Przegrana wojna z Niemcami wywołała wśród Polaków paletę negatywnych uczuć i emocji – rozpacz, zwątpienie, przygnębienie, rozgoryczenie, apatię. Znienawidzono rządzących. Winą za porażkę obarczano sanacyjną ekipę, która szermowała hasłem, że wrogowi „nie oddamy ani guzika”. Niemiecki Blitzkrieg i sowiecki cios w plecy boleśnie zweryfikowały te mrzonki. Mimo heroicznych bojów, polska regularna armia uległa agresorom; ostatnie walki stoczyła pod Kockiem między 2 a 6 października 1939 r. Minorowe nastroje rodaków potęgowały powojenne zniszczenia i niedobory, a zwłaszcza terror brunatnego i czerwonego okupanta, znaczony setkami tysięcy ludzkich dramatów.
Zjawisko to szkodziło sprawie odzyskania niepodległości. Przebywające w Paryżu legalne władze Rzeczpospolitej oraz ich wojskowe i cywilne ekspozytury w kraju podjęły działania na rzecz scalenia narodu i odbudowy jego ducha (mimo to rozliczano system sanacyjny i jego ludzi, trwały spory i tarcia polityczne). Było to ważne nie tylko ze względu na terror najeźdźców, lecz także animowaną przez nich propagandę, która zmierzała do osłabienia morale Polaków. Odezwy rządu RP, komunikaty, konspiracyjna prasa, broszury, ulotki itp. mobilizowały do oporu i jedności z ekipą gen. Władysława Sikorskiego. Na przykład w wydanej w grudniu 1939 r. w Warszawie broszurze Czy wrzesień 1939 r. okrył niesławą naród polski? jeden z twórców konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polski (działalność tej wojskowej organizacji kontynuował Związek Walki Zbrojnej, przekształcony później w Armię Krajową) płk Stefan Rowecki „Grot” krytykował sanacyjne kierownictwo polityczne i wojskowe, a jednocześnie wskazywał na ofiarność polskich żołnierzy. Podkreślił konieczność dalszej walki całego narodu o niepodległość.
Skuteczność tego rodzaju starań była ograniczona przez okupacyjną rzeczywistość. O nastrojach rodaków tak pisał w styczniu 1940 r. dowódca SZP gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski w liście do swego wojskowego zwierzchnika gen. Kazimierza Sosnkowskiego:
„Wstrząs wrześniowy w bezpośrednich skutkach swoich poza światem pracy, wsią i młodzieżą, która względnie najmniej załamała się moralnie – przeważającą większość reszty społeczeństwa albo negatywnie nastroił do wszystkiego poza krytyką, i to plotkarską, albo wydobył na wierzch najbrzydsze cechy, jak tchórzostwo, upozorowane ostrożnością, egoizm itp.”.
Narkotyk czasu wojny
Z czasem Polacy zaczęli przepracowywać wrześniową traumę, którą po obu stronach sowiecko-niemieckiej linii demarkacyjnej zastępowała nadzieja na korzystną zmianę przebiegu wojny. Mniej było w tym racjonalnego myślenia, a więcej zaklinania rzeczywistości. Królowały plotki, pogłoski i proroctwa, potęgowane przez brak informacji. Dyrektor szpitala w Szczebrzeszynie, Zygmunt Klukowski, notował jesienią 1939 r.:
„Po mieście krąży mnóstwo najrozmaitszych pogłosek i plotek zupełnie nieprawdopodobnych. Im bardziej jakaś wiadomość jest sensacyjna, tym chętniej i szybciej zostaje przyjęta i rozpowszechniona. Ludzie zatracają przy tym wszelki krytycyzm”.
Zimą z 1939 na 1940 r. okupowane Kresy Wschodnie obiegło „proroctwo św. Andrzeja Boboli”, które obiecywało, że Sowieci wyjdą z Polski 7 lub 9 stycznia 1940 r. Najbardziej znana była „przepowiednia Wernyhory”. Według proboszcza z Dobropola (wsi w ówczesnym województwie tarnopolskim), ks. Józefa Anczarskiego, wierzono w nią jak w Ewangelię. Wieszczyła m.in., że
„Krzyż splugawiony [czyli swastyka – red.] razem z młotem padnie/Zaborcom nic nie zostanie”
i powstanie Polska „od morza do morza”.
Te fantasmagorie przekazywano sobie bardzo szybko – od ucha do ucha. Budziły nadzieję na lepszą przyszłość, bo teraźniejszość była potworna. Walka z nimi była ciężka, gdyż jak pisała mieszkająca wówczas we Lwowie historyk sztuki, żołnierz ZWZ-AK i 2 Korpusu Polskiego Karolina Lanckorońska:
„ludzie ich używali jako narkotyków, od których, jak wiadomo, trudno odzwyczaić kogokolwiek”.
Każda nowa kampania wojenna, w jaką się wikłali okupanci, budziła nadzieje na odwrócenie tragicznego położenia Polski. Po raz pierwszy nastąpiło to podczas tzw. wojny zimowej, jaką ZSRS prowadził przeciwko Finlandii od listopada 1939 do marca 1940 r. Początkowe niespodziewane sukcesy Finów wywołały złudzenia o możliwości pokonania Kraju Rad, który – jak wierzono – rychło upadnie, co zakończy okupację ziem wschodnich RP. Lanckorońska notowała:
„Wojna Finlandii z Sowietami również napełniała wszystkich nadzieją i wiarą w jakąś urojoną słabość Rosji, za to kapitulacja i koniec tego epizodu wywołały ogromne przygnębienie”.
„Słoneczko wyżej, Sikorski bliżej”
Polacy mimo to czekali. Królowała nadzieja, że odrodzenie Niepodległej przyjdzie wiosną 1940 r. – wraz z ofensywą aliantów.
„Słoneczko wyżej, Sikorski bliżej”
– mówiono wtedy. Stan ówczesnych nastrojów oddał ks. Anczarski, który pod datą 1 stycznia 1940 r. napisał:
„Nowy Rok. Wiążą Polacy z tym Nowym Rokiem tak wiele nadziei. Niech tylko zima ustąpi, niech tylko osuszą się pola. Francja i Anglia z wiosną runą lotem błyskawicy na Niemcy i rozbiją to nienasycone państwo, i ukarzą za zbrodnię wywołanej wojny. Przetrwać do wiosny. […] Szerokie masy wierzą, że wojna będzie krótka. Najwyżej do żniw i koniec. […] Rok 1940 będzie szczęśliwy dla Polski. To jasne jak słońce”.
Polscy żołnierze w czasie ćwiczeń we Francji, 1939 - 1940. Kopia cyfrowa pozyskana do IPN ze Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce
Dywizja Grenadierów Wojska Polskiego we Francji - obchody święta 3 Maja i uroczystość nadania miana Grenadierów odbywające się przy szosie Autreville-Martigny, 1940. Defilada. Na trybunie w pierwszym szeregu od prawej: Prezydent RP Władysław Raczkiewicz, gen. Władysław Sikorski, gen. E. Requin, ambasador Howard Kennard, ambasador Leon Noel (fot. Czesław Datka, ze zbiorów NAC)
Klukowski notował, że w kraju chyba nigdy nie było tak smutnego Sylwestra:
„Nie składano sobie innych życzeń, jak tylko wyzwolenia z niewoli. Bo też ciąży nam ona coraz bardziej”.
Ale choć wyjątkowo mroźna i śnieżna zima mijała, na politycznym horyzoncie niewiele się zmieniało. Pocieszano się myślą, że okupacyjne mass media nie mówią prawdy, a alianci skrycie przygotowują frontalny atak.
Rząd RP w Paryżu wiedział, że w okupowanym kraju panują nieuzasadnione nadzieje na szybki koniec wojny. Obawiano się, że w zderzeniu z rzeczywistością spowodują one
„głębokie rozczarowanie i jako nieuchronny skutek depresję moralną i atmosferę zniechęcenia”.
Kładziono więc nacisk na konspirację długofalową i oddziaływanie na Polaków w duchu konieczności długiego trwania w warunkach okupacji.
Gdy w kwietniu 1940 r. Niemcy uderzyli na Norwegię, wydawało się, że wreszcie ulegną połączonym siłom sprzymierzonych, z którymi ramię w ramię walczyli także Polacy m.in. z Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Ale po dwóch miesiącach batalii Wehrmacht odniósł kolejne, choć okupione ciężkimi startami, strategiczne zwycięstwo. Lanckorońska pisała:
„Tymczasem szła wiosna, ta wiosna tak upragniona, tak oczekiwana, a z nią zamiast wyzwolenia straszna wiadomość – że alianci opuścili Norwegię! A więc to jeszcze nie koniec, jeszcze się to przeciągnie!”.
Podcięte skrzydła
Wiosną 1940 r., zamiast wyśnionej i wymarzonej ofensywy aliantów, zachodnia Europa przeżywała dni grozy. Niemcy błyskawicznie pokonali Belgię i Holandię, a następnie (10 maja) zaatakowali Francję, w której Polacy pokładali największe nadzieje. Wierzyli w nią niezłomnie – z przywiązania do niej i podziwu, w jakim zostali wychowani. Decydowała o tym także pamięć o historycznych związkach Francji z Polską i bohaterstwie jej żołnierzy podczas I wojny światowej. W okupowanym kraju mało kto zdawał sobie sprawę z defetystycznych nastrojów, jakie panowały wśród Francuzów okopanych za Linią Maginota (uważano, że te fortyfikacje są nie do zdobycia) i prowadzących wespół z Wielką Brytanią tzw. dziwną wojnę, w której działania zaczepne wobec Niemców były ograniczone praktycznie do zera. Polacy nie ufali brunatnej propagandzie i wierzyli, że pokonanie III Rzeszy jest bliskie.
Zaskakująco szybka kapitulacja Francji (22 czerwca 1940 r.) podcięła Polakom skrzydła. Świadkowie pisali o „uderzeniu w dno” i „ostatecznej klęsce”. Wiara w zwycięstwo aliantów została poważnie zachwiana. Nastroje, jakie w tamtych dniach panowały w okupowanym kraju ilustrują wspomnienia członka „Kedywu” AK i uczestnika powstania warszawskiego Stanisława Likiernika:
„Pamiętam, że wiadomość o kapitulacji Francji uderzyła nas jak grom z jasnego nieba. [...] Wszystko się waliło. Rozpaczaliśmy, ale w głębi duszy wierzyłem (niezbyt racjonalnie), że nie wszystko skończone. […] Francja – nasz sojusznik, ojczyzna Napoleona – rozpadła się jak domek z kart. […] Dzień ten był najsmutniejszy i najbardziej trudny moralnie do zniesienia. Wszechpotęga Niemców wydawała się ugruntowana”.
Podobne emocje targały Polakami na emigracji. Przykładowo, urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Stanisław Schmitzek wspominał:
„Dla nas zamknięty został drugi rozdział księgi cierpień. Nie pozostało nic z naszych marzeń i nadziei”.
Nadzieje na szybkie odzyskanie wolności prysły wtedy jak mydlana bańka. Szokująca klęska Francji zmroziła krew w żyłach Polaków, którzy ponownie stali się zakładnikami pesymizmu. Jego pokłady były nawet większe niż po Wrześniu ’39. Wielu ludzi zupełnie się załamało i zwątpiło w zwycięstwo. Inni uzmysłowili sobie, że pokonanie Niemiec długo nie nastąpi. Optymiści łudzili się, że
„to potrwa jeszcze rok, może nawet dwa lata”.
A Niemcy triumfowali. Na cześć zwycięstwa nad Francją kazali np. bić w Dzwon Zygmunta, który tradycyjnie rozbrzmiewa tylko z okazji wyjątkowych wydarzeń. Mimo gorącego, czerwcowego dnia krakowianie zamykali okna i zatykali uszy, by go nie słyszeć. Tuż po upadku Francji co najmniej kilkudziesięciu z nich popełniło samobójstwo.
Nowe pokłady nadziei
Gdy Francja zawiodła nadzieje Polaków, ich nową „oblubienicą” została Wielka Brytania. Wierzono, że jest niepokonana. Bitwa o ten kraj rozpoczęła się 8 sierpnia 1940 r. Świat wstrzymał oddech. Opanowanie Wysp Brytyjskich przez Wehrmacht byłoby wyrokiem śmierci dla walczącej z Hitlerem koalicji. W tym także dla władz RP, które ewakuowały się tam z Francji w drugiej połowie czerwca 1940 r. Echa tych zmagań docierały do okupowanej Polski.
„Wtedy zrodził się mój podziw dla Wielkiej Brytanii i Churchilla. Bez Anglii ponieślibyśmy prawdziwą i ostateczną klęskę”
– zapamiętał Likiernik.
Polacy łączyli się w duchu z rodakami-lotnikami walczącymi z Luftwaffe nad Wyspami Brytyjskimi. Jak zanotowała przebywająca wtedy w Krakowie Lanckorońska:
„Nasza miłość do Anglii wzmagała się wówczas z każdą godziną. Była w niej i wiara, i nadzieja, i troska bezmierna, trwoga o jej przyszłość i zazdrość, że Anglia może walczyć otwarcie o swój byt i o byt Europy”.
W 20. rocznicę „cudu nad Wisłą” 15 sierpnia 1940 r. kardynał Adam Sapieha odprawił mszę św. w kościele Mariackim w Krakowie. Zrozumiano, że w stolicy Generalnego Gubernatorstwa modlił się o „cud nad Tamizą”. Nastroje sięgały zenitu. Podobno jesienią 1940 r. podczas spaceru z dzieckiem na Plantach zemdlała pewna kobieta, która dowiedziała się od znajomego o „kapitulacji Anglii” (faktycznie do niej nie doszło).
Ale byli również tacy – dla jednych malkontenci, a dla innych realiści – którzy twierdzili, że Brytyjczycy są narodem praktycznym, że „teraz nas lubią” i potrzebują krwi Polaków, bo niechętnie przelewają oni krew własną, a później zmienią to stanowisko. Takie osoby były poddane ostracyzmowi.
Tak zwana bitwa o Anglię przeciągnęła się do października 1940 r. i nie przechyliła szali zwycięstwa na stronę aliantów zachodnich. Ważne było jednak to, że Niemcy nie opanowali Wysp Brytyjskich. Jedno było pewne – że Polacy będą się długo zmagali z okrutną rzeczywistością.
„Niezmiernie wyczerpuje nas nerwowo życie z dnia na dzień, ciągły niepokój i niepewność, co z nami będzie już nie za miesiąc czy za tydzień, lecz nawet za godzinę”
– pisał we wrześniu 1940 r. Klukowski. Oczekiwano „tego upragnionego zdarzenia”, które rozstrzygnie losy globalnego konfliktu na niekorzyść okupantów.
Bogu dzięki, mamy wojnę
I stało się. 22 czerwca 1941 r. III Rzesza zaatakowała ZSRS. Wierzono, że starcie dotychczasowych sojuszników – militarnych potęg jest punktem zwrotnym tej wojny. Tylko nieliczni uważali ten konflikt za katastrofę. Kalkulowali, że jeśli zwyciężą w nim Niemcy, staną się siłą nie do pokonania, a okupacja potrwa lata. Zwycięstwo Sowietów będzie zaś oznaczało zbolszewizowanie całej Polski.
Wśród rodaków dominowały jednak radość i przekonanie, że nastąpił przełom, na który czekali od Września ‘39. Ksiądz Anczarski pisał:
„Dzięki Ci Boże za tę wojnę. Ginęliśmy w udrękach, a oto pierwszy znak wolności. […] Imperium zbrodni i zła kopnięte butem niemieckim rozsypie się na miazgę”.
Duchowny pragnął, by ta nowa wojna nie skończyła się błyskawicznie, by
„te dwie potęgi zniszczyły się nawzajem w walce ze sobą, aby potem tym łatwiej odrodziła się Polska”.
W „Biuletynie Informacyjnym”, czyli organie prasowym ZWZ-AK, pisano 26 czerwca 1941 r.:
„Panu Bogu chwała i dziękczynienie za to, że ręce jednego z naszych wrogów rażą wroga drugiego, a obaj – zwycięzca i zwyciężony – spłyną obficie krwią, wyniszczą się i wyczerpią”.
W czerwcu 1941 r. w kościołach Krakowa wierni na kolanach dziękowali Stwórcy za wojnę na wschodzie. Lanckorońska notowała:
„Polacy szaleli. – Ta granica, nasza krwawa linia Ribbentrop-Mołotow, która przepołowiła Polskę, z dniem dzisiejszym istnieć przestaje! Myśl, że ta straszna »granica« w tej chwili znika, i to już raz na zawsze, napełniła nas szałem radości. Niech tam Niemcy idą w głąb Rosji po to pyrrusowe zwycięstwo, które ich tam czeka. Już stamtąd nie wrócą, bo tymczasem alianci ich wykończą na zachodzie. A my teraz już wracamy na wschód – do Lwowa, tam, gdzie należymy”.
Polacy wierzyli, że Sowieci odeprą Niemców, ale ich nie pokonają. Wyczerpią jednak ich zasoby ludzkie i materiałowe, a wtedy ostateczny cios zadadzą III Rzeszy alianci zachodni, którzy przyniosą Polsce wolność.
Czas boleśnie zweryfikował te złudzenia – nie pierwszy i nie ostatni raz w tej wojnie. Choć Hitler został pokonany, po 1945 r. pół Europy znalazło się pod butem Stalina. Wtedy Polacy znów zaczęli marzyć o Niepodległej.
