Kolegia do spraw wykroczeń były organami karno-administracyjnymi. Istniały od 1951 roku i rozpatrywały czyny niebędące przestępstwami, ale zagrożone karą.
W okresie PRL ich członków kolegiów wybierały rady narodowe – z grona osób zamieszkałych lub pracujących na danym terenie zgłoszonych przez organizacje społeczne i zawodowe. Nadzór administracyjno-organizacyjny nad kolegiami sprawował w tym czasie minister spraw wewnętrznych.
Kolegia utworzono przy urzędach dzielnicowych, miejskich i wojewódzkich. Po reorganizacji (w stanie wojennym, pod koniec 1982 roku) funkcjonowały kolegia rejonowe oraz wojewódzkie, a od 1990 roku kolegia działały jedynie przy sądach rejonowych. Były one ciałami społecznymi. W okresie PRL ich członków wybierały rady narodowe – z grona osób zamieszkałych lub pracujących na danym terenie zgłoszonych przez organizacje społeczne i zawodowe. Nadzór administracyjno-organizacyjny nad kolegiami sprawował w tym czasie minister spraw wewnętrznych.
W 2001 roku – na mocy uchwalonej cztery lata wcześniej nowej konstytucji – kolegia zlikwidowano, a ich kompetencje przejęły sądy grodzkie.
Wykroczenia i totalitaryzm
W walce z opozycją lat siedemdziesiątych władze PRL wykorzystywały nie tylko Służbę Bezpieczeństwa czy – w mniejszym zakresie – Milicję Obywatelską, lecz również ludowy „wymiar sprawiedliwości”. Działaczy opozycji przedsierpniowej szczególnie chętnie stawiano przed kolegiami ds. wykroczeń pod zarzutami popełnienia takich czynów, jak: udział w nielegalnym zgromadzeniu, zaśmiecanie miejsc publicznych poprzez rozrzucanie ulotek, wznoszenie okrzyków czy nielegalne zbiegowiska.
Pod koniec października 1980 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zalecało swym funkcjonariuszom „zintensyfikowanie działań” przeciwko kolportażowi wrogich opracowań. Osoby rozrzucające nielegalne druki miały być stawiane przed kolegiami za zaśmiecanie miejsc publicznych, ci zaś, którzy naklejaliby ulotki – za uszkadzanie mienia publicznego.
Peerelowskie władze – coraz bardziej uzależnione od zachodnich kredytów – wolały bowiem wówczas podejmować „działania o charakterze porządkowo-zapobiegawczym”, niż wytaczać osobom „prowadzącym działalność antysocjalistyczną” procesy karne, co mogłoby się odbić szerszym echem w zagranicznych mediach.
Podobne metody stosowano również (choć na zdecydowanie mniejszą już skalę) po powstaniu NSZZ „Solidarność”. Na przykład pod koniec października 1980 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zalecało swym funkcjonariuszom „zintensyfikowanie działań” przeciwko kolportażowi wrogich opracowań. Osoby rozrzucające nielegalne druki miały być stawiane przed kolegiami za zaśmiecanie miejsc publicznych, ci zaś, którzy naklejaliby ulotki – za uszkadzanie mienia publicznego.
W związku z tzw. marszem gwiaździstym, planowanym przez Komitet Obrony Więzionych za Przekonania na 17–22 sierpnia 1981 roku, zamierzano nawet wprowadzić tryb przyspieszony w kolegiach, które rozpatrywałyby wykroczenia jego organizatorów i uczestników.
Starczy jeden kamień i jeden milicjant
W stanie wojennym rola kolegiów ds. wykroczeń (podobnie jak „wymiaru sprawiedliwości” w ogóle) w represjonowaniu niepokornej części społeczeństwa znacząco wzrosła. To właśnie wtedy anegdotyczna w odniesieniu do kolegiów stała się opinia, że do skazania wielu uczestników ulicznych manifestacji
„starczy jeden kamień i jeden milicjant”.
Tylko w okresie stanu wojennego kolegia ds. wykroczeń ukarały na podstawie dekretu o stanie wojennym ponad 207 tys. osób, w tym karą aresztu blisko 4,3 tys.
Byłego działacza rolniczej Solidarności Edwarda Małeckiego skazano pod koniec 1982 roku za to, że jechał traktorem w czapeczce z napisem „Solidarność”. Karą było 20 tys. złotych grzywny (przeciętna miesięczna płaca brutto w tym roku wynosiła nieco ponad 11 600 złotych).
Byłego działacza rolniczej Solidarności Edwarda Małeckiego skazano pod koniec 1982 roku za to, że jechał traktorem w czapeczce z napisem „Solidarność”. Karą było 20 tys. złotych grzywny (przeciętna miesięczna płaca brutto w tym roku wynosiła nieco ponad 11 600 złotych).
Zdecydowana większość represjonowanych (blisko 80 proc.) nie przestrzegała wprowadzonej 13 grudnia 1981 roku godziny milicyjnej, ponad 10 proc. z kolei nie nosiło przy sobie dowodu osobistego, a jedynie mniej więcej 3 proc. skazano za udział w strajku lub innej akcji protestacyjnej. Karano również za inne „wykroczenia”.
Na przykład byłego działacza rolniczej Solidarności Edwarda Małeckiego skazano pod koniec 1982 roku za to, że jechał traktorem w czapeczce z napisem „Solidarność”. Karą było 20 tys. złotych grzywny (przeciętna miesięczna płaca brutto w tym roku wynosiła nieco ponad 11 600 złotych) z zamianą – w przypadku jej niezapłacenia – na trzy miesiące aresztu.
* * *
Powyżej przykład wyroku kolegium ds. wykroczeń, typowy dla drugiej połowy lat siedemdziesiątych. Sprawa dotyczyła dwóch działaczy warszawskiej opozycji związanych z Komitetem Obrony Robotników: Zbigniewa Romaszewskiego i Henryka Wujca.
W oskarżeniu chodziło o rozdawanie ulotek informujących o głodówce, która była wyrazem solidarności z prześladowanymi sygnatariuszami Karty 77 w Czechosłowacji oraz działaczami opozycji w Polsce; głodówka ta miała miejsce w stołecznym kościele św. Krzyża od 3 do 10 października 1979 roku. Prezentowany dokument nie jest oryginalnym tekstem wyroku, lecz informacją sporządzoną przez SB. Jej funkcjonariusze pilnie obserwowali przebieg spraw przed kolegiami, toczącymi się zresztą często z ich inspiracji.
Tekst pochodzi z numeru 1/2013 Biuletynu IPN „Pamięć.pl”
