W istocie był to rozgrywający się w gmachu sądu wielki spektakl propagandowy, który przybrał formę procesu karnego. Jego cele i znaczenie wykraczały daleko poza osobę i działalność polityczną oskarżonego.
Powrót do kraju
Doboszyński po ponad siedmioletnim pobycie na obczyźnie 23 grudnia 1946 r. potajemnie wrócił do Polski. Przekroczył granicę polsko-czechosłowacką na Olzie w rejonie Pogwizdowa. Chciał gruntownie poznać nową rzeczywistość polityczną kraju. W perspektywie planował stworzenie niezależnego od zagranicy ośrodka politycznego o charakterze narodowym i katolickim.
Sytuację w Polsce określił jako „okupację rosyjską” i rządy „agentury moskiewskiej”, ale był zdecydowanym przeciwnikiem walki zbrojnej z nową władzą, gdyż walka ta – jego zdaniem – prowadziła jedynie do dalszego wyniszczenia narodu. Niektóre z reform przeprowadzonych w Polsce po wojnie uznał za zgodne z jego własnymi koncepcjami. Szansę na odzyskanie przez Polskę niepodległości widział w zwycięskim dla Stanów Zjednoczonych i ich aliantów starciu ze Związkiem Sowieckim, które uważał za nieuchronne.
Kluczową rolę w realizacji „historiozoficznych” założeń procesu odegrały sensacyjne zeznania trzech świadków niemających nic wspólnego z prowadzoną przez Doboszyńskiego działalnością – wymuszone przez funkcjonariuszy MBP (...).
Przez ponad pół roku Doboszyński podróżował po Polsce i odbył kilkadziesiąt spotkań z działaczami narodowymi, katolickimi i osobami niezaangażowanymi politycznie. Niektórych znał jeszcze sprzed wojny. W rozmowach prezentował swoje koncepcje polityczne i gospodarcze oraz sytuację na emigracji, którą oceniał bardzo krytycznie. Sam z uwagą wsłuchiwał się w relacje o wydarzeniach z czasów okupacji niemieckiej i warunkach życia po wojnie. Kilku rozmówców opowiadało o represjach, jakich doznali ze strony nowej władzy.
W większości wypadków spotkani przez Doboszyńskiego ludzie odnosili się do niego z sympatią i życzliwością. Był postacią niezwykle barwną, człowiekiem wybitnie inteligentnym, owianym już legendą i dlatego wzbudzał duże zainteresowanie rozmówców. Z rezerwą traktowano jednak jego koncepcje i plany. Z obawy przed represjami osoby, z którymi rozmawiał, nie były zainteresowane kontynuowaniem w jakiejkolwiek formie działalności konspiracyjnej. Za niebezpieczną uznały nawet próbę stworzenia środowiska dyskusyjnego. Niektórzy rozmówcy wyrażali zdziwienie i niepokój z powodu jego przyjazdu do kraju, radząc mu, by jak najszybciej wyjechał za granicę. 3 lipca 1947 r. w Poznaniu został zatrzymany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
Proces
18 czerwca 1949 r. Adam Doboszyński stanął przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie oskarżony o współpracę z wywiadem hitlerowskich Niemiec od 1933, a od 1945 r. z wywiadem amerykańskim. Rozprawa odbywała się z udziałem publiczności, którą stanowiła wyselekcjonowana grupa osób, w tym liczni dziennikarze i funkcjonariusze UB, wpuszczana na salę sądową na podstawie przepustek. Za przygotowanie procesu byli odpowiedzialni wiceminister bezpieczeństwa publicznego gen. Roman Romkowski, dyrektor Departamentu Śledczego MBP płk Józef Różański i jego zastępca ppłk Adam Humer. Nadzór sprawowało kierownictwo PPR, a potem PZPR, akt oskarżenia zatwierdzili Bolesław Bierut i Jakub Berman.
Podstawę oskarżenia stanowiły wyjaśnienia Doboszyńskiego złożone w czasie trwającego blisko dwa lata śledztwa. Była to historia szpiegowska, z której wynikało, że jego działalność polityczna (w tym wyprawa myślenicka, krytyka polityki gen. Sikorskiego) to wynik niemieckiej inspiracji, a udział w kampaniach polskiej i francuskiej – jedynie kamuflaż. Podczas rozprawy wielokrotnie i konsekwentnie odwoływał zeznania ze śledztwa, dotyczące współpracy z obcymi wywiadami. Wyjaśnił, że do samooskarżenia zmuszono go torturami. W ostatnim słowie podkreślił, że całe jego życie cechowała konsekwentna postawa antyniemiecka. Na zakończenie oświadczył:
„I w tej chwili, w obliczu śmierci, której żąda dla mnie pan prokurator, jako wierzący katolik podtrzymuję z całą mocą tę przysięgę, którą złożyłem już raz na tej sali, najświętszą dla mnie przysięgę na rany i mękę Chrystusa i – dodam w tej chwili – na zbawienie mojej duszy, że nie byłem nigdy na służbie niemieckiej ani amerykańskiej, ani żadnej innej” i prosił o wyrok „oparty na prawie, prawdzie i sprawiedliwości”.
Prokurator płk Stanisław Zarakowski w mowie oskarżycielskiej stwierdził, że był to „proces historyczny”, „pierwszy w dziejach Polski proces, który ujawnił część prawdy o ostatnich dziesięcioleciach naszych dziejów”, „proces warstw skazanych na śmierć przez historię”. Kluczową rolę w realizacji „historiozoficznych” założeń procesu odegrały sensacyjne zeznania trzech świadków niemających nic wspólnego z prowadzoną przez Doboszyńskiego działalnością – wymuszone przez funkcjonariuszy MBP zeznania Stanisława Mierzeńskiego i Witolda Pajora oraz doprowadzonego z aresztu Tadeusza Nowińskiego.
Wynikało z nich, że „wywiad hitlerowski inspirował najwyższe czynniki przedwrześniowej Polski”, dowództwo Armii Krajowej zaś „współpracowało z Niemcami na płaszczyźnie walki przeciwko PPR” oraz „uzgadniało wybuch Powstania Warszawskiego z Niemcami”. Sięgając do kłamstw i oszczerstw, w procesie Doboszyńskiego oskarżano ruch narodowy, Polskę niepodległą, AK i polski wywiad. Nie brakowało rozmaitych insynuacji pod adresem Kościoła.
Wyrok
Sąd pod przewodnictwem ppłk. Franciszka Szelińskiego 11 lipca 1949 r. orzekł, że Adam Doboszyński w okresie od lutego 1933 do maja 1945 r. pełnił funkcję agenta inspiracyjnego niemieckiego wywiadu, a od 9 maja 1945 do 3 lipca 1947 r. działał w interesie i na rzecz anglosaskich kół imperialistycznych, a w szczególności amerykańskiego wywiadu, oraz związanych z nimi polskich faszystowskich ugrupowań emigracyjnych. Dopuścił się zbrodni stanu z art. 85 KKWP i zbrodni z art. 100 KK z 1932 r. i skazany został na karę śmierci. Wyrok wykonano 29 sierpnia 1949 r. o godz. 20.30 w więzieniu Warszawa I na Mokotowie.
Przyjaciel Doboszyńskiego, sądzony w „procesie szesnastu” Zbigniew Stypułkowski, uznał w „Myśli Polskiej”, że proces Doboszyńskiego w niczym nie odbiegał od „klasycznych wzorów procesów moskiewskich”.
Procesowi Doboszyńskiego towarzyszyła niezwykle intensywna kampania propagandowa. Przez ponad trzy tygodnie prasa publikowała obszerne sprawozdania z rozprawy, komentarze, artykuły, a nawet karykatury odnoszące się do jej przebiegu. Wszystkie redakcje gazet codziennych zamieszczały relacje przygotowane przez Polską Agencję Prasową, ukazujące przebieg procesu w sposób tendencyjny i fałszywy. Sprawozdaniom towarzyszyły dziesiątki komentarzy, w których Doboszyńskiego lżono i obrzucano wyzwiskami. Dla ich autorów oskarżony to: „führer myślenicki”, „urodzony łajdak”, „szpieg i konfident hitlerowski”, „polski SS-man”, „pojętny uczeń twórców Oświęcimia i Majdanka”, „polip faszystowski, który latami żerował na organizmie Polski”. Podkreślano, że proces Doboszyńskiego to „proces ogromnej wagi”, „proces polskiego faszyzmu”, „proces nie tylko jednego oskarżonego, to proces systemu doboszyńskich, systemu wrogów ludu i narodu, systemu ludzi bez ojczyzny, systemu sprzedawczyków”.
Proces ten był „wielką i poglądową lekcją historii”, „odsłonił bagno szpiegostwa i zdrady, zdemaskował zdradzieckie oblicze reakcji polskiej”, ujawnił „upadek i ostateczną degenerację całej jego klasy”. I wreszcie „to proces ujawniający jak potrzebne było obalenie kapitalizmu w Polsce”.
W całym kraju zorganizowano tysiące zebrań, na których omawiano przebieg rozprawy. Ważną rolę w kampanii propagandowej towarzyszącej procesowi odegrało Polskie Radio, które relacjonowało kolejne dni rozprawy, ilustrując je fragmentami zmontowanych nagrań.
Po zakończeniu procesu opublikowano (w formie dodatku do tygodnika „Chłopska Droga”) broszurę propagandową Adam Doboszyński – agent hitlerowski, który wpływał na politykę sanacyjnej Polski, a w grudniu 1949 r., w nakładzie 20,5 tys. egzemplarzy, książkę Proces Adama Doboszyńskiego. Stenogram z rozprawy sądowej zawierającą ocenzurowany stenogram procesu (dokonano w nim kilkuset ingerencji), akt oskarżenia i wyrok. Rok później ukazała się sygnowana przez Józefa Zakrzewskiego publikacja Ludzie bez ojczyzny (O procesie Doboszyńskiego).
Proces obserwowano z uwagą w polskich środowiskach emigracyjnych. Londyński „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” ocenił, że „pobił on rekordy komunistycznego zakłamania”.
Podkreślano, że „zgodnie z praktyką komunistyczną” wyrok został oparty na akcie oskarżenia, a sąd nie przywiązywał większej wagi do przebiegu rozprawy i odwołania przez Doboszyńskiego zeznań złożonych w śledztwie. Przyjaciel Doboszyńskiego, sądzony w „procesie szesnastu” Zbigniew Stypułkowski, uznał w „Myśli Polskiej”, że proces Doboszyńskiego w niczym nie odbiegał od „klasycznych wzorów procesów moskiewskich”. W ich historii „odwołanie przyznań składanych w śledztwie przez oskarżonych należy do wypadków wyjątkowych”.
„Dlatego też zeznania Doboszyńskiego na rozprawie […] wywołały wściekłość jej reżyserów. W przedstawieniu zabrakło aktu publicznej skruchy głównego bohatera”
– pisał Stypułkowski.
Post mortem
Po śmierci Doboszyńskiego w jego sprawie zapanowało w Polsce milczenie. Na emigracji natomiast apelowano o rehabilitację. W 1957 r. w wydawanym we Francji miesięczniku „Horyzonty”, poruszony komunikatem o rehabilitacji osiemnastu oficerów Wojska Polskiego skazanych na śmierć i straconych, uczynił to Jędrzej Giertych, a w 1968 r. w londyńskiej „Kronice” Bolesław Świderski. Sprawę Doboszyńskiego przypomniał w 1979 r. na łamach ukazującego się w drugim obiegu kwartalnika „Zapis” Adam Michnik. Pisał o Doboszyńskim jako
„człowieku, który zdemaskował w trakcie procesu sądowego metody stalinowskiego śledztwa, który po śledztwie pełnym tortur umiał zachować niezwykłą godność na sali sądowej. Zamordowany został z wyroku peerelowskiego sądu w 1949 r. pod fałszywym i hańbiącym zarzutem kolaboracji z hitlerowcami i po dziś dzień nie został zrehabilitowany”.
Do dyskusji na temat Doboszyńskiego doszło w prasie oficjalnej w 1983 r. Wśród zabierających głos był Piotr Cebo, który w tygodniku „Tu i Teraz” w rzeczowym artykule podkreślił, że skazano go w 1949 r. na śmierć za przestępstwa, których nigdy nie popełnił. Zamykając dyskusję na temat Doboszyńskiego na łamach tygodnika „Tu i Teraz”, Kazimierz Koźniewski kategorycznie stwierdził:
„Doboszyński agentem niemieckim nie był”.
I dlatego można żądać jego rehabilitacji „z tego tylko zarzutu”. Był on natomiast – zdaniem Koźniewskiego – „postacią groźną i złowieszczą”, „faszyzującym warchołem”, „doboszem polskiego faszyzmu” i dlatego „mowy być nie może o jakiejkolwiek politycznej czy moralnej rehabilitacji Adama Doboszyńskiego”.
Odmienne stanowisko prezentowali epigoni ruchu narodowego. Jeden z nich, Krzysztof Kawęcki, w zakończeniu opublikowanego w 1983 r. w drugim obiegu szkicu biograficznego poświęconego Doboszyńskiemu napisał:
„W całym sfingowanym procesie uderza przede wszystkim wspaniała, bohaterska i święta postawa Doboszyńskiego, którą zachować mógł tylko ktoś, kto nienadaremnie zasługuje na miano WIELKIEGO POLAKA”.
Działania mające na celu sądową rehabilitację Doboszyńskiego zostały podjęte w 1970 r. przez jego siostrę Jadwigę Malkiewicz mieszkającą w Wielkiej Brytanii oraz prawnika dr. Edwarda Muszalskiego (znajomego Doboszyńskiego z okresu przedwojennego i z czasu jego pobytu w Wielkiej Brytanii). Aż do swojej śmierci w 1988 r. dr Muszalski koordynował różne przedsięwzięcia w tej sprawie. Wysiłki te były bezskuteczne, na co decydujący wpływ miały realia polityczne PRL w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX w. Dopiero zmiany polityczne w Polsce w końcu lat osiemdziesiątych spowodowały wniesienie w lutym 1989 r. przez pierwszego prezesa Sądu Najwyższego prof. Adama Łopatkę rewizji nadzwyczajnej od wyroków z 1949 r. w sprawie Doboszyńskiego. Wyrokiem Sądu Najwyższego z 26 kwietnia 1989 r. Adam Doboszyński został uniewinniony od popełnienia zarzucanych mu w 1949 r. czynów.
W wystąpieniu podczas rozprawy w Sądzie Najwyższym adwokat Tadeusz de Virion, wnosząc o uniewinnienie Doboszyńskiego, podkreślił, że zginął on śmiercią męczeńską. Nie był ofiarą błędu czy pomyłki. Został zamordowany, a nie osądzony.
„Prawa i procedury użyto jako narzędzia popełnionego przestępstwa i dokonanej zbrodni zabójstwa”
– mówił obrońca.
W Polsce znajduje się kilka upamiętnień poświęconych Adamowi Doboszyńskiemu. W 50. rocznicę jego śmierci odsłonięto tablicę (upamiętniającą też jego ojca, adwokata i polityka galicyjskiego) umieszczoną na domu przy ul. św. Anny 3 w Krakowie, gdzie się urodził i mieszkał. Jego nazwisko znalazło się na tablicy w gmachu głównym Politechniki Gdańskiej poświęconej Pamięci Polaków Studentów Politechniki Gdańskiej z Lat 1904–1939, Którzy Zginęli za Ojczyznę. W Chorowicach, gdzie przed wojną Doboszyński miał niewielki odziedziczony po ojcu folwark, pamiątkową tablicę odsłonięto 21 sierpnia 2016 r. W miejscowości tej znajduje się też ulica Adama Doboszyńskiego.
Tekst pochodzi z numeru 3/2024 „Biuletynu IPN”
