„Bolszewicy niczego tak bardzo się nie boją na świecie, jak strzałów, strzałów wśród... ciszy. Oni doskonale rozumieją, jakiego rodzaju moralnym echem odbić się może podobny strzał. Po co utrzymują ten ogromny aparat policyjny? Największy na świecie. [...] psychiczne działanie bolszewizmu, jak każde tego rodzaju, wymaga ciszy i skupienia. Nie da się chloroformować pacjenta, gdy ten się rzuca; nie da się hipnotyzować w atmosferze krzyku, hałasu, a tym bardziej huku strzałów. Jeżeli to co przeżywamy w tej chwili podobne jest do złego snu, to czy ze snu nie najłatwiej wyrwać kogoś hukiem? Materialne znaczenie strzału sprowadza się jedynie do kawałka ołowiu, który trafia w ciało. Ale huk wystrzału, to jego moralne znaczenie o wiele większe od poprzedniego i niezależne, czyś trafił, czy chybił”
– Józef Mackiewicz, Droga donikąd.
Wybory 1947 – czyli początek końca
Sfałszowane przez komunistów pierwsze powojenne wybory do Sejmu Ustawodawczego spowodowały, że większość trwających w konspiracji i oddziałach leśnych żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego straciła ostatnią, realną perspektywę na uratowanie choćby resztek demokracji i wolności. Polska pozbawiona pomocy ze strony zachodnich aliantów została sama, wystawiona na łup sowieckiego zaborcy. Dominującymi odczuciami wśród żołnierzy stały się zmęczenie i wypalenie. Większość z nich była członkami organizacji Wolność i Niezawisłość, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, Konspiracyjne Wojsko Polskie.
Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, jeden z ostatnich dowódców działających na Lubelszczyźnie, zapisał w swoim pamiętniku:
„Był to okres poamnestyjny. Duch oporu wśród ludności cywilnej upadł niemal całkowicie. Komuniści głosili: nie będzie wojny! Rząd się utrwalił i tak już pozostanie! Narobiło się mnóstwo szpiclów i wrogów. I co gorsze, to UB-eki porobili szpiclów z naszych ludzi […] pozostała przy mnie tylko mała grupka ludzi, którzy nie ujawnili się podczas kwietniowej amnestii w 1947 r., lecz postanowili z własnej woli walczyć do ostatka z komunistycznym wrogiem”.
Trzeba było nie lada odwagi, by świadomie decydować się na dalszy opór, gdy sytuacja geopolityczna wydawała się beznadziejna; potrzebna była też przenikliwość, by nie dać się zwieść przedłożonej wówczas przez stronę komunistyczną amnestyjnej ofercie. Tylko pozornie stwarzała ona możliwości Żołnierzom Wyklętym zalegalizowania się w nowej rzeczywistości. Jej celem nie był wcale ich powrót do domu, ale złamanie oporu najbardziej zdeterminowanej, patriotycznej części polskiego społeczeństwa.
Sfałszowane przez komunistów wybory do Sejmu Ustawodawczego spowodowały, że większość trwających w konspiracji i oddziałach leśnych żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego straciła ostatnią, realną perspektywę na uratowanie choćby resztek demokracji i wolności.
O konsekwencjach zdania się na łaskę i niełaskę komunistów już wkrótce miało przekonać się wielu konspiratorów. Siłą fizyczną, presją psychiczną i szantażem zmuszano ich do współpracy z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego. Dla wielu oznaczało to upadek moralny – zostawali zdrajcami. Inni szybko wracali w szeregi ostatnich leśnych z nadzieją, że resort bezpieczeństwa o nich zapomni. Tymczasem na podstawie pozyskanych w wyniku akcji amnestyjnej danych (m.in. z ankiet amnestyjnych) komunistyczny aparat bezpieczeństwa miał już wszystkie atuty w ręku. To po jego stronie pozostawała bezsprzecznie cały czas inicjatywa operacyjna, a nie po stronie podziemia niepodległościowego. Jedyny możliwy, tragiczny dla „ostatnich leśnych”, finał tej rozgrywki był tylko kwestią czasu.
Rok 1948 – czas wielkich polowań
Pomimo nikłej nadziei na konflikt międzynarodowy, który jako jedyny mógłby hipotetycznie przynieść jeszcze Polsce wyzwolenie spod sowieckiej opresji, stanowisko dowództw dwóch najważniejszych organizacji polskiego podziemia (WiN i NZW) wobec amnestii nie było jednoznaczne. Zdecydowały o tym liczne dowody wiarołomstwa wśród żołnierzy, jak i brak skrupułów w stosowaniu represji przez stronę komunistyczną.
Żołnierze mieli dokonywać samodzielnych wyborów, na własną odpowiedzialność. Takie postawienie sprawy spowodowało faktyczny rozpad konspiracji poakowskiej i spore osłabienie obozu narodowego. Były jednak i takie organizacje, gdzie całe struktury szczebla okręgowego świadomie decydowały się na dalszą walkę. Nieprzypadkowo w tym gronie znalazły się eksterytorialne struktury kresowe, okręgi: Tarnopolski, Wrocławski, Okręg Jelenia Góra-Zachód oraz Wileński. Ich członkowie, pozbawieni ojcowizny, nie mieli już nic do stracenia, przede wszystkim jednak byli pozbawieni jakichkolwiek złudzeń co do planów sowieckiego okupanta względem Polski. Poza „burtą amnestyjną” pozostały także III Komenda KWP oraz cztery stosunkowo silne struktury NZW: Okręg XV – Białostocki (były to Komendy Powiatowe „Podhale” – na pograniczu powiatów: Łomża, Ostrołęka i Ostrów Mazowiecka, „Mazur” – w powiecie Wysokie Mazowieckie, oraz „Burza” – w powiecie Bielsk Podlaski), część Okręgu XIII – Podlaskiego, Okręg XVI – Warszawski oraz tzw. 11. Grupa Operacyjna NSZ (nazywana także umownie 23. Grupą Operacyjna NOW) – obejmująca zachodnie tereny byłego Podokręgu Północnego AK.
Potrzebna była przenikliwość, by nie dać się zwieść przedłożonej wówczas przez stronę komunistyczną amnestyjnej ofercie. Tylko pozornie stwarzała ona możliwości Żołnierzom Wyklętym zalegalizowania się w nowej rzeczywistości.
Oprócz nich w terenie, zwłaszcza na tzw. ścianie wschodniej, pozostały także resztki licznych niegdyś oddziałów partyzanckich wywodzących się zarówno z kręgów Zrzeszenia WiN, jak i formacji obozu narodowego. Na Lubelszczyźnie były to m.in. grupy dowodzone przez kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, Romana Dawickiego „Lonta”. Na Białostocczyźnie oddziały kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, Stanisława Grabowskiego „Wiarusa” z NZW, a na Kielecczyźnie Aleksandra Młyńskiego „Drągala”. Na Rzeszowszczyźnie Adama Kusza „Adama” z NZW, na Podhalu Stanisława Ludzi „Harnasia” – dowódcy grupy „Wiarusy” pozostałej po Zgrupowaniu Błyskawica mjr Józefa Kurasia „Ognia”, a w Krakowskiem żołnierze Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej dowodzonej przez Stanisława Piórę „Emira” i wiele innych.
Liczebność tych oddziałów w żadnym razie nie stanowiła już realnego zagrożenia dla władzy komunistycznej (oscylowała w granicach około tysiąca żołnierzy). Z pewnością jednak miała dla obydwu stron znaczenie propagandowe. Dla reżimowej stanowiła doskonały pretekst do kontynuowania niewspółmiernych już do poziomu realnego zagrożenia represji, dla społeczeństwa – czytelny dowód wciąż tlącego się oporu.
Pierwsze zmasowane uderzenie komunistycznego resortu bezpieczeństwa nastąpiło już w rok po wygaśnięciu amnestii. Wymierzone było przede wszystkim w struktury konspiracyjne szczebla okręgowego. W wyniku operacji o kryptonimach: „P”, „Z”, „X”, „Radwan” – przypominających wielkie „polowania z nagonką” – rozbite zostały w zasadzie wszystkie wojewódzkie i ponadwojewódzkie ośrodki oporu. Tylko w lipcu 1948 r. siły Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i Milicji Obywatelskiej (liczące każdorazowo po kilka tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy) brały udział w 2027 akcjach przeciw partyzanckich, dopuszczając się wielokrotnie aktów przemocy wobec ludności cywilnej, nawet dzieci.
Lata 1949–1955 – koniec spójnych struktur konspiracyjnych
Kolejny rok – 1949 – przyniósł już tylko „dożynanie” pozostałości struktur ponadpowiatowych. Po tym nastał czas konspiracji „wyspowej”, kilkuosobowych, odizolowanych grup zbrojnych, coraz bardziej nastawionych przede wszystkim na przetrwanie, aniżeli na aktywną działalność zbrojną.
Żołnierze mieli dokonywać samodzielnych wyborów, na własną odpowiedzialność. Takie postawienie sprawy spowodowało faktyczny rozpad konspiracji poakowskiej i spore osłabienie obozu narodowego. Były jednak i takie organizacje, gdzie całe struktury szczebla okręgowego świadomie decydowały się na dalszą walkę.
W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych były one po kolei wybijane przez komunistyczny resort bezpieczeństwa. Sierżant Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój” zginął 13 kwietnia 1951 r., 6 października 1951 r. Edward Taraszkiewicz „Żelazny”. Niedługo po nim, 14 października, Stanisław Kakowski „Kaźmierczuk”. W 1952 r. zginęli: 22 marca – Stanisław Grabowski „Wiarus”, 10 kwietnia – Piotr Burdyn „Kabel”, 18 kwietnia – chor. Hieronim Rogiński „Róg”, 24 kwietnia – Hieronim Mioduszewski „Deska”, 11 maja – sierż. Adama Ratyniec „Lampart”, 27 sierpnia – kpt. Stanisław Cieślewski „Lipiec”, 16 września – Franciszek Kmiołek „Mundek”. Kolejne lata były dla antykomunistycznego podziemia równie tragiczne. W 1953 r. zginęli: 22 maja 1953 r. – Stanisław Przybylak „Marianna”, 5 lipca – por. Wacław Grabowski „Puszczyk”, 11 listopada – Stanisław Grajek „Mazur”, 27 grudnia – Leon Majchrzak „Dzięcioł”, w 1954 zaś: 10 czerwca – Kazimierz Dyksiński „Kruczek”, 12 sierpnia – Marian Borys „Czarny”, 23 sierpnia – mjr Jan Tabortowski „Bruzda”, a 29 stycznia 1955 r. – Jan Sałapatek „Orzeł”.
Warto podkreślić, że spora grupa spośród wymienionych dowódców w chwilach ostatecznej próby decydowała się na popełnienie samobójstwa, dając tym samym ostatnie, niezwykle głębokie świadectwo odpowiedzialności za los tych wszystkich, którzy udzielali im wcześniej pomocy i wsparcia.
Nie wszyscy mieli jednak tyle „szczęścia” i szansę na wybór heroicznego rodzaju śmierci. Wielu dowódców padło ofiarą coraz bardziej wysublimowanych kombinacji operacyjnych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, w których główne role odgrywali niestety ich byli współtowarzysze broni, wysługujący się teraz komunistom. W ten sposób dokonano aresztowań m.in. kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, Jana Kmiołka „Wira”, „Fali” czy też Kazimierza Parzonki „Zygmunta” i Ludwika Danielka „Bojara”. Ich los był z góry przesądzony, a przewody sądowe zamieniano na spektakle propagandowe, których głównym założeniem było upokorzenie i zohydzenie dotychczasowych przeciwników.
Czas „odinoczek”
Po likwidacji ostatnich kilkuosobowych grup-patroli nastał ostatni etap rozprawy z żołnierzami polskiego podziemia antykomunistycznego. Stosując nomenklaturę sowiecką, można określić go mianem „czasu odinoczek” – pojedynczych żołnierzy ukrywających się przed UB. Byli wśród nich przedstawiciele wszystkich najważniejszych struktur konspiracyjnych – tacy bohaterowie, jak: Józef Franczak „Lalek” (WiN), Andrzej Kiszka „Dąb” (NZW), Michał Krupa „Wierzba” (NZW), Stanisław Marchewka „Ryba” (WiN), Józef Cieśla „Topór” (BCh), Antoni Dołęga „Znicz” (WiN), Jaworski Stanisław „Upiór” (KWP), Romuald Korwek „Orzech” (NZW).
Liczebność tych oddziałów w żadnym razie nie stanowiła już realnego zagrożenia dla władzy komunistycznej (oscylowała w granicach około tysiąca żołnierzy). Z pewnością jednak miała dla obydwu stron znaczenie propagandowe.
Odpowiedzi na pytanie, dlaczego właśnie ci konspiratorzy znaleźli się w tym elitarnym gronie, jest tyle, ile ich poznanych już życiorysów. Z pewnością wszyscy posiadali pewien zestaw cech wspólnych, dzięki którym udawało się im przetrwać w podziemiu przez kilkanaście lat. Najistotniejsze było doświadczenie konspiracyjne, mówimy bowiem o ludziach, którzy służbę publiczną – a za taką należy uznać służbę w podziemnym wojsku – rozpoczynali jeszcze w okresie okupacji niemieckiej.
Konieczność przystosowania się do życia „poza nawiasem społeczeństwa”, wyrobienie w sobie odpowiednich nawyków i standardów zachowań w relacjach z otoczeniem, stałe – mimo zmęczenia – utrzymywanie zasad konspirowania, dawały im przewagę nad innymi. Większość z nich próbowała już wcześniej zalegalizować się w ramach kolejnych oferowanych przez komunistów amnestii: w roku 1947, 1952 czy też w 1956. Wszyscy, w wyniku nacisków ze strony aparatu bezpieczeństwa, zmuszeni byli do powrotu do konspiracji, z której w zasadzie nie mogli już wyjść. Łączyło ich też pochodzenie społeczne – większość żołnierzy konspiracji antykomunistycznej, jak i ci ostatni z ostatnich, wywodziło się z kręgów chłopskich. Te prowincjonalne korzenie pozwalały im na tak długie trwanie w ukryciu, wśród przyjaznego, często wzmocnionego więzami rodzinnymi, otoczenia.
Przyjęło się wiązać symboliczny koniec zbrojnego oporu wobec reżimu komunistycznego w Polsce ze śmiercią Józefa Franczaka. Czy jednak jest to teza w pełni wiarygodna?
Choć nie mogli już prowadzić aktywnej działalności zbrojnej, świadomie lub bezwiednie dawali świadectwo ciągłości oporu na tym ostatnim etapie. Na próżno starali się za wszelką cenę zniknąć z horyzontu konsekwentnie poszukującej ich bezpieki. Reżim komunistyczny nie miał zwyczaju zapominać o swoich najbardziej zdeterminowanych wrogach, którzy mogli oddać jeszcze ten jeden symboliczny „strzał wśród ciszy”. Kolejno ginęli w walce: Stanisław Marchewka „Ryba” (4 marca 1957 r.), Józef Franczak (21 października 1963 r.), bądź też wpadali w ręce komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, jak Andrzej Kiszka (31 grudnia 1961 r.) czy Michał Krupa (11 lutego 1959 r.). Na szczęście dla nich minął już czas spektakli i zbrodni sądowych.
Czekały ich jednak długie lata spędzone w więzieniach – w zasadzie bez szansy na jakąkolwiek przyszłość. Najdłużej ukrywającym się, znanym dzisiaj, żołnierzem podziemia był Antoni Dołęga, który zmarł w ukryciu z przyczyn naturalnych w 1982 r. Był niewątpliwym szczęściarzem, który w zniewolonym przez komunistów państwie, jakim była PRL, do końca pozostał prawdziwie wolny.
„Ludzie-cienie”
Od wielu już lat przyjęło się wiązać symboliczny koniec zbrojnego oporu wobec reżimu komunistycznego w Polsce ze śmiercią Józefa Franczaka. Czy jednak jest to teza w pełni wiarygodna? W konspiracji pozostawała przecież nadal bliżej nieznana grupa konspiratorów, którzy skutecznie ukrywali się przed ścigającymi ich funkcjonariuszami UB/SB. Jan Biedul „Dziewanowski”, żołnierz konspiracji augustowsko-grodzieńskiej z placówki Kurianka po ujawnieniu się 4 kwietnia 1947 r. w PUBP w Augustowie postanowił zapaść się pod ziemię. Osiadł w drugim końcu Polski, w Prudniku, pod fałszywym nazwiskiem Dziewanowski, a jego rodzina rozpuściła informację o tym, że wydostał się za granicę i wyjechał do Kanady. Jeszcze w latach sześćdziesiątych funkcjonariusze SB starali się różnymi sposobami złamać tę rodzinną zmowę milczenia, przechwytując np. wracające ze szkoły dzieci jego brata. Bezskutecznie. Jan Dziewanowski dożył w spokoju 1989 r.
Drugim reprezentantem tej samej kategorii „ludzi-cieni” jest Paweł Piekarski „Żuraw”, żołnierz Bojowego Oddziału Armii z Obwodu AK-AKO Wołkowysk. Uczestnik wielu spektakularnych akcji bojowych z wiosny–lata 1945 r., m.in. udanego przebicia się przez tzw. linię Curzona we wrześniu 1945 r., i kontynuator dalszej walki z komunistami w Bobolicach (Pomorze Zachodnie – m.in. we współpracy z 5 Brygadą Wileńską AK), na Warmii i Mazurach. Nigdy się nie ujawnił, po rozwiązaniu oddziału ukrył się w Gryficach, posługując się fałszywymi dokumentami jako Paweł Lachowski. Jeszcze w latach osiemdziesiątych oficerowie SB starali się uzyskać na jego temat informacje. Rozpytywali też sąsiadów o kontakty ppor. Stefana Pabisia „Stefana”, byłego dowódcy Piekarskiego. Niczego się nie dowiedzieli – on również doczekał końca komuny.
Ilu im podobnym udała się ta niebywała wręcz w państwie totalitarnym sztuka zniknięcia – nie wiemy. Z pewnością jednak to właśnie ich historie w symboliczny sposób wiążą dzieje podziemia antykomunistycznego z czasami współczesnymi; im należy się prawo do „ostatniego strzału wśród ciszy”.
Tekst pochodzi z numeru 10/2023 „Biuletynu IPN”
