Pamiętam: deszczyk padał. Parkan tam był drewniany. Wyłamaliśmy sztachety i ja trafiłem na stację kolejową. Tam wskoczyłem na lorę – odkryty wagon, którym przewożone były akumulatory, i dojechałem do Kowla”
– opowiadał po latach.
Wolność, niestety, nie trwała zbyt długo. W czasie drogi powrotnej do domu Stefan zatrzymany został przez patrol czerwonej milicji i odstawiony do obozu zorganizowanego na terenie twierdzy brzeskiej – w byłych koszarach 82 pp. Wkrótce znalazł się w transporcie kolejowym do jednego z sowieckich łagrów, położonych gdzieś na wschodzie. I tym razem nie zamierzał jednak godzić się z losem. Na odcinku pomiędzy Baranowiczami a Stołpcami po raz drugi już zorganizował ucieczkę.
„Pociąg zatrzymał się na stacji. Powiedziano nam, że rano będziemy otrzymywać dokumenty. Następne kłamstwo. Rano – żadnych dokumentów nie ma, a my jedziemy na wschód, mijamy jedną, drugą stację, trzecia stacyjka nazywała się Pogorzelce. I tak sobie mówię – ty, Stefan, nie patrz na nic, tylko zwiewaj, póki czas. Mówię – pomóżcie chłopcy dostać się do okna, bo one nie były zakratowane. […]. Stałem przez pewien czas na buforze, a później przesunąłem się, czepiając się różnych prętów pod wagon. Kiedy zrobiło się ciemno, zdecydowałem się puścić”.
W październiku 1939 r. udało mu się w końcu dotrzeć do Wołkowyska, gdzie dowiedział się, że jego rodzina wygnana została z domu rodzinnego i przebywa u jego ojca w Rakowszczyźnie. Tuż przed osiągnięciem celu został zatrzymany po raz kolejny przez żołnierzy Armii Czerwonej. Miał bowiem na sobie cały czas mundur Wojska Polskiego. Tym razem uratował go ojciec, który zwyczajnie przekupił miejscowych sołdatów.
W grodzieńskiej konspiracji
Trudno obecnie odtworzyć początki działalności niepodległościowej Stefana Pabisia. Wiadomo z przekazów rodzinnych, że po ucieczce przed aresztowaniem z Rakowszczyzny znalazł schronienie w Waliłach, gdzie pracował w miejscowym przedsiębiorstwie budowlanym. Rzekomo miał kilkakrotnie przeprowadzać ludzi przez niemiecko-sowiecką granicę, a z terenu Generalnego Gubernatorstwa otrzymywać również prasę konspiracyjną – jakiej proweniencji politycznej, nie wiadomo.
Z zachowanych dokumentów Obwodu ZWZ-AK – AKO Wołkowysk wynika, że do organizacji niepodległościowej wstąpił już kilka tygodni po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej – w połowie lipca 1941 r. Przybrał wówczas pseudonim „Stefan”. Wkrótce objął stanowisko dowódcy 3. plutonu w 2. kompanii terenowej kryptonim „Wdowa”, „Bronia” wystawianej przez II Rejon Obwodu Wołkowysk. Podobnie jak w życiu prywatnym, tak i w działalności konspiracyjnej dał się poznać jako doskonały organizator (m.in. odegrał istotną rolę przy pozyskiwaniu broni porzuconej przez uciekających żołnierzy sowieckich oraz budowie bunkrów – służących jako magazyny broni, punkt nasłuchu radiowego, jak i miejsca schronienia dla poszukiwanych żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego). Brał również udział w szeregu akcji na linie kolejowe Białystok–Wołkowysk oraz w akcji spalenia tartaku w Świsłoczy.
W ramach akcji „Burza” Pabiś zmobilizował swój pluton i razem z 2. Kompanią, dowodzoną przez ppor. Adama Adamonisa „Kła”, uczestniczył w walkach z wycofującymi się jednostkami niemieckimi. „W nagrodę” już na drugi dzień po wkroczeniu Armii Czerwonej (tj. 14 lipca 1944 r.) został zatrzymany tym razem przez NKWD, a następnie przekazany do formującego się w Dojlidach pod Białymstokiem 6. zapasowego batalionu II Armii „ludowego” Wojska Polskiego.
Po nawiązaniu kontaktu z dowództwem AK w Białymstoku, w końcu września 1944 r. Stefan Pabiś zorganizował dezercję z wojska grupy partyzantów (trzecią już od początku II wojny) i powrócił na teren powiatu wołkowyskiego, który prawie w całości znalazł się na wschód od tzw. linii Curzona.
Zagończyk na Kresach
Od tego momentu był już stale poszukiwany i to zarówno przez sowiecki, jak i komunistyczny polski aparat bezpieczeństwa. Ukrywał się wówczas m.in. w gospodarstwie Golika na kolonii Olekszyce w gminie Mścibów. Po rozwiązaniu Armii Krajowej kontynuował działalność niepodległościową w ramach nowej organizacji poakowskiej – Armii Krajowej Obywatelskiej.
W marcu 1945 r. na rozkaz komendanta Obwodu AKO Wołkowysk por. Władysława Piekarskiego „Pika”, „Ordona” rozpoczął tworzenie oddziału partyzanckiego, któremu nadano kryptonim BOA (skrót od nazwy Bojowy Oddział Armii). Początkowo liczył on dwanaście osób. W czerwcu 1945 r. na skutek represji sowieckich liczebność oddziału powiększyła się o dalszych sześciu konspiratorów. W jego skład wchodzili: Stefan Pabiś „Stefan” – dowódca, Edward Kokotko „Wrzos” – zastępca dowódcy, Wacław Borodziuk „Orzeł”, Paweł Piekarski „Żuraw”, Jan Sokołowski „Orlik”, Stanisław Mincewicz „Sówka”, Marian Wiłchowski „Wicher”, Walerian Orliński „Burza”, Henryk Ejsmond „Tyka”, Wacław Sadowski „Sokół”, Stanisław Kozłowski „Gryf”, Wacław Sokołowski „Kruk”, Mieczysław Filipowicz „Ryś”, Stanisław Dankowski „Olcha”, Stanisław Rutkowski „Cimoszenko”, Bronisław Lachowski „Sosna”, Bołtryk „Kos”, Zdzisław Radzinowski „Dąbek”.
Podstawowym zadaniem oddziału dowodzonego przez „Stefana” było zwalczanie agentury sowieckiego aparatu bezpieczeństwa oraz szczególnie groźnych dla społeczności polskiej przedstawicieli lokalnych władz sowieckich. Pabisiowi podlegał w tym czasie jeszcze jeden niewielki oddział partyzancki o kryptonimie „Wicher”, dowodzony przez Dymitra Kozła „Capa”, działający w południowej części powiatu wołkowyskiego. Udane akcje bojowe oddziału BOA sprawiły, że w sierpniu 1945 r. Pabiś otrzymał zarówno awans do stopnia ppor. cz.w., jak i nowe – szczególnie istotne stanowisko – szefa samoobrony Obwodu AKO Wołkowysk (nadano mu także po raz pierwszy Krzyż Walecznych).
W lipcu 1945 r., w związku ze spodziewaną sowiecką operacją przeciwpartyzancką, „Stefan” zdecydował się odskoczyć ze swoim oddziałem dalej na wschód – w rejony nieobjęte tak intensywnymi działaniami operacyjnymi NKWD. Poprzez Międzyrzec i Zelwę dotarł aż pod Słonim.
Jego oddział cały czas występował w sowieckich mundurach jako jednostka NKWD, której zadaniem miała być likwidacja… polskiej partyzantki. W ten sposób udało mu się zdemaskować i zlikwidować kilku groźnych agentów sowieckiego aparatu bezpieczeństwa. Sposób, w jaki Pabiś to czynił, do złudzenia przypominał fragmenty z kart Sienkiewiczowskich powieści.
„Stefan był już przygotowany i tak od pepeszki odjął kolbę tylko z lufą i zamkiem i pełnym bębnem do tego. Wziął do siebie takiego młodziaka, który miał wówczas piętnaście lat i on był w naszym oddziale. Tego chłopaczka ubrali w marynarkę z dorosłego chłopa, tak że jak wziął pistolet w dłoń, to nie było go widać. No i Stefan z »Kosem« zasiedli przy drodze, na której odbywał się największy ruch ludności, w dodatku koło nich, gdzie siedzieli w życie przy drodze, to vis-à-vis przy grobli prowadzone były roboty. Tam było masę furmanek i pieszych, to miało miejsce w biały dzień. Stefan tak komicznie wyglądał, czapkę miał taką, że przez nią włosy mu było widać, płaszcz poobrywany, jakby go sfora psów potargała. Ot stary dziad z przewodnikiem. Kiedy Stefan dostrzegł, że jedzie ww. cwany lis [sowiecki agent], to wyszedł »dziadek z wnuczkiem« na drogę i idą w stronę cwanego lisa. Kiedy się zbliżali do siebie, to cwany lis pilnie im się przypatrywał, kiedy się zrównali, wówczas błyskawicznie spod porwanego płaszcza wyskoczyła lufa pepeszki Stefana i wysadziła z siodła bohatera Związku Radzieckiego”
– wspomina Paweł Lachowski.
W trakcie tego brawurowego rajdu oddział BOA jako jedyny w całym Obwodzie Wołkowysk nie zanotował żadnych strat w ludziach i w końcu sierpnia 1945 r. powrócił na swój macierzysty teren. Zastał tu jednak całkowicie zmienioną sytuację. Dowództwo białostockiej AKO po podporządkowaniu się Delegaturze Sił Zbrojnych podjęło decyzję o wygaszeniu oporu na terenach odciętych na wschód od linii Curzona i ewakuacji istniejących tam jeszcze aktywów organizacyjnych. Jednym z oficerów odpowiedzialnych za sprawny przerzut ludzi został właśnie „Stefan”.
Żołnierze z oddziału BOA i 5 Brygady Wileńskiej AK przed wspólną akcją w Koszalinie; trzeci z prawej Zdzisław Badocha „Żelazny”, 1946 r. (fot. z zasobu IPN)
W zniewolonej Polsce
Realizując rozkaz przełożonych, 23 września 1945 r. Pabiś przeprowadził przez granicę grupę 27 uzbrojonych konspiratorów (w tym 17 żołnierzy z oddziału BOA). Po nawiązaniu kontaktu z inspektorem grodzieńskim WiN w Białymstoku mjr. Władysławem Szymborskim „Rochem” i otrzymaniu od niego dokumentów legalizacyjnych, zdemobilizował swój oddział.
Długą broń, w sumie sześć kabe, jeden SWT, cztery pepesze, jeden MP-43, jeden MG-34 oraz dużą ilość amunicji i granatów ukryto koło wsi Smolna w gminie Narewka. Zarówno „Stefan”, jak i jego podkomendni nie zamierzali jednak definitywnie kończyć swojej służby niepodległościowej.
Najprawdopodobniej za namową Pabisia wszyscy podlegli mu dotychczas partyzanci zgodzili się wspólnie udać do Gdańska w celu znalezienia miejsca do tymczasowego zalegalizowania się w Polsce rządzonej przez komunistów. Po odbiorze w siedzibie Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w Białymstoku bezpłatnych biletów kolejowych, w końcu października oddział wołkowyski wyjechał na Wybrzeże – najpierw do Trójmiasta. Nie pozostał tam jednak zbyt długo. Odebrawszy kolejny już raz wsparcie finansowe z tutejszej placówki PUR, skierował się następnie do Koszalina, gdzie w delegaturze miejscowego urzędu repatriacyjnego zetknął się z Reginą Żelińską „Reginą” – łączniczką mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.
Stosunkowo szybko udało mu się nawiązać kontakt z nielicznymi już członkami siatki poakowskiej i uzyskać informacje o ostatnich aresztowaniach, które w listopadzie 1945 r. doszczętnie zniszczyły kadrowy obwodowy ośrodek dowodzenia konspiracji wołkowyskiej.
Wykorzystując jej kontakty, uzyskał przydział trzech warsztatów stolarskich oraz delegację do osiedlenia się w miasteczku Bobolice. Tam w listopadzie 1945 r. po kierownictwem Stefana Pabisia żołnierze oddziału BOA założyli spółdzielnię pracy „Robotnik”. Przez kolejnych kilka tygodni grupa pozostawała w tzw. uśpieniu – czekając na rozkazy organizacji białostockiej WiN. W grudniu „Stefan” opuścił swoich podkomendnych i wyjechał na spotkanie z mjr. „Rochem” do Białegostoku. W jego trakcie otrzymał rozkaz kontynuowania działalności niepodległościowej, w tym zbierania informacji wywiadowczych od ludności polskiej napływającej zza linii Curzona. Najważniejszym zadaniem, jakie przed nim postawiono, było jednak przejście z uzbrojonym patrolem na teren Obwodu Wołkowysk, z którym w listopadzie 1945 r. komenda białostocka WiN utraciła definitywnie łączność. Po powrocie do Bobolic i spędzeniu tam świąt Stefan Pabiś wraz z towarzyszącymi mu Edwardem Kokotką „Wrzosem” oraz Stanisławem Kozłowskim „Gryfem” wyruszył z powrotem do Białegostoku.
Po odebraniu tam ostatnich wytycznych przeszedł granicę na wysokości Jałówki. Stosunkowo szybko udało mu się też nawiązać kontakt z nielicznymi już członkami siatki poakowskiej i uzyskać informacje o ostatnich aresztowaniach, które w listopadzie 1945 r. doszczętnie zniszczyły kadrowy obwodowy ośrodek dowodzenia konspiracji wołkowyskiej. Po zebraniu informacji dotyczących represji sowieckich „Stefan” rozpoczął przygotowania do powrotu. Podobnie jak we wrześniu 1945 r. postanowił przy okazji przeprowadzić ponaddwudziestoosobową grupę ukrywających się przed NKWD byłych członków AK-AKO z placówek: Mścibów, Świsłocz, Porozów.
Początkowo cała dobrze zaplanowana operacja przebiegała bez kłopotów. Już po polskiej stronie wołkowyscy konspiratorzy natknęli się jednak przypadkowo na dwóch funkcjonariuszy wojsk pogranicznych NKWD. Niestety, „Stefan” uległ namowom konspiratorów wołkowyskich i puścił wolno obu Sowietów, co już wkrótce zemściło się na całej grupie. Po zamelinowaniu długiej broni prowadzeni przez ppor. „Stefana” członkowie organizacji wołkowyskiej dotarli w komplecie do stacji w Waliłach w powiecie sokólskim, gdzie ukryli się w jednym ze składów towarowych. Tam też otoczyła ich obława NKWD zorganizowana w wyniku meldunku owych dwóch pograniczników.
Spośród całej grupy z okrążenia udało się wyrwać jedynie dwóm ludziom: Stefanowi Pabisiowi oraz Edwardowi Kokotce „Wrzosowi”. Była to więc już czwarta udana ucieczka „Stefana” – tym bardziej nieprawdopodobna, że dokonana przez niego w trudnych warunkach zimowych i to pomimo postrzału otrzymanego w kręgosłup. Po dotarciu do Białegostoku, aż do początku maja 1946 r., ukrywał się on w gospodarstwie rodziny swojej żony w miejscowości Złotki-Stara Wieś.
Pabiś przez cały czas utrzymywał jednak łączność z inspektorem grodzieńskim WiN, od którego zresztą pobierał stałą pensję jako funkcyjny członek komendy Obwodu WiN Wołkowysk. Do Bobolic powrócił dopiero w maju 1946 r., tuż po tym, gdy część jego podkomendnych ukrywających się na Pomorzu dołączyła do 5. szwadronu 5. Brygady Wileńskiej AK dowodzonego przez ppor. Zdzisława Badochę „Żelaznego”. W przeciwieństwie do nich nie odniósł się jednak entuzjastycznie do propozycji wejścia w skład tejże jednostki, optując wyraźnie za pozostaniem grupy w strukturach białostockiego WiN-u. 18 maja, ostrzeżony przez funkcjonariusza UBP Tadeusza Pycia (współpracownika grupy BOA), ledwo uniknął aresztowania przez UBP. Korzystając z punktów kontaktowych siatki wileńskiej, ukrywał się początkowo w Malborku, a następnie w Pasłęku, gdzie od pracownika miejscowej agendy PUR – Kazimierza Rafalskiego udało mu się uzyskać niezbędne do dalszej działalności dokumenty repatriacyjne oraz skierowanie dla swoich podkomendnych do pracy w Lidzbarku Warmińskim.
W połowie października 1946 r. Stefan Pabiś zatrzymany został piąty już raz – razem z Wacławem Sokołowskim „Krukiem” i Józefem Dąbrowskim przez miejscową bezpiekę. I tym razem jednak zbiegł.
Ostatecznie osiadł jednak w Szczytnie, gdzie podjął starania o zalegalizowanie podległego sobie patrolu na podobnych warunkach, jak to miało miejsce wcześniej w Bobolicach (chodziło w tym przypadku o wyremontowanie i przejęcie młyna znajdującego się na obrzeżach miasta). Tam też udało mu się ukryć przez następnych kilka miesięcy. W tym czasie liczący już tylko trzech żołnierzy patrol grupy BOA dokonał z jego rozkazu ostatniej akcji finansowej – podejmując z kasy spółdzielni w Lidzbarku Warmińskim 250 tys. zł, które w znacznej części przekazane zostały dowództwu białostockiego WiN-u.
W połowie października 1946 r. Stefan Pabiś zatrzymany został piąty już raz – razem z Wacławem Sokołowskim „Krukiem” i Józefem Dąbrowskim przez miejscową bezpiekę. I tym razem jednak zbiegł (piąty raz) w trakcie konwojowania do WUBP w Olsztynie w iście kaskaderski sposób. Na jednym z zakrętów, kiedy kierowca ciężarówki wiozącej więźniów zwolnił, „Stefan” i jego podkomendni wyskoczyli w biegu na szosę, razem z siedzącymi im na kolanach funkcjonariuszami UBP. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, zniknęli w pobliskim lesie.
W wieku 89 lat Stefan Pabiś postanowił ostatni raz odwiedzić swoje rodzinne strony w powiecie wołkowyskim. Dokonał tego w charakterystyczny dla siebie sposób – przechodząc nielegalnie przez zieloną granicę.
Do amnestii w 1947 r. ukrywał się głównie na terenie powiatu ostrowskiego (w miejscowościach Złotki i Perysie). Ujawnił się 21 kwietnia 1947 r. jako członek komendy Okręgu Białostockiego WiN (szef wydziału propagandowego) – co nie było prawdą. Nie ukrywał się – ale jawnie prowadził zakład stolarsko-ciesielski w Szczytnie, nie mając już kontaktów z działającą w regionie konspiracją niepodległościową. Stąd też jego aresztowanie 30 stycznia 1948 r. – szóste już na przestrzeni blisko dziewięciu lat – było dla komunistycznej bezpieki zadaniem stosunkowo prostym. W pierwszym procesie, który odbył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Olsztynie, otrzymał 2 grudnia 1949 r. wyrok dziesięciu lat więzienia. Na mocy rewizji złożonej przez prokuraturę, podczas ponownego posiedzenia sądu pod przewodnictwem kpt. Karola Ratajczaka 30 czerwca 1950 r. zmieniono go jednak na dwukrotną karę śmierci.
Decyzją z 12 września 1950 r. Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał ten wyrok w mocy. Na ułaskawienie przez Bieruta (z zamianą na dożywocie) Stefan Pabiś czekał aż do 5 października tegoż roku. Karę więzienia odbywał w zakładzie karnym w Barczewie. 9 marca 1955 r. Najwyższy Sąd Wojskowy zmniejszył mu wymiar kary do sześciu lat i ośmiu miesięcy więzienia. Ostatecznie wyszedł on na wolność 16 marca 1955 r. Kiedy zjawił się w domu w Szczytnie – żona przywitała go charakterystycznym dla jego całej drogi życiowej pytaniem – „co, znowu uciekłeś?”.
Epitafium dla bohatera
W roku 1999 (a więc w wieku 89 lat) Stefan Pabiś postanowił ostatni raz odwiedzić swoje rodzinne strony w powiecie wołkowyskim. Dokonał tego w charakterystyczny dla siebie sposób – przechodząc nielegalnie przez zieloną granicę. Zatrzymany przez milicję białoruską w Świsłoczy podczas drogi powrotnej – przekazany został polskiej Straży Granicznej, która z racji wieku puściła go wolno.
Stefan Pabiś zmarł 12 sierpnia 2003 r. i do dzisiaj pozostaje postacią praktycznie nieznaną, pomimo że jego prawdziwy naszpikowany wyjątkowymi sytuacjami życiorys z powodzeniem mógłby konkurować z losami ogólnie znanego – ale za to całkowicie fikcyjnego agenta 007.
Tekst pochodzi z numeru 5/2023 „Biuletynu IPN”
