W 1980 r. – najprawdopodobniej pod koniec roku, w grudniu – w MSW przyjęto strategię tzw. „odcinkowych konfrontacji”.
Jak wówczas uznano:
„W imię zapewnienia stabilności ustroju i państwa socjalistycznego zachodzi potrzeba podjęcia decyzji i ustalenia kompleksowego programu działań zmierzających do zahamowania ofensywy sił antysocjalistycznych i zmuszenia ich do odwrotu”.
To miało być przygotowanie do konfrontacji ze społeczeństwem, a raczej z tą jego częścią, która zaangażowała się w działalność opozycji (zwłaszcza NSZZ „Solidarność”). Problem w tym, że władza nie była jeszcze do niej gotowa.
Dlatego też jednocześnie stwierdzano, że
„Na obecnym etapie niewskazane byłoby podjęcie generalnego i zmasowanego uderzenia ze strony władz, gdyż mogłoby to zrodzić trudne do przewidzenia konsekwencje, łącznie ze strajkiem generalnym wnoszącym element konfrontacji władze – społeczeństwo i zasadniczą trudność opanowania sytuacji własnymi siłami”.
Ograniczony konflikt
Na czym ta taktyka miała polegać? Otóż zakładano
„pełne zsynchronizowanie akcji politycznych i propagandowych oraz prezentacji programu rozwiązań w sferze ekonomiczno-społecznej ze stosowaniem skutecznej dolegliwości represyjnej wobec przywódców i ośrodków kierowniczych grup antysocjalistycznych”.
Z jednej strony miała ona dawać
„większe szanse zabezpieczenia przed powstaniem stanu konfrontacji generalnej”.
Z drugiej – z czego decydenci z Rakowieckiej doskonale zdawali sobie sprawę – wręcz przeciwnie, mogła ona do niej doprowadzić,
„uruchamiającą napięcia i zderzenia lokalne, regionalne, a nawet konfrontację w skali całego kraju pomiędzy społeczeństwem, a władzą”.
Do czego zresztą zamierzano w MSW odpowiednio się przygotować. Oznaczało to z kolei, że przystąpienie do realizacji taktyki „odcinkowych konfrontacji” miało zostać
„zsynchronizowane z odpowiednimi działaniami politycznymi, propagandowymi, pracą operacyjną MSW oraz zapewnieniem warunków panowania nad ośrodkami i strukturami, zainteresowanymi stabilizacją wewnętrzną (Kościół), bądź politycznie niezdecydowanymi (bardziej umiarkowane kręgi »Solidarności«, inteligencji)”.
Niebagatelną rolę w ich przypadku miała odgrywać propaganda, która – jak zakładano –
„powinna konkretnie i rzeczowo atakować przeciwnika i być przekonywującą dla społeczeństwa”.
Uderzenie w opozycję, a dokładniej w tę część opozycji uznaną za zagrożenie dla ustroju (głównie w działaczy Komitetu Obrony Robotników oraz – w mniejszym już stopniu – Konfederacji Polski Niepodległej), miało przyjąć
„charakter działań selektywnych, odpowiednio przygotowanych, poprzedzonych analizą możliwości osiągania efektów i ukierunkowanych na wytypowane zjawiska, ośrodki i ludzi”.
Tego rodzaju działania prowadzono przez cały 1981 rok.
W MSW przyjęto strategię tzw. „odcinkowych konfrontacji”. To miało być przygotowanie do konfrontacji ze społeczeństwem, a raczej z tą jego częścią, która zaangażowała się w działalność opozycji (zwłaszcza NSZZ „Solidarność”).
Trudno jednak wskazać, które zdarzenia, konflikty były efektem realizacji „odcinkowych konfrontacji”. Nie wiemy na pewno, ale wydaje się całkiem prawdopodobne, że jej efektem był np. najpoważniejszy konflikt między władzą, a „Solidarnością” w latach 1980-1981, czyli kryzys bydgoski. Został on spowodowany pobiciem przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej w dniu 16 marca 1981 r. działaczy NSZZ „Solidarność” i NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, zaproszonych na sesję Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy po jej niespodziewanym przerwaniu – tuż przed punktem na który specjalnie przybyli, a wręcz zostali zaproszeni.
Czasami jednak – jak np. w przypadku wydarzeń z dnia 27 października 1981 r., kiedy to „nieznani sprawcy” przed bramą Kopalni Węgla Kamiennego „Sosnowiec” wyrzucili z przejeżdżającego obok niej samochodu trzy fiolki z mocną gryzącą, trującą substancją – sprawa wydaje się oczywista. To była esbecka prowokacja.
Sztucznie wywołany kryzys
Tak też było nieco ponad dwa miesiące wcześniej – tym razem w stolicy, przy ulicy Woronicza – w Centrum Radiowo-Telewizyjnym. Tam – na dzień 21 września – zaplanowane było spotkanie pracowników radia i telewizji z przewodniczącym Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” Lechem Wałęsą. Zostało one – 19 września – przełożone przez lidera związku na późniejszy termin, w związku z nadmiarem spraw przed II turą I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność”, która rozpoczynała się tydzień później (26 września).
Tak na marginesie, związkowcy zamierzali je zorganizować mimo sprzeciwu władz Komitetu ds. Radia i Telewizji, które wyrażały – trudno powiedzieć, na jakiej podstawie – obawy, że planowany „wiec” ma
„grozić przekształceniem się w strajk i zamieszki uliczne”.
Tym bardziej, że rzekomo miało na niego (oczywiście nie było takich planów, przynajmniej po stronie działaczy NSZZ „Solidarność”) przybyć około 5 tys. robotników z warszawskich zakładów pracy. Czas jednak pokazał, że władze Radiokomitetu wiedziały chyba jednak więcej od związkowców, a niewykluczone, że wręcz znały plany „nieznanych sprawców”.
Z pojazdów wysiedli oficerowie uzbrojeni w broń krotką, wewnątrz czekali ich podwładni, gotowi do podjęcia działań (wyposażeni m.in. w tarcze szturmowe).
Okazało się, bowiem, że – mimo odwołania wspomnianego spotkania – „niezidentyfikowana kobieta” zaprosiła – rzekomo w imieniu działaczy „Solidarności” w Komitecie ds. Radia i Telewizji – robotników z kilku stołecznych fabryk. W większości przypadków zresztą bezskutecznie, gdyż związkowcy zweryfikowali to nietypowe zaproszenie. Jednak nie wszyscy, gdyż z Zakładów Mechanicznych „Ursus” na rzekome spotkanie wyruszył autokar z robotnikami.
W efekcie niemal równocześnie (dosłownie 3 minuty później) z autokarem z „Ursusa” na ulicy Woronicza pojawiły się liczne „siły porządkowe” w postaci funkcjonariuszy Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej (2 ciężarówki marki „Star”, 2 milicyjne „Nysy” oraz kolejne 2 samochody terenowe).
Z pojazdów wysiedli oficerowie uzbrojeni w broń krotką, wewnątrz czekali ich podwładni, gotowi do podjęcia działań (wyposażeni m.in. w tarcze szturmowe). Jak to później opisywali związkowcy z radia i telewizji:
„Tylko dzięki zimnej krwi działaczy KZ NSZZ »Solidarność« przy PR i TV w Warszawie nie doszło do starcia pomiędzy robotnikami [oraz] pracownikami radia i telewizji, a oddziałami ZOMO, które wykazały pełną gotowość do użycia broni”.
Przy czym – jak zwracała uwagę Komisja Zakładowa NSZZ „Solidarność” w Komitecie ds. Radia i Telewizji oraz Krajowa Komisja Koordynacyjna Radia i Telewizji – był to
„pierwszy wypadek od grudnia 1970 r., w którym władze zagroziły użyciem broni wobec robotników”.
Incydent z 21 września 1981 r. uznały one – całkiem zresztą słusznie – za „groźną prowokację”, nadając jej miano „drugiej Bydgoszczy”. Na szczęście tym razem nieudanej. Tym niemniej związkowcy zażądali – oczywiście bezskutecznie – jak najszybszego ukarania „osób odpowiedzialnych za przygotowanie całej akcji”.
Utrzymywanie atmosfery napięcia…
Ci jednak mieli w następnych tygodniach „ręce pełne roboty”, gdyż niespełna dwa tygodnie później (4 października) minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak nakazywał swoim podwładnym:
„Aktywniej działać w tym kierunku, aby »wpuszczać« przeciwnika »w maliny«, w sytuacje, które będą stawiać wroga w trudne lub kompromitującego go położenie, a zwłaszcza pokazywać, że jest nieodpowiedzialny, awanturniczy i prowadzi kraj do nieszczęścia”.
Nakazywał również „utrzymywanie atmosfery napięcia”, a także
„podgrzewanie nastrojów, gdyż kolejne strajki mogą dać pretekst do wprowadzenia stanu wojennego”.
