Już 14 września Niemcy zajęli Wołomin i Kobyłkę. 27 października 1939 r. tereny te włączono do dystryktu warszawskiego Generalnego Gubernatorstwa. Trzy miesiące później, 15 grudnia, generalny gubernator okupowanych ziem polskich Hans Frank wydał rozporządzenie o konfiskacie radioodbiorników. Niepodporządkowanie się temu rozkazowi groziło zesłaniem do obozu koncentracyjnego, a nawet karą śmierci.
Ojciec Ewy Piotrowskiej, Tadeusz, rodem z Wołomina, mieszkający z żoną Alicją w Kobyłce, kupił radio ‒ jak wielu Polaków ‒ tuż przed wybuchem wojny. Blokada prawdziwych wiadomości w połączeniu z sączącą się z ulicznych „szczekaczek” niemiecką propagandą potęgowała jego wściekłość i nienawiść do okupanta. Słuchanie radia stało się nie lada wyczynem i niosło ze sobą codzienne ryzyko dla życia całej rodziny. Potrzeba prawdziwych wiadomości podawanych codziennie z Londynu była jednak silniejsza niż lęk przed wpadką.
Radio w psiej budzie
Ewa Piotrowska przeczytała w jednym z powojennych zeznań ojca, które znalazła wśród dokumentów, że postanowił on schować radioodbiornik w… budzie dla psa. Wieczorami w ich rodzinnym domu w Kobyłce zbierali się w wielkiej tajemnicy zaufani sąsiedzi, aby wysłuchać informacji, które w pierwszych latach wojny wcale nie napawały optymizmem. Przychodzili „pograć w karty”. Ojciec wyciągał z psiej budy zawinięte w koc radio. Ponieważ ten typ odbiornika nie miał jeszcze głośnika, podłączoną słuchawkę wkładało się do porcelanowej miski, dzięki czemu zakazanych przez Niemców audycji mogło słuchać jednocześnie kilka osób.
Na początku 1940 r. w pobliskim Wołominie utworzono komendę powiatową Związku Walki Zbrojnej. Działalność konspiracyjną prowadziła też Narodowa Organizacja Wojskowa. W 1942 r. członkowie wołomińskiej grupy konspiracyjnej podzielili się, wstępując do Armii Krajowej lub Narodowych Sił Zbrojnych. Ojciec mieszkał w tej okolicy od dziecka i znał wszystkich. W tajemnicy reperował i produkował w swoim zakładzie w Wołominie broń dla kolegów z partyzantki.
Od pierwszych dni wojny Niemcy rekwirowali zapasy towarów w sklepach na potrzeby armii. Pojawiły się trudności aprowizacyjne. Okupacyjne władze wprowadziły racjonowanie żywności. Na wszystko potrzebne były kartki. Ludzie cierpieli z niedożywienia. Brakowało leków. Szerzyły się choroby zakaźne. 15 grudnia 1939 r. powołano do życia Bank Emisyjny w Polsce z siedzibą w Krakowie. Wypuszczono „polskie” złote, zwane młynarkami od nazwiska Feliksa Młynarskiego, przedwojennego prezesa Banku Polskiego, który zgodził się objąć stanowisko prezesa Banku Emisyjnego po konsultacjach z podziemiem, z upoważnienia premiera Rządu RP na Uchodźstwie Władysława Sikorskiego. Polacy musieli wymienić złotówki dwukrotnie, a mogli tylko do kwoty 300 zł.
Piotrowscy ‒ jak wielu Polaków, którzy chowali oszczędności na czarną godzinę ‒ ponieśli duże straty. Niskie płace nie pozwalały na utrzymanie rodziny. Chłopi sprzedawali mięso pokątnie, oszukując okupantów na dostawach obowiązkowych kontyngentów. Ryzykowali, że zostaną wysłani do obozu koncentracyjnego. Ceny żywności na czarnym rynku były zatem pięciokrotnie wyższe od cen produktów kupowanych na kartki w sklepie.
Przyjęli Blinbaumów pod swój dach
W znacznie gorszej sytuacji znajdowali się Żydzi, którzy na początku wojny musieli opuścić swoje domy i przenieść się do getta. W Wołominie już w grudniu 1939 r. stłoczono 2700 osób na bardzo małym obszarze. Do połowy 1941 r. za mury docierały jeszcze produkty z „aryjskiej” strony.
Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej zaczęło brakować dosłownie wszystkiego. W październiku 1942 r. Niemcy przystąpili do likwidacji tamtejszego getta, wywożąc mieszkańców do obozu zagłady w Treblince. Wszyscy wiedzieli, co się z nimi stanie. Deportacji towarzyszyły dantejskie sceny rozstrzeliwań ukrywających się w piwnicach ludzi.
Wtedy właśnie do domu państwa Piotrowskich zawitała ich znajoma sprzed wojny, Zofia Makowska, Żydówka mieszkająca w „aryjskiej” części Wołomina. Miała prawdziwą kenkartę, a jej wygląd nie zdradzał pochodzenia. Prosiła, by przechować jej brata Lucjana Blinbauma z żoną Leokadią i ich syna Adama. Piotrowscy wiedzieli, że za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci, jednak zgodzili się na udzielenie czasowego schronienia zbiegłej z getta rodzinie. Zdawali sobie sprawę z tego, że jeżeli im nie pomogą, Żydów czeka niechybna śmierć.
Ojciec Ewy, namiętny słuchacz polskiej sekcji radia BBC, wiedział, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę aliantów, i był przekonany, że Blinbaumowie nie pozostaną długo pod jego dachem. Razem ze swoim ojcem Antonim i sąsiadem zbudował w domu zamaskowaną skrytkę, gdzie ukrywali się Żydzi. Piotrowscy uzgodnili z Makowską, że co tydzień będzie im dawać 200 zł na utrzymanie swojej rodziny. Łącznikiem, który miał jeździć po pieniądze do Wołomina, był młody praktykant Tadeusza Zygfryd Lebelt. Od tego czasu wszyscy domownicy, nawet młodszy brat Tadeusza, Czesław, kupowali jedzenie w małych ilościach w okolicznych sklepach i na bazarach. Nie można było wzbudzać podejrzeń dużymi zakupami.
W styczniu 1943 r. mama Ewy, Alicja Piotrowska, odkryła, że jest w ciąży. Razem z mężem postanowili się wyprowadzić, bo stres i ciągły strach, który towarzyszył domownikom z powodu konsekwencji, jakie mogły spotkać ich w razie wpadki, źle wpływały na jej samopoczucie i ciążę. Szczęśliwie Alicja dostała posadę nauczycielki w pobliskiej Nadmie i tam przeniosła się z mężem. Z żydowską rodziną została tylko jej matka, Zofia Brzozowska, emerytowana nauczycielka.
Egzekucja
Blinbaumowie ukrywali się u Zofii Brzozowskiej dziewięć miesięcy. Niemieckie rewizje przeprowadzone już pod nieobecność Piotrowskich we wszystkich domach Kobyłki i Wołomina nie wykryły żydowskiej rodziny.
„Sytuacja stawała się trudna. W czasie blokady Kobyłki zostałem zabrany z łóżka i [byłem] przetrzymywany 15 godzin. Blinbaumowie dawali pomoc przy dziecku. W międzyczasie przyjechała jeszcze jedna Żydówka z Ostrowca, dla której wystarałem się o chrześcijańskie dokumenty i jako nasza kuzynka oficjalnie pomagała nam w domu”
‒ zeznał Tadeusz na milicji 11 maja 1946 r. Roztoczył opiekę również nad trzema innymi Żydówkami z Ostrowca.
1 września 1943 r. Niemcy otoczyli dom. Jak pisał po wojnie w zeznaniach złożonych na milicji jeden ze świadków zdarzenia, żandarmi chodzili parę razy koło miejsca, gdzie byli ukryci Żydzi i nie mogli go znaleźć. Przyjechali z łomami i kilofami, po czym zaczęli kuć i burzyć ściany. Kiedy wreszcie znaleźli Blinbaumów, kazali im wykopać sobie grób.
Leokadia prosiła esesmanów, żeby nie zabijali Zofii Brzozowskiej. Chciała ich przekupić swoją biżuterią. Oni jednak postawili wszystkich pod ścianą i rozstrzelali. Kosztowności Żydówki i rzeczy wartościowe, które były w domu, zrabowali, a dom spalili. Po tygodniu ciotka Ewy, siostra Alicji, Janina Brzozowska, odkopała zwłoki swojej matki i Żydów leżące na podwórku w wykopanym przez nich płytkim grobie. W zaciśniętej pieści Zofii znaleziono garść ziemi, co świadczyło o tym, że żyła ona jeszcze, kiedy oprawcy wrzucili ją do dołu. Jej ciało przewieziono na cmentarz w Kobyłce, a Lucjana, Leokadię i Adama Blinbaumów pochowano na pobliskim kirkucie.
Na tułaczce
Tamtego tragicznego dnia Tadeusz Piotrowski jechał akurat z listem od żony do swojej teściowej. Został ostrzeżony przez dzieci sąsiadów idące do kościoła. Dwa lata później zeznawał na komendzie MO:
„Włosy stanęły mi dęba, chwila namysłu, czy jechać do [swoich] rodziców do Wołomina [, żeby ich ostrzec], czy do żony. Zawracam rower i co sił wracam do Nadmy. Żona szykowała się z dziećmi do kościoła, wezwałem ją do mieszkania i w kilku słowach przedstawiłem sytuację. Bez namyślania złapaliśmy, co było pod ręką: kilka pieluszek, kawałek chleba w teczkę, dziecko […] na rękę, a syna za rękę i przez pola pieszo do Strugi. Żona zdążyła kierownikowi powiedzieć, że z dzieckiem spieszymy się do doktora. Na stacji byłem bardzo zdenerwowany, gdyż obawiałem się pociągu, a z drugiej strony nie miałem się gdzie udać.
W kolejce widziałem, jak jechał samochód z żandarmerią w kierunku Radzymina, a mnie się wydawało, że to już po nas jadą, więc nie dojechaliśmy do końca, lecz wysiedliśmy jeden przystanek wcześniej na Targówku. Mówię do żony: »Gdzie się udać? Mam tu niedaleko koleżeństwo z organizacji. Więc udamy się do nich«. Poszliśmy na Siedlecką 62 do ob. Dadacza i Wolfówny. Przyjęto nas patriotycznie i gościnnie. Ob. Wolfówna zaopiekowała się dziećmi, zaczęliśmy opowiadać o swojej tragedii. Po [kilku dniach] zbiry urządzili blokadę. Krótka narada, musieliśmy się usunąć. Udajemy się do rodziny na Nowe Bródno do Gronieckiego Ryszarda na ul. Nadwiślańską. Nie czujemy się bezpieczni, szukamy nowego miejsca”.
Żandarmeria niemiecka wysłała listy gończe za Piotrowskimi, więc do końca wojny tułali się po ludziach. Często odmawiano im dachu nad głową. Na brata Tadeusza Piotrowskiego, Czesława, Niemcy urządzili obławę i zastrzelili go 31 sierpnia 1944 r. w jego kryjówce w Wołominie. Miał 24 lata.
Rodzice Ewy Piotrowskiej ukrywali się do wejścia Armii Czerwonej. Tadeusz wspominał trudne chwile z czasów okupacji niemieckiej:
„Chyłkiem wszedłem do mieszkania przez rozbite okno. Oczom moim przedstawił się obraz rabunku: bielizna, ubrania i pościel porozrzucana. Stamtąd znów chyłkiem udałem się do sołtysa Osińskiego i prosiłem go o zabezpieczenie mojego mienia, powiedział, że kilka ubrań kosztowniejszych ma u siebie, a króliki i kury pokradli. Gdy wracałem od sołtysa, minęło mnie dwóch podejrzanych. Jak się okazało, już ktoś usłużny dał znać z Wołomina do SS. Uratowałem się, zostawiając u sołtysa płaszcz i kapelusz. Nie poznali mnie, gdyż denuncjant określił, że jestem w płaszczu. Dłużej nie mogłem tu pozostać, więc przez pola udałem się do sąsiedniej stacji pociągu i przeczekałem do wieczorowego, i powróciłem do Warszawy. Od Gronieckiego musieliśmy się wynieść. Po powrocie rzeczowo opowiedziałem całą sprawę. Pomimo że rodzina obawiała się nas trzymać. Dopiero na drugi dzień mąż jednej z ciotek zgodził się nas przetrzymać. Dzieci moje cierpiały ogromnie. W łóżku, w którym spała córeczka, było pełno pluskiew. Była czerwona od ukąszeń. Ja zaś jeździłem w drogę i handlowałem. Po kilku dniach znów udałem się w kierunku Kobyłki. Dowiedziałem się, że Zygfryd Lebelt już chodzi do warsztatu do Wołomina. Na moje zapytania dawał mi mętne odpowiedzi”.
Trop zdrajcy
Piotrowski długo zastanawiał się, kto go zdradził. Podejrzenia padły na jego praktykanta, bo buda, w której był radioodbiornik, została rozbita, a pies zastrzelony. O aparacie wiedzieli tylko jego praktykant i zaufani sąsiedzi, z którymi Piotrowscy znali się od lat.
Sprawą praktykanta zainteresowała się organizacja podziemna z Wołomina, której nazwy nie wymienił w zeznaniach na milicji.
„Na Zygfryda Lebelta uzyskałem wyrok, lecz ze strony sąsiadów w Wołominie zostałem uprzedzony, że jeżeli jakaś krzywda mu się stanie, to mogę ponieść konsekwencje z rodziną, gdyż podobno on był volksdeutschem. Tak mijały miesiące, nareszcie dowiedziałem się, że armia sowiecka nadciąga i gdy już była […] w Mińsku Mazowieckim, wysłałem żonę z dziećmi do wsi Krawcowizna, a kiedy za dwa tygodnie weszły pierwsze tanki do Wołomina, z całym zapałem pomagaliśmy w naprawie sprzętu i broni w swoim warsztacie w Wołominie. Jednocześnie robiłem poszukiwania Zygfryda Lebelta, który gdzieś zniknął z okolicy. W kilka dni Sowieci musieli się cofnąć. Przez kilka dni ukrywałem się na podwórku nad chlewem w gospodarstwie Jana Piotrowskiego obcego dla mnie. Po przyjściu regularnej armii sowieckiej, pomimo że działa strzelały wokół, dopiero przespałem się spokojnie. Tam pozostałem do czasu ataku na Wołomin na początku września 1944 r. Jednocześnie z armią sowiecką przyszedłem do Wołomina”
‒ opowiadał.
Tadeusz Piotrowski chciał pomścić śmierć brata i teściowej. Kiedy do Wołomina wkroczyli Sowieci, zaproponowali mu wstąpienie do Armii Czerwonej. Mówili:
„Budiesz połkownikom, jeśli s nami pojdiosz”.
Zapewne jako sowiecki „połkownik” mógłby łatwiej rozprawić się z Lebeltem… Przystał jednak do podporządkowanego moskiewskiemu dowództwu Wojska Polskiego. Pełnił służbę w Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie jako sierżant podchorąży, ciesząc się tam bardzo dobrą opinią.
Po powrocie z wojska do domu w 1946 r. spotkał swojego dawnego praktykanta Zygfryda Lebelta. Wiedział już wówczas, że ojciec Lebelta był volksdeutschem. Jak ustalił, tuż przed przyjazdem do ich domu żandarmerii niemieckiej praktykant chciał wyłudzić od Zofii Makowskiej większą sumę, której nie otrzymał. Tadeusz podejrzewał, a może wiedział, że jego dawny praktykant wydał rodzinę Blinbaumów. Ewa Piotrowska znalazła w dokumentach przekazanych jej przez IPN zeznania swojego ojca z 11 maja 1946 r., złożone na komendzie MO w Radzyminie:
„Zygfryd Lebelt wkradł się w nasze zaufanie i często do nas przychodził. Umówili się z Blinbaumami, że będą mu dawali 200 zł tygodniowo. Wkrótce zażądał 300 zł tygodniowo, tę sumę mu przyznano, gdyż załatwiał wszelkie zlecenia. W międzyczasie wyjechał do Jadowa z powierzonymi skórami i obuwiem, początkowo wywiązywał się. Potem, gdy otrzymał skór za kilka tysięcy, zalegał z wypłatą.
Kilkakrotnie pożyczał od Żydów pieniądze. Po powrocie powiedział, że była rewizja w pociągu i zabrali mu 600 zł. Zauważyliśmy, że jesteśmy szantażowani. Raz zastali mnie przy radioodbiorniku, który miałem w psiej budzie. Do Żydów przychodziła co jakiś czas Makowska, gdyż u niej były przechowywane pieniądze i biżuteria lokatorów. Postanowiliśmy zrezygnować z Zygfryda”.
22 kwietnia 1946 r. Tadeusz Piotrowski przesłał do Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce zawiadomienie, w którym poinformował, że spotkał Zygfryda Lebelta w pociągu i doprowadził go do UB na Pradze. Daty tego wydarzenia nie podał. Przy Lebelcie znaleziono dwie legitymacje z jego zdjęciem wystawione na dwa różne nazwiska i podanie o przyjęcie do PPR. Został wypuszczony z więzienia kilka dni po zatrzymaniu. Odgrażał się, że „skończy” z Tadeuszem. Zrzucał na niego winę za śmierć Blinbaumów. We wspomnianym zawiadomieniu Piotrowski domagał się ponownego zatrzymania Lebelta i prosił „Władze Sprawiedliwości” o „przeprowadzenie drobiazgowego dochodzenia w tej sprawie”.
Ostatecznie śledztwo w sprawie Lebelta zostało umorzone 16 kwietnia 1950 r. „wobec braku dostatecznych dowodów”.
Szmalcownik na wolności, ofiara w więzieniu
W związku z szerzonymi przez Lebelta pomówieniami milicja urządziła w 1948 r. rewizję w domu Piotrowskich i znalazła ukryty na strychu pod podłogą pistolet z amunicją. Skąd się tam wziął? Jeszcze w 1945 r. Tadeusz zwrócił się do MO o pozwolenie na posiadanie broni. Prośbę tę zaopiniowano pozytywnie, jednak dostał tylko zgodę na posiadanie dubeltówki. Ale jeszcze w 1937 r. kupił i przechowywał bez zezwolenia pistolet NF „Baby” kaliber 6,35 z nabojami. Ukrywał go w swoim warsztacie na strychu w Kobyłce. W śledztwie przewijał się pseudonim Piotrowskiego „Saper”. Za nielegalne posiadanie broni Piotrowskiego skazano na trzy lata więzienia. Nie pomogły listy od jego maleńkich dzieci pisane do Bolesława Bieruta o ułaskawienie tatusia. Został wypuszczony rok przed terminem zakończenia odsiadki dzięki staraniom siostry i brata Ewy Piotrowskiej.
Ludzie, którzy z dnia na dzień znaleźli się pod niemiecką okupacją, mogli stracić życie w każdej chwili za drobne przekroczenie przepisów. W Polsce obowiązywały drakońskie kary, których Niemcy nie stosowali w krajach Europy Zachodniej. Śmierć zaglądała każdemu w oczy co dnia. Wielu wykazało się heroiczną postawą, byli jednak i tacy, którzy tego egzaminu nie zdali. Wielu nie wytrzymywało kilkuletniej traumy i życia w permanentnym stresie.
25 października 1985 r. w Wołominie wmurowano pamiątkową tablicę, na której wyryto nazwisko Zofii Brzozowskiej, babci Ewy Piotrowskiej, i jedenastu innych nauczycieli, którzy w czasie wojny stracili życie z rąk Niemców. Ludzie ci organizowali tajne nauczanie oraz brali udział w ruchu oporu bądź ‒ jak Zofia Brzozowska ‒ ukrywali Żydów. Nazwiska wszystkich polskich nauczycieli zamordowanych w czasie wojny przez Niemców nie są znane do dziś.
Tekst pochodzi z numeru 11/2021 „Biuletynu IPN”
