Heniek, z którym żeśmy zdobyli rosyjską radiostację, miał mieszkanie, bo rodzice jego już nie żyli, zginęli w 1944 roku w maju, w czasie tego wielkiego bombardowania Lublina przez Sowietów […]. Tylko został „Plumpek” [brat, Tadeusz Niewiadomski] i Heniek. I Heniek się krył, bo już mocno w tym podziemiu zawiązany, a ten gnojek, panie, on płakał, on by zrobił największą rolę filmową, jakby trzeba było płakać, tak umiał płakać, a swoje, co trzeba było, to robił, wiedział. Zastrzeliłby pana nie wiadomo kiedy.
Heńka wzięli!
„Plumpek” wpadł do mnie do szkoły, ja byłem na lekcjach, i krzyczy: „Heńka wzięli”, to ja błyskawicznie zorganizowałem pięciu chłopców. Ja taki byłem trochę jakiś, że mi zaufali. Mieliśmy z czasów okupacji niemieckiej swojego dorożkarza, który przewoził nam różne rzeczy, nazywał się Wacek Pawelec, i ja go zawołałem, że mamy być na dole, na ulicy Szewskiej.
Żeśmy się wszyscy w pięciu zebrali. „Oliwę” [Ryszarda Suprę] znaleźli w kawiarni, jak sobie popijał, zresztą pseudonim sam mówi, że był chłopak smakoszem. I to wszystko zebraliśmy i weszliśmy do szpitala. Tam był słynny chirurg w szpitalu szarytek, profesor Zakryś. No i my wpadliśmy, ja zostałem z porządną armatą w portierni. Wszyscy do szpitala wchodzili, nikt ze szpitala nie wychodził – kto wszedł, to zostawał w portierni.
No i tamtych ludzi posadziłem, nie miałem żadnych kajdanek, nic. Więc na chłopów jest jeden jedyny sposób, którego nas też uczyli robić – odepnę panu portki, guziki wszystkie oberwę, pasek zabiorę i zostawię pana z takimi rozpiętymi portkami, siedzącego na ziemi. Żebyś pan nie wiem jaki bojownik był największy japoński, to taki wał. Rozumiesz pan. Pierwsze, to pan gacie trzyma, bo panu spadają. Ludzi pełno się robi, z osiem osób, portier siedzi, ja tutaj sam. No co, będę ich strzelał, będę ich wybijał? Zdejmujcie gacie, rozpinajcie portki, obrywaj guziki i siadaj na posadzce, i siedź. No i tak siedzieli.
Oni poszli na górę, tam sale były wielkie, szpitalne, po osiem–dziesięć osób w jednej sali, bo to stary szpital z klasztoru Szarytek. No i Heniek leżał, siedem kul w pachwinie prawej miał, jedna kula przebiła rękę, wybiła mu pistolet z ręki, no i leżał. I doktor Zakryś się znalazł:
„Co wy robicie?”.
A przy nim, przy łóżku siedział facet, żołnierz jakiś bodajże, albo z ORMO, albo z UB, z pepeszą, przy łóżku. No to zawzięli… pepeszy nie zabieraliśmy, bo niepotrzebna nam w tym momencie była. Tylko zamek wzięli.
Dorożka już czekała przed szpitalem. A Maniuś Suszek zepsuł telefony, że w pół Lublina nie działały. Bo się znał na elektryce, a tam niedaleko na ulicach stały szafki blaszane, w których cała centrala była telefoniczna. On to umiał tak zepsuć, że…
No bośmy się bali, bo przy szpitalu było: 200 metrów – NKWD; 150 metrów stała kompania ORMO; 300 metrów stało duże silne powiatowe UB. I my ze środka „gniazda os” im wyjęliśmy chłopaka, co oni myśleli, że go mają, a chcieli go strasznie żywego. No bo radiostacja była u niego w chałupie. I myśmy im, panie… Wściekli się.
Pełno narodu, żelaza kupa
Zaraz wieczorem dostałem cynk, że jak się to skończy wszystko, to na sucho mi to nie ujdzie, będę miał sąd wojskowy, że bez zawiadomienia dowództwa, bez uzgodnienia z nikim zrobiliśmy taką robotę. No i w przeciągu dwóch dni żaden z was nie ma prawa być w Lublinie. Tak się wściekli, tak oszaleli, że Lublin przewrócą do góry nogami, a nas połapią.
Dostałem namiar na leśniczówkę, w kierunku Kraśnika, na oddział porucznika „Romana”. No i nie siadałem na dworcu, bo się bałem, bo mądry byłem. Jak oni tak się wściekali, to ktoś mógł powiedzieć, jak wyglądał, a ten tak, a ten owak. Więc na nogach poszedłem za rzekę, za most, a że przez most pociąg jechał pięć na godzinę […] wskoczyłem do tego pociągu. Tłum ludzi – handlarzy, handlarek, bo to przecież już wyzwolenie, niedawno to niedawno, pół roku, ale wyzwolenie, więc jedni tam, drudzy stamtąd, trzeci… Wsiadłem, dojechałem do tej leśniczówki.
Ze trzy kilometry żeśmy szli. W takiej szkole stacjonowaliśmy. Tam było pełno narodu, żelaza kupa. Przyszedłem, ja byłem w cywilnej kurtce, w takiej w kratkę, a on, „Roman” [Roman Duma], wstaje, taki postawny, w skórze chodził, takiej przedwojennej, pancerniaku. Bo wojsko, pancerniacy, już od podoficerów, skóry mieli do kolan czarne, z zamszowym kołnierzem. On w takiej skórze chodził, z parabelką, broni długiej nie nosił, tylko granaty nosił, torbę, oficerkę, mapnik miał… Aha, no skąd ja jestem? No z Lublina, mówię, z „Jemioły”. A on mówi:
„A, to »Jemioła« was szkolił”.
Ja mówię:
„No »Jemioła« szkolił”.
„A, no to tak. Dobra, w porządku. Dajcie mu coś jeść, dajcie mu coś wypić”.
No bo oni też się dopiero rozkwaterowali, przyszli zmrokiem. Partyzanci mieli ksywę „nocni” albo „cichociemni”, z tego powodu, że naszym życiem była noc. Tak jak nietoperze. A w dzień tośmy byli po kwaterach, po stodołach czy po oborach, żeby nie chodzić, żeby nie było ruchów.
[„Roman” podlegał] „Zaporze”. Bezwzględnie „Zaporze”. Jak nie doszli w akcji „Burza” na Powstanie Warszawskie, też się cofnęli, i po drodze, wycofując się w swoje tereny – Janów Lubelski, Kraśnik, tamte okolice, bo on tam był w NSZ-ecie – wracali na swoje i po drodze spotkali wielką bitwę na wałach. I tam dołączył do tej bitwy po stronie akowców, tam walczył „Zapora”, i wtedy zgłosił swój akces, że on z całym oddziałem…
[…] [„Zapora” to] człowiek najwyższej klasy, jak można o partyzancie. Uważam, że to był żołnierz humanista, rozumie pan. On wielu ludzi, których za gwałty czy za inne, rabunki, można rozwalić, to on nie, proszę pana. Na ewidentnych konfidentów mówił:
„Nie będziemy go… Przyjdzie Polska już niedługo i wtedy za swoje dostanie, za to, co zrobił, to na pewno będzie wisiał. Ale sądy go ocenią”.
To były takie „Zapory” słowa. To był przewspaniały człowiek.
Opracowanie – Artur Kłus, Biuro Edukacji Narodowej IPN
Tekst pochodzi z numeru 3/2024 „Biuletynu IPN”
