Nie da się ukryć, że trochę miałem duszę na ramieniu: po pierwsze, gospodarze mogli potraktować „reżimowego pismaka” za wtykę i zwyczajnie pogonić; po drugie, miałem świadomość, że ten dom jest z pewnością „pod opieką” SB, więc i moja obecność zostanie odnotowana. I co do tego wcale się nie pomyliłem.
Wizytę poprzedziłem telefonem, bo skoro moją powinnością dziennikarską było informowanie opinii publicznej, to miałem przecież prawo do nawiązania kontaktu nawet z przedstawicielami opozycji antysocjalistycznej na wsi. Towarzysz Szumowski z Wydziału III-1 Komendy Stołecznej MO, który służbowo zajmował się wrogą działalnością Kęcików, odnotował potem, że 25 września 1980 r. przeprowadziłem
„wywiad ze znanym działaczem KOR-u w jego mieszkaniu”.
„Wywiad ten Kaczorowski zamierzał wydrukować w »Słowie Powszechnym«”
– raportował esbek. I dalej:
„Kaczorowski zamierza również wyjechać w dniu 28.09.1980 r. do Zbroszy Dużej, gdzie mają odbyć się obrady Komitetu Samoobrony Chłopskiej Ziemi Grójeckiej”.
W jaki sposób SB namierzyła moją pierwszą gościnę na Gimnastycznej, można się tylko domyślać, bo akta rozpracowania Kęcików w ramach sprawy „Leksykon” zniszczono. W domu z pewnością zainstalowano podsłuch pokojowy i telefoniczny; nie przypadkiem na niektóre rozmowy wychodziło się do ogrodu. W stanie wojennym wyszło na jaw, że do obserwacji tego gniazda kontrrewolucji używano „punktu zakrytego” w oknie willi naprzeciwko. U mnie w „Słowie” też chyba nie było lepiej, bo gdy rozmawialiśmy z szefem na tematy „niebezpieczne”, od razu włączał w swoim pokoju radio… Bez wątpienia i w moim otoczeniu redakcyjnym, i w środowisku Kęcików nie brakowało „osobowych źródeł informacji”, co po latach znalazło potwierdzenie w archiwum IPN.
Natomiast moje obawy dotyczące przyjęcia przez gospodarzy okazały się zupełnie płonne. Przeziębiony Wiesław leżał w grubym swetrze, ale duszący kaszel nie powstrzymywał go od sięgania po papierosy. Przez ogród i pokój na parterze przewalał się tłum interesantów i gości – przedsierpniowych opozycjonistów i ludzi powstającej Solidarności. Marzena cierpliwie pełniła rolę gospodyni i odpowiadała na pytania i wątpliwości. Z braku – zarekwirowanej – maszyny pierwsze dokumenty NSZZ Rolników, który kilka tygodni później przyjął nazwę „Solidarności Wiejskiej”, przepisywała ręcznie, powielała gdzieś na mieście i rozdawała.
Byłem zaskoczony bezpośredniością Wiesława i Marzeny, z którymi od razu przeszliśmy na „ty”. Od pierwszych zamienionych słów uderzała w tym tak gościnnym domu niezwykła otwartość i życzliwość. Każdego traktowano jednakowo serdecznie, bez jakiejkolwiek podejrzliwości, przyjmując, że wszyscy tutaj są ludźmi dobrej woli. Może tylko kilkuletni Mikołaj, mając w pamięci liczne areszty rodziców i rewizje domowe, przyglądał się nieznajomym z nieufnością i obawą, czy nie są to prześladowcy z milicji lub SB.
W niedzielę 28 września 1980 r. dotarłem na zebranie do Zbroszy Dużej, na którym Marzena wyjaśniała rolnikom założenia pierwszego statutu związkowego, rozdawała deklaracje członkowskie i instrukcje, jak zakładać koła wiejskie. I tak się zaczynała również moja droga przez wieś, po której pierwszymi przewodnikami byli gospodarze niezwykłego domu przy Gimnastycznej 18.
Ochrzczona została w Betlejem
Urodziła się w Teheranie w dalekiej Persji, gdzie „polskie losy” rzuciły jej rodziców. Jerzy Górszczyk (używający wcześniej nazwiska Mikołaj Poleszczuk) i Wanda Szuszkiewicz przed II wojną światową należeli do radykalnego lewicowego ruchu ludowego, ale pobyt na zesłaniu, w więzieniach i łagrach na nieludzkiej ziemi skutecznie wyleczył ich z sympatii do komunizmu; jak wielu Polaków, zawdzięczali życie Armii generała Andersa. W 1947 r. przez Palestynę – Marzena została ochrzczona w Betlejem – i Londyn powrócili do kraju.
Marzena odziedziczyła po przodkach oryginalną urodę: jedna babcia była z pochodzenia Gruzinką, druga Ukrainką – z pewnością te kresowe korzenie spowodowały, że zawsze była tak szalenie ludziom przyjazna.
Wcześnie doświadczyła ludzkiego cierpienia: jako dziecko zmagała się z chorobą płuc; jej matka – po drugim mężu Czesławie znana jako Wanda Ferens – doznała paraliżu (był to skutek odkleszczowego zapalenia mózgu przebytego na zsyłce w Kazachstanie), poruszała się na wózku inwalidzkim i wymagała codziennej opieki. Marzena opiekowała się też dużo młodszym przyrodnim bratem Witoldem. Od mamy przejęła tradycję i atmosferę domu otwartego przy ul. Łowickiej na warszawskim Mokotowie. Wzięła także stamtąd znajomość wsi i ruchu ludowego, o którego niezależność w okresie PRL próbowali walczyć jej rodzice, w ramach i na obrzeżach Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Jednak dopiero w marcu 1968 r. – podobnie jak wielu młodych z jej pokolenia – Marzena poznała prawdziwe oblicze socjalizmu. Jako studentka polonistyki i etnografii Uniwersytetu Warszawskiego redagowała wówczas ulotki i listy do władz.
Wkrótce znalazła się w „Ruchu” – pierwszej od lat tajnej grupie antykomunistycznej – i działalności opozycyjnej poświęciła się całym sercem. W „leninowskim” roku 1970, na stulecie urodzin wodza rewolucji, organizacja planowała podpalenie Muzeum Lenina w Poroninie; w przeddzień akcji Marzena Górszczyk została wraz z innymi konspiratorami aresztowana, a w 1971 r. skazana na dwa lata więzienia, z którego zwolniono ją pół roku przed terminem. Jak wspominała ćwierć wieku później, traktowała całą akcję jako ciekawą przygodę i jednostkowy fajerwerk, „żeby jakoś pokazać społeczeństwu, że mamy dosyć »SRULa« [setnej rocznicy urodzin Lenina]”, bo Lenin był wszędzie. Krążyła cała masa dowcipów,
„że łóżka na trzy osoby, bo jak Lenin z nami, to z młodą parą również, czy ten facet, który się nie goli, bo się boi włączyć maszynkę do golenia, bo mu Lenin wyskoczy”.
Władza ludowa uznała jednak zamiar podpalenia muzeum za groźny akt terroru.
Oświadczyny w karetce więziennej
Na zebraniu przed akcją poronińską Marzena spotkała Wiesława Kęcika, wówczas jeszcze alumna w zakonie jezuitów, z którym potem była sądzona w jednym procesie. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia; Wiesław oświadczył się Marzenie w karetce więziennej. Odsiedział cały swój wyrok – 3,5 roku. Pobrali się w 1974 r., wesele miało charakter ludowy. Panna młoda wystąpiła w stroju ze Śląska Cieszyńskiego, pan młody w stroju kaszubskim, na ludowo ubrani byli także starostowie i sześć par drużbów.
Ponownie zaangażowali się w inicjatywy opozycyjne we Wrocławiu, gdzie Wiesław kończył studia (filologię klasyczną). Od początku współpracowali z Komitetem Obrony Robotników, a w 1977 r. należeli do organizatorów Studenckiego Komitetu Solidarności. Po powrocie do Warszawy w 1978 r. zajęli się – niemal zawodowo – niezależnym ruchem chłopskim. Po latach Marzena opowiadała:
„Zaczęło się to tak, że kiedyś do mojej mamy [Wandy Ferens] na Łowicką przyjechał Janusz Rożek – adres znał z »Opinii«, gdzie mama pisywała – i mówi: »Przyjeżdżajta, u nas w Milejowie jest strajk«. Pojechał mąż [Wiesław Kęcik] i kilku zwołanych naprędce działaczy KOR-u [Ludwik Dorn, Jan Józef Lipski, Henryk Wujec, Andrzej Zozula; z ich pomocą został utworzony pierwszy w kraju Tymczasowy Komitet Samoobrony Chłopskiej Ziemi Lubelskiej]. Potem jednak tylko my wraz z trzema przyjaciółmi na stałe zaczęliśmy współpracować z niezależnymi grupami chłopskimi. Zadecydowała tu chyba nasza znajomość środowiska, a także fakt, że świeżo przenieśliśmy się do Warszawy i nie mieliśmy pracy”.
Wiesław został członkiem KSS „KOR”, jedynym, który pilotował sprawy wsi i rolnictwa. Marzena dzielnie mu sekundowała, a często odgrywała pierwszoplanową rolę; byli dobraną parą, działali „wspólnie i w porozumieniu”; doskonale się uzupełniali – Wiesiek bardziej powściągliwy, ona spontaniczna. Ich dom przy Gimnastycznej stał się miejscem spotkań ludzi z całej Polski i nie tylko, bo tutaj właśnie powstawała niezależna prasa. Kęcikowie redagowali chłopską „Placówkę”, Joanna Szczęsna – KOR-owskie „Komunikaty”, Piotr Naimski – „Głos”, a Wojciech Onyszkiewicz – „Robotnika”. Knowania przeciwko komunie zakłócały wizyty smutnych panów z SB, rewizje, konfiskaty i zatrzymania, często w obecności małych dzieci Marzeny i Wiesława – Mikołaja i Ani. Podczas jednego z esbeckich najść Marzena włączyła radio i zdumieni funkcjonariusze usłyszeli z Wolnej Europy, że właśnie trwa rewizja w domu Kęcików przy Gimnastycznej.
Placówka w Zbroszy Dużej
Ich sztandarową inicjatywą był Komitet Samoobrony Chłopskiej Ziemi Grójeckiej, utworzony w Zbroszy Dużej dzięki ks. prob. Czesławowi Sadłowskiemu, z którym oboje utrzymywali bardzo bliski kontakt. Również w Zbroszy Marzena próbowała organizować wykłady Uniwersytetu Ludowego, czemu władze przeciwdziałały, wprowadzając blokadę wsi i milicyjne obławy na działaczy opozycji. Ukazująca się poza cenzurą „Placówka” docierała do różnych środowisk wiejskich, skupiając coraz szersze grono współpracowników. Dzięki temu możliwe było we wrześniu 1980 r. utworzenie Komitetu Założycielskiego NSZZ Rolników – pierwszego takiego ośrodka o zasięgu krajowym.
W mieszkaniu Kęcików właściwie aż do rejestracji NSZZ RI „Solidarność” w maju 1981 r. mieścił się pierwszy ogólnopolski związkowy punkt informacyjny, do którego zgłaszali się wszyscy zainteresowani z różnych zakątków Polski. Ich adres i telefon domowy były doskonale znane, ponieważ regularnie podawano je w audycjach Wolnej Europy, masowo słuchanej na wsi.
Panowała niezapomniana atmosfera radosnego zgiełku i wielkiego pospolitego ruszenia; oprócz nieznanych ludzi przybywających dosłownie z całego kraju często zaglądali tam czołowi działacze Solidarności, w tym Wałęsa, Walentynowicz i Gwiazdowie. Filip Wiśniewski – przyjaciel rodziny i domownik na Gimnastycznej od września 1980 do grudnia 1981 r. policzył, że kiedyś podczas jednego wieczoru zrobili z Marzeną 147 herbat dla gości (sic!). Zawiązywały się trwałe przyjaźnie, zapraszano gospodarzy nawet na uroczystości rodzinne, na przykład Marzena bawiła się na weselu Grzegorza Siwińskiego pod Kłodawą (mąż w tym czasie został w domu z dziećmi).
Talent kulinarny i organizacyjny oraz wspólna cela
Marzena odznaczała się nadzwyczajnym talentem kulinarnym i potrafiła przygotować różne potrawy w sobie znany tylko sposób bądź też wyczarować je według własnej receptury, z użyciem zaskakujących nieraz składników, a do tego wymyślała jeszcze oryginalne nazwy dla tych swoich wynalazków. Uwielbiała gotować i wielka szkoda, że nie udało się wydać książki kucharskiej z jej oryginalnymi przepisami. Była zresztą prawdziwą mistrzynią wszelakich zajęć domowych.
Podejmowała się także zajęć czysto organizacyjnych, obsługując liczne zebrania wiejskie czy prowadząc różnego rodzaju interwencje. Przez gorące pół roku, kiedy trwała batalia o rejestrację związków zawodowych rolników, wydawała pismo „Solidarność Wiejska”, a później uruchomiła Niezależne Wydawnictwo Chłopskie. Wiele osób z kręgu oddziaływania punktu przy Gimnastycznej stało się potem znanymi działaczami, zakładając koła Solidarności na wsi i budując struktury związkowe w terenie.
W sobotę 12 grudnia 1981 r. w domu Kęcików świętowano imieniny Wiesława. Ci, którzy opuścili dom przed północą, mieli sporo szczęścia, bo w nocy 13 grudnia pojawili się nieproszeni goście z prezentami w postaci decyzji o internowaniu. Dzieci gospodarzy zostawiono w domu tylko dlatego, że jedna z obecnych, Hanna Kuczkiewicz, miała obywatelstwo belgijskie i nie mogła być zatrzymana – później Mikołaj i Ania trafili pod opiekę sparaliżowanej babci.
Marzena z Wiesławem otrzymali w ośrodku internowania w Jaworzu wspólną celę, co było ewenementem w skali kraju; jak żartowali, załatwiono to po znajomości, bo w sąsiedztwie Gimnastycznej miał swoją willę generał Czesław Kiszczak. I tym razem Marzena wyszła wcześniej, a jesienią przyszło na świat „dziecko wolności”, czyli Jan Kazimierz; jego tłumne chrzciny odbyły się w Zbroszy Dużej, a matką chrzestną została Hanna Kuczkiewicz. Rok później jako czwarte dziecko urodziła się druga córka Wanda.
Narażeni na różne prowokacje i szykany SB (m.in. pod samochód podłożono bombę), pozbawieni środków do życia, w 1985 r. Kęcikowie zdecydowali się na emigrację polityczną i wyjazd do Szwecji. Marzena uważała, że to tylko „wczasy”, a za 5–10 lat wrócą już do wolnej Polski. Powrócili w 1991 r., jednak III RP nie była dla nich łaskawa; z niektórymi kolegami z opozycji rozstali się już za pierwszej Solidarności, z innymi nie znaleźli wspólnego języka po powrocie, a jak wiadomo, „rewolucja pożera własne dzieci”, nie mieli więc godnego miejsca w Polsce, o którą walczyli.
Marzenie do końca nie brakowało jednak energii, by realizować kolejne inicjatywy, jak m.in. Ruch Dozbrojenia Moralnego w szwajcarskim Ceax i ośrodek pojednania polsko-ukraińskiego w Jarosławiu czy Towarzystwo Umiejętności Społecznych im. św. Rafała Kalinowskiego. Mimo postępującej choroby organizowała wiele akcji społecznych, szczególnie na rzecz zbliżenia z narodami byłego Związku Sowieckiego oraz pomocy dla Polaków na Wschodzie. Miała niewątpliwie dar autentycznej społecznicy.
Urodzona dla nieba
Księga pamiątkowa z Gimnastycznej jest pełna wpisów gości z bliska i z daleka.
„Po naradach politycznych […] trafiłem znowu do normalnego domu u Kęcików w tym wielkim mieście i […] odetchnąłem z ulgą, że nie zwariuję, wyśpię się wreszcie i porozmawiam o życiu i miłości, pomodlę się w ciszy i spokoju, nabiorę mocy przed dalszą drogą”
– Wieńczysław Nowacki (4 marca 1997).
„Kiedy tak sobie szłam, nie pomyślałam, że idę do domu, w którym pierwszy raz usłyszę i zobaczę ludzi, którzy modlą się przed posiłkiem”
– Marta Law (30 grudnia 1997).
„Miło było z Wami kontemplować dzisiejszą Mszę Papieską, bliskość Ojca Świętego i Jego Słowa. Bóg jest Miłością i nie tylko na Mszy, ale i tu przy stole otoczyła nas wszystkich”
– Ewa Tomaszewska (13 czerwca 1999).
W ostatnich latach życia Marzeny pogłębieniu uległa jej zawsze mocna wiara, którą praktykowała rodzinnie we wspólnocie neokatechumenalnej w parafii NMP Matki Kościoła przy ul. Domaniewskiej w Warszawie. Ziemskie pożegnanie Marzeny miało dzięki temu – mimo po ludzku zrozumiałego bólu najbliższych i przyjaciół – niezwykle rzadko spotykany podczas takich uroczystości wymiar autentycznej chrześcijańskiej radości z jej przejścia do prawdziwego życia w wieczności; był to najpogodniejszy pogrzeb, w jakim uczestniczyłem. Na grobie wyryto słowa: „Urodzona dla nieba”.
* * *
Zasługi Marzeny doceniono dopiero pośmiertnie. W 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył ją Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2021 r. rodzina odebrała Krzyż Wolności i Solidarności, nadany przez prezydenta Andrzeja Dudę. W moim przekonaniu wyjątkową – i największą – wartością w jej życiu było szczęśliwe małżeństwo z Wiesławem, z którym przeżyła na dobre i na złe 25 lat, pięknie wychowując czworo dzieci. Najstarszy syn Mikołaj, który niegdyś podrzucał ekskrementy pod domostwo Kiszczaka, wstąpił do zakonu jezuitów (generał przyszedł na jedną z jego Mszy prymicyjnych) i prowadzi duszpasterstwo misyjne – najpierw w Danii, a od kilku lat na Islandii.
Tekst pochodzi z numeru 12/2023 „Biuletynu IPN”
