Sporo się pisze i mówi o uwarunkowaniach politycznych w tym czasie, ale ówczesna sytuacja społeczna, funkcjonowanie Niemców pozostaje w Polsce rozdziałem nieznanym. Pisząc o bardzo ciężkich warunkach życia w tamtym czasie, nie można tracić z oczu ciągu przyczynowo-skutkowego tych wydarzeń. Gdyby nie 1 września 1939 r. – nie byłoby cierpień Niemców po 1945 r. Próbując zrozumieć współczesnych Niemców i ich spojrzenie na wojnę, warto jednak przyjrzeć się również ich doświadczeniom w latach 1945–1949: jak wyglądały Niemcy po wojnie? Jakie problemy stanęły przed władzami i społeczeństwem? Jak toczyło się życie codzienne?
Historia znana
Historia polityczna Niemiec po 1945 r. jest dobrze znana i zbadana. Podręczniki szkolne opisują przejęcie władzy przez aliantów, utworzenie władz okupacyjnych, wdrażanie postanowień konferencji w Poczdamie (tzw. 4 D: denazyfikacja, demilitaryzacja, dekartelizacja, demokratyzacja). Bezwarunkowa kapitulacja Niemiec oznaczała, że każda decyzja aliantów musiała być przyjęta bez możliwości negocjacji. Rolą władz okupacyjnych było nie tylko ukaranie Niemców (a więc przede wszystkim denazyfikacja i egzekwowanie poboru reparacji), ale również przywrócenie warunków do możliwie normalnego życia, zapewnienie aprowizacji, zapobieżenie rabunkom i wzrastającej kryminalizacji życia, przywrócenie względnego porządku publicznego.
Bezwarunkowa kapitulacja Niemiec oznaczała, że każda decyzja aliantów musiała być przyjęta bez możliwości negocjacji. Rolą władz okupacyjnych było nie tylko ukaranie Niemców (a więc przede wszystkim denazyfikacja i egzekwowanie poboru reparacji), ale również przywrócenie warunków do możliwie normalnego życia.
Bardzo szybko okazało się, że problemy przerastają zbyt szczupłe możliwości ludzkie i finansowe administracji cywilnej i wojskowej aliantów. Nie było innego wyjścia, jak zacząć współpracować z Niemcami. Co do zasady alianci odsuwali od władzy tych urzędników, którzy piastowali wysokie stanowiska po 1933 r., jednak na niższych pozostawiano dotychczasową obsadę i nikt nie przejmował się denazyfikacją – ważniejsze było sprawne działanie urzędów i przywrócenie możliwości funkcjonowania, szczególnie w miastach, choćby na najniższym poziomie logistycznym.
Sojusznicza Rada Kontroli wydawała kolejne akty prawne dotyczące dopuszczania Niemców do zawodów publicznych (urzędników, zawodów prawniczych, władz lokalnych) po ich wcześniejszej weryfikacji. Najczęściej zabraniano wykonywania zawodów „członkom partii nazistowskiej”, którzy brali aktywny udział w jej działalności. Nie sprecyzowano jednak, co miałaby oznaczać „aktywna działalność” w NSDAP, w związku z tym sądy alianckie, a później niemieckie interpretowały ten przepis dowolnie, wydając raczej łagodne wyroki.
Sytuację polityczną komplikowały również narastające różnice ideologiczne między aliantami i skrajnie odmienne plany co do przyszłości Niemiec. Sowieci nie chcieli dopuścić do podziału Niemiec, gdyż tym samym tracili nadzieję na opanowanie lub przynajmniej uzyskanie wpływów w całym państwie. Alianci zachodni, nie widząc szans na odzyskanie sowieckiej strefy okupacyjnej, z czasem dążyli do podziału Niemiec. W związku z tym zmieniało się również postrzeganie przez aliantów ludności niemieckiej: dla Sowietów mieszkańcy wschodniej strefy okupacyjnej stali się przedmiotem bezwzględnej sowietyzacji, dla aliantów zachodnich ludność niemiecka z czasem była pożądanym sojusznikiem. W ramach planu Marshalla zachodnim strefom okupacyjnym przekazano 1,5 mld dolarów pomocy, czyli 11 proc. wszystkich środków z planu odbudowy Europy, a odbudowa Niemiec i konsolidacja społeczeństw Europy Zachodniej wobec sowieckiego zagrożenia stawała się ważniejsza niż rozliczenie Niemców. Jak bardzo zmieniła się sytuacja polityczna, najlepiej ukazuje fakt, że w trakcie sowieckiej blokady Berlina Zachodniego (czerwiec 1948 – wrzesień 1949) amerykańscy i angielscy piloci dostarczali pomocy w ramach tzw. mostu powietrznego. Podczas gdy jeszcze 3 lata wcześniej te same siły zbrojne (czasem nawet ci sami piloci) brały udział w nalotach dywanowych na niemieckie miasta.
W najbardziej zniszczonym Dreźnie na każdego mieszkańca przypadało 40 m3 gruzów. Przed 1945 r. gruz po nalotach usuwali jeńcy wojenni i robotnicy przymusowi, ale po upadku III Rzeszy ciężar ten spadł na mieszkańców, którzy przeżyli i wracali do swoich miast.
Wraz z eskalacją napięć między Zachodem a Sowietami spadał też entuzjazm okupantów do rozliczenia zbrodni niemieckich. W latach 1945–1949 odbyło się kilka wielkich procesów przed sądami alianckimi. W najważniejszym z nich, tzw. głównym procesie w Norymberdze przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym (od 20 listopada 1945 do 1 października 1946 r.), oskarżonych zostało 22 przedstawicieli władz wojskowych i cywilnych Rzeszy Niemieckiej. Alianci starali się odpowiednio przygotować społeczeństwo niemieckie poprzez rozbudowaną akcję propagandową. O przebiegu procesu szeroko informowała prasa niemiecka licencjonowana przez alianckich okupantów. Komentujący proces norymberski korespondenci zagraniczni pisali, że Niemcy nie są nim zainteresowani. Niemiecki korespondent „Tagesspiegel” napisał 8 grudnia 1945 r.:
„Zainteresowanie [Niemców – J.L.] procesem norymberskim jest podzielone. Wielu w ogóle nie chce o tym słyszeć, inni chcieliby, aby powieszono po prostu tych ludzi, i koniec z tym (und damit basta)!”.
Niemcy nie chcieli słyszeć o zbrodniach, ale w tym samym stopniu nie interesowała ich polityka. Skupiali się przede wszystkim na codziennym życiu – pozyskaniu jedzenia, dachu nad głową, odgruzowaniu miast, poszukiwaniu najbliższych, o których często niewiele wiedzieli.
Krajobraz księżycowy
Myśląc o stratach wojennych, w naturalny sposób skupiamy się na ofiarach, na państwach, które zostały zaatakowane i zniszczone przez Rzeszę Niemiecką. Do powszechnej świadomości znacznie mniej przebija się fakt, że również Niemcy po wojnie były państwem zrujnowanym i zniszczonym. Już w marcu 1942 r. rozpoczęły się nocne brytyjskie i amerykańskie naloty na niemieckie miasta, a od wiosny 1943 r. również dzienne. Zbombardowano m.in. Hamburg, Kolonię, Berlin, Duisburg, Drezno – w sumie 41 dużych i 158 średnich miast, w których zginęło ok. 600 tys. mieszkańców. Zniszczenia przeciętnie wynosiły od 50 do 60 proc. tkanki miejskiej, najbardziej jednak dotknęły one centra miast, starówki, a najmniej obrzeża.
W najbardziej zniszczonym Dreźnie na każdego mieszkańca przypadało 40 m3 gruzów. Przed 1945 r. gruz po nalotach usuwali jeńcy wojenni i robotnicy przymusowi, ale po upadku III Rzeszy ciężar ten spadł na mieszkańców, którzy przeżyli i wracali do swoich miast. Władze alianckie oddawały do dyspozycji władz komunalnych jeńców niemieckich, zmuszano też byłych członków NSDAP do pracy przy odgruzowywaniu.
Miliony uciekających i wysiedlonych z Europy Środkowej Niemców nie były chętnie przyjmowane przez rodaków. Stanowili oni konkurencję do deficytowych dóbr – żywności, dachu nad głową, alianckiej pomocy.
Czasem zgłaszali się również ochotnicy, bo po pracy otrzymywali talerz zupy lub kartki żywnościowe. Z tamtego czasu pozostało wiele zdjęć, a niektóre z nich uznano za arcydzieła fotografiki, np. zdjęcie Richarda Petera z drezdeńskiej wieży ratuszowej – ocalała po bombardowaniach figura przedstawiająca alegorię Dobra spogląda na zrujnowane Drezno. Ostatnia brygada odgruzowująca Drezno skończyła pracę w 1977 r.
W Berlinie gruzy wywożono na tzw. Teufelberg (Diabelska Góra), który urósł w ten sposób do wysokości 120 m n.p.m. – Diabelska Góra była najwyższym szczytem Berlina Zachodniego.
Miliony w drodze
Koniec wojny uruchomił w Niemczech istną wędrówkę ludów. Harald Jähner wspomina, że w lecie 1945 r. w strefach okupacyjnych żyło 75 mln ludzi, połowa z nich „nie na swoim miejscu”1. Jeszcze przed końcem wojny 9 mln mieszkańców miast ewakuowano na wieś, 12,5 mln Niemców uciekło przed Armią Czerwoną lub zostało wysiedlonych z państw Europy Środkowej, 7 mln stanowili tzw. dipisi (od ang. displaced persons – osoby przemieszczone, w skrócie DPs). Jeśli dodamy do tego niedziałającą komunikację, zrujnowane drogi, zniszczenia mieszkań sięgające 45 proc. w skali całych Niemiec, to otrzymamy obraz chaosu, nędzy, rozpaczy, ale i rosnącej w tych warunkach przestępczości i brutalizacji życia, z którą nie radziły sobie również władze okupacyjne.
Miliony uciekających i wysiedlonych z Europy Środkowej Niemców nie były chętnie przyjmowane przez rodaków. Stanowili oni konkurencję do deficytowych dóbr – żywności, dachu nad głową, alianckiej pomocy. W niektórych regionach byli ogromnym problemem, np. w Meklemburgii-Pomorzu Przednim udział wysiedlonych Niemców w ogólnej liczbie ludności wynosił 45 proc. Miejscowa ludność odnosiła się do nich z niechęcią i pogardą, a czasem nawet agresywnie. Uważano ich za gorszych, ubogich rodaków, ale ostatecznie to oni stanowili główną siłę napędową niemieckiego „cudu gospodarczego” – pozbawieni majątków, niemający nic do stracenia, umieszczeni w obozach dla przesiedleńców, gdzie w ciasnocie mieszkało często kilkanaście osób w jednym pokoju (ostatni obóz zlikwidowano dopiero w 1966 r.), rzucili się w wir pracy i z entuzjazmem budowali nowe Niemcy.
Jeszcze większym problemem byli dipisi, do których zaliczano przede wszystkim jeńców wojennych, byłych robotników przymusowych oraz więźniów uwolnionych z obozów koncentracyjnych. Pod koniec wojny warunki w obozach jenieckich i koncentracyjnych dramatycznie się pogorszyły. W wielu miastach niemieckich dochodziło do masakr robotników przymusowych – w ten sposób próbowano ich zastraszyć i dyscyplinować. Po latach spędzonych w obozach wielu więźniów było skrajnie zdemoralizowanych, co więcej uważali oni, że mają moralne prawo wymierzyć sprawiedliwość wyjętym teraz spod prawa Niemcom. Jak napisał brytyjski historyk Ben Shephard:
„spodziewano się, że po latach niewolniczej pracy [byli więźniowie – J.L.] będą ulegli, bezwolni i skorzy do wyrażania wdzięczności, tymczasem cierpieli na syndrom wyzwolenia, na który składa się żądza zemsty, głód i euforyczny nastrój”2.
Masowo więc zdarzały się samosądy, rabunki, gwałty. Paradoksalnie sojusznikiem władz okupacyjnych w tej trudnej i delikatnej sytuacji stawały się lokalne niemieckie władze, a nawet niemiecka policja. Samoistnie wytworzył się
„makabryczny sojusz alianckich i niemieckich stróżów porządku”3.
Niemcy dość ochoczo przyjęli rolę pomocników i sojuszników alianckich władz okupacyjnych, co w specyficzny sposób skomentowano w wydanej przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych „Instrukcji dla brytyjskich żołnierzy w Niemczech 1944” (Instructions for British Servicemen in Germany 1944):
„Niemcy są brutalni, gdy zwyciężają, ale skomlą i rozczulają się nad sobą w chwili klęski”.
Eric Lichtblau w książce Sąsiedzi naziści ocenił, że najgorszy los spotkał ocalałych z zagłady Żydów, którzy nadal przebywali w obozach. Doznawali szykan nie tylko ze strony „nowych strażników” (wśród których było również sporo Niemców), ale także innych byłych więźniów4.
Opowieści krążące o warunkach, w jakich przebywali dipisi, zwłaszcza żydowscy, skłoniły prezydenta USA Harry’ego Trumana do oddelegowania specjalnego wysłannika Earla G. Harrisona, byłego komisarza ds. imigracyjnych, z zawodu prawnika, aby na miejscu sprawdził sytuację. Raport był szokujący. Harrison pisał:
„W chwili obecnej wydaje się, że traktujemy Żydów tak samo jak naziści, z tą jedną różnicą, że nie przeprowadzamy ich eksterminacji”5.
Wyzwoleni więźniowie wciąż byli skoszarowani – najczęściej w byłych obozach koncentracyjnych. W wyniku problemów aprowizacyjnych nadal panowało niedożywienie i fatalne warunki higieniczne. Trzymano ich w zamknięciu, gdyż obawiano się rozprzestrzeniania się chorób, agresji ze strony innych więźniów i aktów zemsty na niemieckich cywilach.
Najszybciej rozwiązał się problem z dipisami z Europy Zachodniej – Włosi, Francuzi, Hiszpanie już kilka tygodni po wojnie wyruszyli do swoich krajów. Wielu dipisów z Europy Wschodniej nie chciało wracać. Badacz dipisów w Niemczech Wolfgang Jacobmeyer podaje, że ok. 300 tys. polskich dipisów odmówiło powrotu do kraju (z 1,7 mln przebywających w Niemczech) z powodu – jak pisze autor – obaw przed komunistycznym rządem6.
Kobiety ruin
Przed wojną Niemcy liczyły ok. 69 mln mieszkańców, w czasie wojny zginęło ok. 7,2 mln obywateli (10,4 proc. populacji). Dodatkowo 1–1,2 mln jeńców zmarło w łagrach (spośród ok. 4,5 mln wziętych do niewoli). Straty dotyczyły głównie mężczyzn, choć wśród 2,7 mln ofiar cywilnych było również wiele kobiet i dzieci.
Powojenne Niemcy to kraj kobiet. Nazywano je często „kobietami ruin” (Trümmerfrauen). Szły odgruzowywać niemieckie miasta nie z chęci odbudowy ojczyzny, lecz dlatego że udział w tych pracach gwarantował przydział tzw. drugiej kategorii kartek żywnościowych, a więc lepszej niż urzędnicy w administracji. Z miejskich skwerków tworzyły ogródki warzywne, piekły i gotowały złapane przez dzieci ptaki, psy i koty.
Wieloletnie ciężkie doświadczenia, konieczność podejmowania nowych wyzwań i zapewnienia przetrwania własnej rodzinie zmieniły zupełnie stosunki społeczne w powojennych Niemczech.
Ich los w czasie wojny, szczególnie w dwóch ostatnich latach, stawał się coraz trudniejszy. Niezależnie od tego, czy zachowały neutralność, wspierały reżim, czy były jego wrogami, to na nie spadł główny ciężar prowadzenia domu, wychowywania dzieci, zdobywania żywności. Z czasem zaczęły zastępować mężczyzn w zakładach pracy. Im dłużej trwał konflikt zbrojny, im zwiększał się wysiłek wojenny państwa, tym bardziej kobiety niemieckie wchodziły w męski świat: prowadziły tramwaje, naprawiały linie elektryczne, pracowały w hutach, obsługiwały maszyny, jednocześnie stawały się „głowami rodzin”.
Koniec wojny był dla nich szczególnie trudny – coraz większe problemy aprowizacyjne, chaos i wkroczenie armii alianckich naraziły kobiety niemieckie na jeszcze większą biedę, przemoc, gwałty. Szacuje się, że czerwonoarmiści zgwałcili nawet 2 mln Niemek – potraktowali je jak zdobycz wojenną i instrument zemsty na niemieckich mężczyznach. Tematem tabu do niedawna były gwałty armii zachodnich sojuszników. Według powojennych szacunków amerykańscy, francuscy i brytyjscy żołnierze zgwałcili ok. 11 tys. Niemek. W 2015 r. liczbę tę podważyła niemiecka historyk Miriam Gebhardt, która w książce Als die Soldaten kamen (Gdy przyszli żołnierze) oszacowała, że alianci zachodni zgwałcili w ostatnich tygodniach wojny 860 tys. niemieckich kobiet, a przeszło 5 proc. dzieci narodzonych w latach 1945–1955 w sektorach okupowanych przez aliantów pochodziło z gwałtów. Amerykańską tezę o rzekomej „sprzedajności niemieckich kobiet” trudno jest utrzymać wobec faktu ogromnej ówczesnej biedy, konieczności wyżywienia własnych dzieci, braku mężczyzn, którzy mogliby je wesprzeć i ochronić.
W zachodnich strefach okupacyjnych powoli, lecz sukcesywnie odbudowywała się gospodarka, powstawały miejsca pracy, poziom życia poprawiał się z miesiąca na miesiąc.
Wieloletnie ciężkie doświadczenia, konieczność podejmowania nowych wyzwań i zapewnienia przetrwania własnej rodzinie zmieniły zupełnie stosunki społeczne w powojennych Niemczech. Przedwojenny model społeczny, który wpisywał kobietę w przestrzeń „trzech K” – Kinder, Küche, Kirche (dzieci, kuchnia, kościół), stał się niemożliwy do utrzymania. Kobiety – chcąc nie chcąc – nauczyły się żyć samodzielnie i podejmować nawet najtrudniejsze decyzje. We wspomnieniach jednego z powracających z wojny mężczyzn, które przytacza Harald Jähner, można przeczytać takie zdanie:
„Dużo czasu mi zajęło, zanim zrozumiałem, że gdy mnie nie było, ona nauczyła się mówić »ja«”.
Tak zwani Heimkehrer (mężczyźni wracający z wojny, z niewoli) wyglądali często jak upiory – wyniszczeni, postarzali, zaniedbani, najczęściej cierpiący na PTSD (stres pourazowy). Dzieci i żony bały się własnych ojców i mężów, których nierzadko już nie pamiętały.
Nowe życie
Wobec zaostrzających się stosunków między aliantami i sporów o kształt przyszłych Niemiec – sojusznicy zachodni szybko zadecydowali o pomocy dla głodujących Niemców. W listopadzie 1945 r. amerykańskie stowarzyszenia charytatywne założyły organizację CARE (Cooperative for Assistance and Relief Everywhere). Już od lipca 1946 r. do Niemiec zaczęły przypływać statki wypełnione amerykańską pomocą. W każdym pakiecie pomocowym było 4,5 kg mięsa i podrobów, ponad 3 kg płatków kukurydzianych, płatków owsianych i ciastek, ponad 1,5 kg owoców i budyniu, ok. 1 kg warzyw, ok. 2 kg cukru, pół kilo kakao, kawy i innych napojów, pół litra skondensowanego mleka, 25 dag masła, paczka papierosów i oczywiście guma do żucia. Szacuje się, że co 140 rodzina w Niemczech skorzystała z tej pomocy. Jeśli dodamy do tego pomoc z planu Marshalla, zdyscyplinowanie i pracowitość Niemców, efekt tych działań nie powinien dziwić.
W zachodnich strefach okupacyjnych powoli, lecz sukcesywnie odbudowywała się gospodarka, powstawały miejsca pracy, poziom życia poprawiał się z miesiąca na miesiąc. Mieszkańcy czuli, że wojna i jej skutki, choć ciągle widoczne, stają się przeszłością. Miasta opanowywało szaleństwo zabaw i tańca. Powstawało mnóstwo knajp dla biednych i bogatych, zarówno w miastach, jak i na prowincji. Królowały boogie-woogie i jazz (zabroniony w czasach Hitlera). Na masową skalę produkowano nielegalny alkohol, dlatego też pilnowano, aby na imprezy nie wchodziła młodzież niepełnoletnia. Było to o tyle przewrotne, że kilka miesięcy wcześniej tych samych młodych ludzi uznano za zdolnych do zabijania, wysyłając ich do służby w Volkssturmie.
Powstała w 1949 r. Republika Federalna Niemiec w ciągu kilkudziesięciu lat stała się jednym z najbogatszych krajów Europy. Stworzona w tym samym roku Niemiecka Republika Demokratyczna, jako państwo „frontowe” zimnej wojny, była całkowicie uzależniona od Związku Sowieckiego.
Tekst pochodzi z numeru 5/2023 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN,
placówkach Poczty Polskiej lub na stronie ksiegarniaipn.pl
1 H. Jähner, Czas wilka. Powojenne losy Niemców, tłum. A. Żychliński, Poznań 2021.
2 B. Shephard, Powrót, tłum. J. Dzierzgowski, Warszawa 2016.
3 H. Jähner, Czas wilka…
4 E. Lichtblau, Sąsiedzi naziści. Jak Ameryka stała się bezpiecznym schronieniem dla ludzi Hitlera, Kraków 2015.
5 Ibidem.
6 W. Jacobmeyer, Vom Zwangsarbeiter zum heimatlosen Ausländer: die Displaced Persons in Westdeutschland 1945–1951, Göttingen 1985.
