Współtowarzysze partyjni nadali mu nawet w związku z tym zachowaniem wulgarny przydomek – „Bolek jebaka”. Kiedy się o nim dowiedział, sprawy nie skomentował, a postronni stwierdzili, że nie było mu przykro – odwrotnie, zdawał się być kontent, że podwładni docenili jego jurność.
Był niezbyt lotnym, chociaż sprytnym samoukiem, gotowym do spełnienia każdego polecenia Stalina. W relacjach osobistych potrafił ponoć uważnie słuchać, a wobec przedstawicielek płci pięknej bywał zazwyczaj teatralnie szarmancki, grzeczny, czym dodatkowo zjednywał sobie ich sympatię. Zawsze też pozostawał dyskretny, nie kłapał językiem; jakakolwiek sensacja z pogranicza sfery intymnej byłaby zresztą dla niego kompromitująca.
W czasach gdy był prezydentem PRL (1952–1954) i szefem PZPR (1948–1956) panowało pełne embargo na tego typu „wrażliwe” treści w prasie i radiu. Nie do wyobrażenia było wręcz, by ktokolwiek napisał, że „Towarzysz Przewodniczący” prowadził bujne życie erotyczne, nawet jeśli dotyczyło ono bardziej przeszłości niż teraźniejszości.
Po pierwsze, taka informacja nie przeszłaby przez cenzurę, po drugie, każdy, kto odważyłby się ją skutecznie upublicznić, natychmiast wylądowałby za kratami pod zarzutem szkalowania przywódcy i działania na szkodę państwa.
„Dobry i zębaty”
Z perspektywy życia prywatnego czy obyczajowego jego następca – Edward Ochab – mógł uchodzić za postać nieciekawą, co nie unieważnia faktu, że podobnie jak Bierut, ten komunistyczny polityk miał polską krew na rękach. To za zgodą Ochaba w czerwcu 1956 r. w Poznaniu otwarto ogień do protestujących robotników, co ostatecznie kosztowało życie 58 osób.
Decydujący o losach obozu Europy środkowo-wschodniej Stalin mówił o Ochabie, że to „charoszyj i zubastyj bolszewik”, co w dosłownym tłumaczeniu oznaczało „dobry i zębaty”, czyli w praktyce: solidny i waleczny. W polskiej partii uważano, że był przede wszystkim „prosty w obejściu” – na co dzień dość szczery, niekonfliktowy i zarazem pozbawiony ogłady. To ostanie jednak nie wyróżniało go specjalnie negatywnie od wielu współpracowników, również „nieokrzesanych”.
Jeszcze przed wojną Ochab poślubił biedną żydowską dziewczynę, pielęgniarkę, z którą miał cztery córki (jedna urodziła się w Moskwie). W tym czasie uważał się bardziej za komunistę narodowości polskiej niż Polaka. Wiele lat później, już po odejściu ze stanowiska I sekretarza (a sprawował je przez kilka miesięcy w 1956 r.), zmienił zapatrywania na bardziej „narodowo-liberalno-komunistyczne” i ostatecznie znalazł się w gronie działaczy przeciwnych kolektywizacji rolnictwa w Polsce.
Prowadził się poprawnie, bez ekscesów, co ciekawe, był przekonany, że podlega metodycznej inwigilacji tajnych służb – peerelowskich i sowieckich. Niewiele osób wie, że jego najmłodszą córkę przygotowywał do matury Adam Michnik i według samego Ochaba zrobił to znakomicie.
Niespełniona miłość
Ci, którzy w ogóle pamiętają kolejnego partyjnego przywódcę – Władysława Gomułkę, widzą najczęściej przed oczami wyłysiałego starca w okularach z grubymi szkłami, który skrzeczącym głosem wygłaszał do mikrofonu kolejną, nudną i niezrozumiałą tyradę w języku partyjnej nowomowy, czy to o gospodarce, czy o przyjaźni „z bratnimi narodami ze Związkiem Radzieckim na czele”, czy o kryzysie polityczno-społecznym. Wypada przypomnieć, że ten „starzec” w chwili zakończenia politycznej kariery miał 65 lat.
W latach 1943–1948 stał na czele partii komunistycznej w Polsce, od 1945 roku pełniąc już formalną funkcję sekretarza generalnego Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej; współodpowiadał za brutalne represje, często o charakterze zbrodniczym, wymierzone zarówno w legalną, jak i nielegalną opozycję polityczną oraz w antykomunistyczne podziemie zbrojne. Nieco ponad dwie dekady później, w grudniu 1970 r., jako schyłkowy I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (stał na jej czele w latach 1956–1970), podjął decyzję o strzelaniu do strajkujących i protestujących robotników i manifestantów, w wyniku czego zamordowano 45 osób, raniono blisko 1,2 tys., a około 3 tys. aresztowano.
Osobnym zagadnieniem – nie usprawiedliwiającym, ale naświetlającym okoliczności – jest to, że Gomułka został zmanipulowany i wprowadzony w błąd przez część swoich współpracowników, dążących do zradykalizowania sytuacji w kraju i dzięki temu usunięcia go ze stanowiska; niemniej był autokratycznym i despotycznym przywódcą i w ostatecznym rozliczeniu sam odpowiadał za swoje czyny.
Może to zaskakujące, ale miał powodzenie u płci pięknej. Przed czterdziestym rokiem życia bywał nawet typem władczym, potrafił wykorzystać swoją pozycję w hierarchii partyjnej i środowiskowej do zdobycia kobiety. Po wojnie plotkowano, że kochały się w nim jego sekretarki, ale na tych platonicznych uczuciach się kończyło (tylko jeden intrygant, Włodzimierz Sokorski, twierdził, że było inaczej). Na uwagę zasługuje autentyczny przypadek takiego niedoszłego (a tragicznego w skutkach) „love story”. Powojenną sekretarką Gomułki była prawniczka, wykształcona na Uniwersytecie Warszawskim, należąca podczas wojny do AK, która później przeszła na stronę komunistów. Mimo tak różnego doświadczenia i odmiennych od Gomułki uwarunkowań życiowych – było nie było, robotnika jedynie po czterech klasach szkoły podstawowej i ukończeniu dwóch z trzech lat niższej szkoły zawodowej – zadurzyła się w swoim zwierzchniku miłością szczerą i autentyczną. Z tego powodu spotkał ją później osobisty dramat. Gdy w latach pięćdziesiątych komunistyczni współpracownicy Gomułki uznali go za zdrajcę partii, tę kobietę zamknięto na lata w „areszcie wydobywczym” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i siłą żądano, by zmyślała najbardziej nieprawdopodobne oskarżenia na jego temat: że planował przewrót antykomunistyczny, do tego współpracował z Gestapo i dążył do zerwania sojuszu z Moskwą itp. Sekretarka dostała ostatecznie pomieszania zmysłów.
Co ważne, gdy wyszła z więzienia i wróciła do zdrowia, nigdy o Gomułce nie powiedziała złego słowa; nie przemycała na jego temat żadnych dwuznaczności, nie wyrażała pretensji, wręcz odwrotnie. Twierdziła, że zadurzyła się w nim, bo postrzegała go jako człowieka sprawiedliwego, pracowitego, decyzyjnego i uczciwego, czuła się z nim po przyjacielsku związana.
Małżeństwo z represji
Nawet jeśli zdarzyły mu epizodyczne zdrady (poza pogłoskami wiadomo jedynie o jednej, kilkutygodniowej tego typu relacji z czasów okupacji), Gomułka darzył swoją żonę i jedynego syna szczerą miłością; dodajmy, że ich pierwsze dziecko zmarło wkrótce po narodzinach. Był fanatykiem pracy, według dzisiejszych standardów można by go uznać wręcz za pracoholika. Towarzyszyło temu osobiste głębokie przekonanie, że wszystko, czym się zajmował, wykonywał lepiej niż inni, między innymi dlatego, że – w jego ocenie – otaczać go mieli ludzie skrajnie leniwi i niezaangażowani, z Józefem Cyrankiewiczem na czele, którego zresztą określał pogardliwie mianem „Łysej Pały”. Ocena ta była daleka od prawdy, ale Gomułka był człowiekiem niecierpliwym, dużo wymagającym od członków kierownictwa, do tego podejrzliwym, co powodowało, że współpracownicy zwyczajnie bali się z nim rozmawiać, a to z kolei sprawiało, że podczas „audiencji” jego rozmówcy ograniczali się zazwyczaj do przytakujących gestów. I koło się zamykało, bo kiedy Gomułka nie otrzymywał żadnej merytorycznej informacji zwrotnej, uznawał, że nikt nic nie robi.
Jego żona – podobnie jak żona Ochaba – była z pochodzenia Żydówką. Gomułkowie żyli bez specjalnego przepychu, ale komfortowo, mieszkając w przestronnych – jak na warunki PRL – lokalach o powierzchni sześćdziesięciu i więcej metrów kwadratowych, ulokowanych w niskich, kilkupiętrowych blokach, m.in. przy ul. Saskiej i Na Skarpie w Warszawie. Gomułka miał bardzo wąskie grono znajomych, lubił z nimi posiedzieć przy stole, ale nie za często.
Żona trzymała Gomułkę krótko, nawet podczas środowiskowo-przyjacielskich imienin przyglądała się, czy aby zbyt ostentacyjnie nie łypie okiem na partnerki towarzyszy. Po jednej z tego typu sytuacji zabroniła mu chodzić na huczne przyjęcia do Mieczysława Moczara – szefa bezpieki w latach sześćdziesiątych.
Najlepiej czuł się w pracy i w domu, w którym zresztą też stale coś czytał i pisał; relaksował się podczas coniedzielnych spacerów w parku skaryszewskim lub kilkugodzinnych wypadów do podwarszawskiego Konstancina z żoną, synem, synową i wnuczkami (z czasem przydzielono im tam państwową willę w użytkowanie). Choć był niewierzący, a Kościół katolicki uważał za bastion radyklanego zacofania i głównego wroga ustroju socjalistycznego, a jego żona od zawsze pozostawała bezwyznaniowa, to jednak w domu zasiadali ponoć corocznie do wieczerzy wigilijnej; co niechybnie przywołuje, może niesprawiedliwie dla faktów, odpowiednie sceny z filmu Sylwestra Chęcińskiego „Rozmowy kontrolowane”.
Komuniści konsekwentnie popierali wolne związki seksualne i nie uznawali małżeństw kościelnych, opowiadając się za relacjami opartymi na osobistym wyborze i pozbawionymi jakiejkolwiek – nie tylko katolickiej – sankcji religijnej. W realiach II Rzeczypospolitej skutkowało to tym, że wiele par damsko-męskich związanych z prosowieckim ruchem rewolucyjnym nie decydowało się na formalizację związku. Tak też było z Gomułkami. Poznali się w lipcu 1927 r., a ślub zawarli dopiero w kwietniu 1951 r.; on miał 46, ona 49 lat. Przypuszczali, że wkrótce Gomułka zostanie aresztowany (do czego doszło w sierpniu) i dlatego, by uniknąć ewentualnych komplikacji prawno-biurokratycznych, także spadkowych, zawarli ślub cywilny.
Na marginesie, chichotem historii pozostaje fakt, że jeden ze światków zawartego związku okazał się agentem bezpieki, który inwigilował „partyjnego zdrajcę” i donosił na niego. Żona trzymała Gomułkę krótko, nawet podczas środowiskowo-przyjacielskich imienin przyglądała się, czy aby zbyt ostentacyjnie nie łypie okiem na partnerki towarzyszy. Po jednej z tego typu sytuacji zabroniła mu chodzić na huczne przyjęcia do Mieczysława Moczara – szefa bezpieki w latach sześćdziesiątych.
Perfekcjonista z kromką razowca
Czwarty z kolei I sekretarz PZPR Edward Gierek (1970–1980) też nie doczekał się publicznych skandali obyczajowych. Po latach oskarżano go o nadużycia finansowe, kumoterstwo i nepotyzm, czy niekompetencje w zarządzaniu PRL, także dramat Czerwca 1976 r. oraz o zbytnie kłanianie się Moskwie, czego haniebnym przejawem było służalcze odznaczenie Leonida Breżniewa orderem Virtuti Militari za wyjątkowe męstwo na wojnie, ale nie twierdzono, że Gierek miewał romanse. Ponownie, funkcjonują jakieś niepotwierdzone historie na ten temat, niemniej nie wychodzą one poza „hipotezy” i niepoprawne żarty.
Ciekawiej wypadają informacje o prywatnej stronie życia Wojciecha Jaruzelskiego. Tylko tu znów trzeba zrobić pauzę i zaznaczyć, że dramatyczne skutki jego działań politycznych do dziś dotykają niektórych ludzi, dlatego, co zrozumiałe, nie potrafią oni rozmawiać bez emocji o I sekretarzu stojącym na czele PZPR w latach 1981–1989. Pamiętamy, że ten polityk miał dużo na sumieniu: kierował represjami religijnymi w Ludowym Wojsku Polskim, współodpowiadał za udział LWP w inwazji na Czechosłowację, był też współodpowiedzialny za krwawe stłumienie robotniczych wystąpień na Wybrzeżu (strzelanie do manifestantów) w grudniu 1970 r., i wreszcie, że przeprowadził pucz wojskowy i wprowadził stan wojenny 13 grudnia 1981 r., a w konsekwencji był współodpowiedzialny za 30 ofiar śmiertelnych (m.in. za zbrodnię w kopalni „Wujek”), które zginęły do lipca 1983 r. i za kolejne ok. 100 ofiar śmiertelnych (do lipca 1989 r.) oraz przestępstwa przeciwko prawom człowieka popełnione w tym okresie.
Mieliśmy do czynienia z człowiekiem, którego całkowicie odmieniła wojna. Potrafił się adaptować do okoliczności niczym kameleon do zmian flory. Choć fizjonomią i zachowaniem przypominał kostycznego urzędnika, to okazał się zdolnym i wysoce elastycznym komunistą, lawirującym między rywalami. Ostatecznie utrzymał się na szczytach polityki przez rekordowo długi okres (od 1968 do 1990). Jego hamletyzujące rozterki nie wykluczały ostatecznej twardości i bezwzględności postępowania, czy kategoryczności osądów, wreszcie pewnej surowości, przejawianej wobec wszystkich, z sobą włącznie. Faktyczny abstynent i introwertyk, z rysem narcyza i prymusa, gładki, pełen kultury osobistej wyniesionej z domu, stał się lokalnym dyktatorem.
Podobnie jak Gomułka był typem pracoholika, ale dodatkowo miał rys wręcz maniakalnego perfekcjonisty, potrafił w nieskończoność powtarzać musztrę, jak i poprawiać swoje referaty. Dla niego nigdy nie było sytuacji wystarczająco dobrej, co więcej, był programowym pesymistą. Codzienne lęki neutralizował przestrzegając szczegółowych harmonogramów działań, które sam sobie narzucał. Kochał córkę, ale nie był w tym uczuciu wylewny; żonę miał energiczną, dominującą, sam okazał się raczej sentymentalistą i cholerykiem ze skłonnościami do depresji. Dopiero narodziny późnego wnuka uczyniły go nieco radośniejszym i niekiedy mniej zasadniczym.
Jadał raczej prosto, do jego ulubionych dań należała kromka razowca z miodem i białym serem. Niektórzy twierdzili, że kiedy pozostawał czynnym wojskowym i politykiem, wystarczał mu nawet suchy chleb, nie dbał o to. Była w tym jakaś ogólna prawda, ale i sporo przesady. Jako minister obrony, premier i szef partii Jaruzelski miał oczywiście stały dostęp do dóbr luksusowych, wożono go znakomitymi – jak na warunki PRL – autami, wypoczywał w ośrodkach rządowych i stale korzystał z pomocy adiutantów, więc daleko mu było do ascety. Nie znał trosk materialnych choćby dlatego, że przysługiwał mu nieograniczony w praktyce dodatek reprezentacyjny. Niemniej trzymał się w ryzach, nie folgował rozrywkom, a intencjonalne dorobkiewiczostwo finansowe uważał za coś niskiego, nieprzystającego człowiekowi z jego sfery.
Pamiętajmy bowiem, że Jaruzelski pochodził ze średnio sytuowanego ziemiaństwa, z rodu szlacheckiego herbu Ślepowron. Nie chował się w czworakach, tylko w rodzinnej posiadłości swojej matki, w dzieciństwie był przyzwyczajony do dobrobytu, miał swojego kucyka, po przydomowym ogrodzie biegały dobermany, a jego ojciec ciężką pracą dorobił się przed wojną samochodu. To wojna zabrała jego rodzinie wszystko.
Według płk Ryszarda Kuklińskiego, który dostarczał amerykańskiemu wywiadowi informacji na temat planów i działalności wojskowej Związku Sowieckiego oraz wojsk Układu Warszawskiego, Jaruzelski górował nad otoczeniem inteligencją i pracowitością, cechował go stały głód wiedzy, wyjątkowa pamięć wzrokowa i rzadko spotykane zdolności analityczne i syntetyczne. Mimo że łatwo się denerwował, często z błahych przyczyn, to w sytuacjach trudnych – jak czytamy w notatce Kuklińskiego dla CIA – zachowywał spokój. Należał do autentycznych i zagorzałych zwolenników ścisłego sojuszu z Moskwą, dlatego wszelkie działania zmierzające w przeciwnym kierunku uważał za grożące katastrofą PRL.
Nie prowadził życia towarzyskiego, spędzał większość czasu w pracy. Lubił pływać, grać w siatkówkę, co jakiś czas obejrzeć w sali projekcyjnej Ministerstwa Obrony Narodowej film z Zachodu niepokazywany w publicznych kinach. Namiętnościom folgował ponoć tylko przez kilka powojennych lat – prowadził wtedy beztroskie życie, miewał jakieś przelotne miłości, ale wszystko na swoją miarę, a więc „bez szaleństw”. Już po upadku PRL dawny kierownik grupy łącznikowej KGB w Warszawie napisał o Jaruzelskim:
„Najważniejszą cechą wyróżniającą go spośród otoczenia było nietypowe dla Polaków wewnętrzne opanowanie, oszczędność gestów i zewnętrznych przejawów uczuć”.
Z kolei autor jednej z jego biografii, zatytułowanej „Generalissimus”, sugerował, że Jaruzelski mógł mieć skłonności homoseksualne, jednak poparł tę sugestię jedynie intuicyjno-psychologiczną hipotezą, słowem nie wyszedł poza domniemane pytania pozostające bez odpowiedzi.
Puryści i pijacy
Bardzo charakterystyczną cechą Jaruzelskiego była wspomniana już abstynencja. Jeśli musiał przy jakiejś okazji pić, to zwilżał jedynie usta alkoholem w kieliszku. Bardzo różnił się tym od przeważającej większości wojskowych i partyjnych współtowarzyszy. Gdy wieloletni minister spraw zagranicznych PRL i członek Biura Politycznego KC PZPR Stefan Olszowski zaczynał biesiadować, to pił na umór, podobnie Stanisław Kania, którego w ostatnich miesiącach sekretarzowania na wpół przytomnego odwożono niemal codziennie z budynku Komitetu Centralnego do domu. Jaruzelski tak to wspominał:
„On w ostatnich miesiącach się rozpił. On codziennie po południu był zupełnie pijany. Jak się z nim rozmawiało, to był bełkot. […] Jemu wystarczył kieliszek wina. To nie to, że był alkoholikiem w takim sensie, że on się zalewał spirytusem, czy coś. Nie. Prawdopodobnie jego wytrzymałość psychiczna już była wtedy tak osłabiona w wyniku takiej bezradności faktycznie, że wystarczył ten kieliszek. To było demoralizujące. Przecież to była tajemnica poliszynela”.
A kuchnia? O Jaruzelskim już wspomnieliśmy. Wiemy też, że Gierek lubił dobrze i tłusto zjeść, preferował – co nie dziwi – kuchnie śląską, nie stronił czasem od kieliszka czy kilku kieliszków wódki jeśli była okazja, ale nie miał żadnego problemu z alkoholem. Podobnie Gomułka, potrafił i mógł wypić, ale pił rzadko i mało (odrobinę więcej w Sylwestra), poza tym dbał o wagę. Kiedy tylko przybierał parę kilo, klepał się po brzuchu i przechodził na dietę; kiedy czuł się dobrze, lubił zjeść placki ziemniaczane albo smażoną rybę. Też nie wybrzydzał, jadł co mu podano; tylko w więzieniu bezpieki w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych wściekał się na monotonię posiłków. Dodajmy, że regularnie się gimnastykował, nieźle pływał, do tego każdego ranka wskakiwał na rowerek stacjonarny, co irytowało zresztą mieszkającego piętro niżej sąsiada. Na emeryturze narzekał, ze „jest sterany życiem”, mimo to każdego dnia chodził na kilkugodzinne spacery, bez ochrony. Nie poddawał się.
Inaczej niż Bierut, który co najmniej od jesieni 1954 r. żył w narastającym napięciu, bał się, że zostanie rozliczony przez Sowietów na podobieństwo Berii, jako przedstawiciel „starej”, stalinowskiej ekipy. Ten jego strach wzmógł się po ujawnieniu na falach zachodnich radiostacji sekretów i przestępstw władzy komunistycznej przez zbiega z Polski Ludowej – ppłk. bezpieki Józefa Światłę. Bierut zaczął nadużywać alkoholu do tego stopnia, że jego otoczenie widywało go pijanym w trakcie pełnienia obowiązków; w 1955 r. upił się publicznie w najważniejsze święto państwowe PRL (22 lipca). A wcześniej był abstynentem, w młodości nawet działał w towarzystwie „Trzeźwość”, jedynie palił papierosy. Był to temat tabu, nikt ze współpracowników nawet nie próbował mu zwrócić uwagi.
W ostatnich miesiącach życia podupadł na zdrowiu, przeszedł ciężkie zapalenie płuc, grypę i zapaść serca. Gdy 25 lutego 1956 r. komunistyczny przywódca Nikita Chruszczow przedstawił w Moskwie na zamkniętym posiedzeniu partyjnym referat „O kulcie jednostki i jego następstwach”, w którym otwarcie zakwestionował czystość intencji samego Stalina, było oczywiste, że wkrótce podobna lawina rozliczeń ruszy w innych krajach, a na pewno w Polsce, w której emocje społeczne buzowały. Bierut nie chciał się pogodzić ani z tym, co usłyszał, ani z nasuwającymi się wnioskami. Któregoś dnia zasłabł i został przewieziony do szpitala. Zmarł w połowie marca 1956 r. wskutek zatoru płucnego.
