Znany niemiecki filolog żydowskiego pochodzenia Victor Klemperer przeżył wojnę w Berlinie dzięki swojej niemieckiej żonie, która (mimo nacisków władz) zdecydowanie odmawiała rozwodu. Jej właśnie zadedykował swoją najważniejszą książkę „Lingua Tertii Imperii. Notatnik filologa”, pisząc:
„Bez Ciebie nie byłoby tej książki, a i nie byłoby też od dawna tego, który ją napisał (…) Ty wiesz, a i ślepy by poznał, kogo mam na myśli, kiedy swoim słuchaczom mówię o heroizmie”.
W środku II wojny światowej, w Berlinie – stolicy totalitarnego państwa, realizującego politykę Zagłady Żydów – na ulicy Rosenstraße przez kilka dni odbywała się demonstracja niemieckich kobiet w obronie aresztowanych żydowskich mężów. Mimo gróźb użycia broni, kobiety nie dały się zastraszyć, choć przecież musiały się bać.
Wraz z nasilającymi się prześladowaniami niemieckich Żydów, z coraz liczniejszymi deportacjami i krążącymi pogłoskami o eksterminacji Żydów na wschodzie, liczba rozwodów w małżeństwach mieszanych wzrosła i była o 20% wyższa od przeciętnej.
Ten odważny czyn podważa często powtarzaną narrację, że sprzeciw wobec nazistowskich prześladowań Żydów mógł mieć jedynie symboliczny wymiar, gdyż zawsze był bezskuteczny. Kobiety z berlińskiej Rosenstraße udowodniły, że opór może przynieść skutek nawet w warunkach systemu totalitarnego – ich żydowskich mężów uwolniono, żaden z nich nie zginął.
Mischehe – problem mieszanych małżeństw
Zgodnie z prawem III Rzeszy mianem Mischehe określano mieszane małżeństwa żydowsko-niemieckie. Historycy niemieccy szacują, że w samym Berlinie w czasie wojny było ich ok. 10 tys. Od 1935 r. władze niemieckie naciskały na niemieckich współmałżonków, próbując wymusić na nich decyzję o rozwodzie.
Fakt posiadania niemieckiego współmałżonka nie dawał Żydowi gwarancji, ale znacznie podnosił prawdopodobieństwo przeżycia. Wiele jednak zależało od postawy współmałżonka. Wraz z nasilającymi się prześladowaniami niemieckich Żydów, z coraz liczniejszymi deportacjami i krążącymi pogłoskami o eksterminacji Żydów na wschodzie, liczba rozwodów w małżeństwach mieszanych wzrosła i była o 20% wyższa od przeciętnej. Dramatyczne decyzje często podejmowane były przez obydwoje małżonków w obawie o los całej rodziny, a szczególnie dzieci.
Wielkie Piekło
18 lutego 1943 r. Josef Goebbels napisał w swoich Dziennikach:
„Postawiłem sobie za cel, aby do połowy, najpóźniej do końca marca Berlin stał się miastem wolnym od Żydów”.
Deportacje odbywały się coraz częściej i obejmowały coraz więcej żydowskich mieszkańców Berlina. Ze 160 tys. żydowskich berlińczyków wiosną 1943 r. pozostało już jedynie 35 tys. – w tym nadal ok. 5-7 tys. z mieszanych małżeństw. Od początku 1943 r. wszyscy oni zostali zmuszeni do pracy w ponad 100 zakładach.
27 lutego rozpoczęła się akcja „wyłapywania” i aresztowania Żydów, również tych, którzy mieli niemieckich współmałżonków. Berliński rabin Martin Riesenburger, nazwał tę akcję „Grosse Inferno” (wielkim piekłem).
27 lutego rozpoczęła się akcja „wyłapywania” i aresztowania Żydów, również tych, którzy mieli niemieckich współmałżonków. Uczestnik tych wydarzeń, berliński rabin Martin Riesenburger, nazwał tę akcję „Grosse Inferno” (wielkim piekłem). W Berlinie aresztowania objęły ok. 11 tys. osób. Tych, którzy żyli w mieszanych małżeństwach, ulokowano w budynku dawnej gminy żydowskiej przy ul. Rosenstraße. Ich liczbę szacuje się na ok. 2 tys. osób, byli to głównie mężczyźni.
„Oddajcie nam naszych mężów”
Warunki pobytu w budynku przy Rosenstraße opisuje jeden z aresztowanych, Siegfried Cohn:
„pomieszczenia były zatłoczone, ludzie spali na podłodze, a toalety były w opłakanym stanie”.
Informacja o tym, gdzie przetrzymywani są żydowscy współmałżonkowie, szybko rozeszła się po Berlinie. Od początku marca na Rosenstraße zaczęły zbierać się kobiety – żony aresztowanych. Przynosiły jedzenie i żądały informacji o swoich bliskich, krzyczały:
„oddajcie nam naszych mężów”.
Jedna z nich, Elsa, żona aresztowanego Rudiego Holzera, wiele lat później wspominała:
„myślałam, że będę tam jedyna. Ale gdy dochodziłam, zobaczyłam zbiegowisko. Ludzie napływali tam od szóstej rano! Uliczka była pełna! To tylko mała, wąska uliczka. Ale była czarna od ludzi. Głównie kobiety…”.
Charlotte Rosenthal zapamiętała scenę, której była świadkiem:
„w pobliżu mnie stała kobieta ze swoim bratem, żołnierzem Wehrmachtu w mundurze. Podszedł nagle do esesmana i powiedział: jeśli mój szwagier natychmiast nie zostanie uwolniony, nie wrócę na front”.
Inna uczestniczka protestu Charlotte, żona Juliusa Israela, kilkadziesiąt lat później opowiadała o demonstracji 6 marca, która była punktem kulminacyjnym protestu:
„Sytuacja pogarszała się. Esesmani wycelowali w nas karabiny maszynowe (…), ale wtedy po raz pierwszy zaczęliśmy krzyczeć »mordercy!«” Wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego – karabiny maszynowe zostały usunięte. Przed obozem zapanowała cisza, słychać było tylko odosobnione szlochy”.
W ciągu tygodnia protestów kilkakrotnie grożono demonstrującym rozstrzelaniem. Zgodnie z prawem III Rzeszy wszelkie zgromadzenia publiczne były zakazane. Historycy szacują, że na Rosenstraße demonstrowało w różnych momentach od 100 do 1000 osób. Czasem przyłączali się przechodnie i wtedy liczba demonstrantów mogła dochodzić nawet do 5 tys.
6 marca większość aresztowanych została zwolniona. Do domu wrócił również Julius Israel.
„Nie wyglądał na bardzo zadbanego, ale gdy zwróciłam uwagę, że był ogolony, roześmiał się i powiedział: w przeciwnym razie wyglądałbym jak Żyd”
– wspominała jego żona.
W tym samym czasie ok. 7-8 tys. aresztowanych w Berlinie Żydów zostało deportowanych do KL Auschwitz, większość została od razu stracona.
Pamięć
Nie jest do końca jasne, dlaczego władze ustąpiły. Być może klęska pod Stalingradem zmieniła chwilowo hierarchię spraw, być może ustąpił sam Hitler, który był przekonany, że popularność i poparcie społeczne jest główną podstawą władzy politycznej.
Minister propagandy Josef Goebbels napisał w swoim dzienniku 6 marca, że na Rosenstraße rozegrały się
„niemiłe sceny (…). Ludność zebrała się w dużej liczbie, a po części stanęła nawet trochę w obronie Żydów”.
I dalej:
„wydałem SD polecenie, nie przeprowadzać ewakuacji Żydów akurat w tak krytycznym momencie. Lepiej odczekajmy jeszcze parę tygodni, potem będziemy mogli przeprowadzić całą sprawę tym bardziej gruntownie”.
Do tematu aresztowania żydowskich współmałżonków władze nie powróciły już do końca wojny.
W ciągu tygodnia protestów kilkakrotnie grożono demonstrującym rozstrzelaniem. Zgodnie z prawem III Rzeszy wszelkie zgromadzenia publiczne były zakazane.
Mimo ogromnego sukcesu protestu kobiet, wydarzenie to pozostawało kompletnie nieznane i niezbadane aż do końca lat 80., kiedy to amerykański historyk Nathan Stoltzfus napisał artykuł o demonstracji w gazecie „Die Zeit”. Jego tekst wywołał wiele kontrowersji i pytań: czy protest naprawdę doprowadził do uwolnienia więźniów? A może po prostu odpowiadało to planom Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy? Faktem jest, że demonstrujące kobiety z pewnością nie znały planów RSHA, widziały za to wycelowane w siebie karabiny maszynowe i z pewnością czuły strach.
Prof. Stoltzfus uważa, że Niemcy nie chcieli przyznać, że skuteczny opór wobec terroru nazistowskiego był możliwy, bo wtedy pojawia się pytanie: dlaczego więcej Niemców nie znalazło w sobie takiej odwagi?
