Polanki to wieś, a właściwie przysiółek, położony między Sokółką a Czarną Białostocką. W 1921 r. w Polankach mieszkało 14 osób. Nawet dziś jest tam niewielu mieszkańców, podobnie było w czasie II wojny światowej.
Zakręt torów
Obok osady przebiega linia kolejowa, łącząca Grodno z Białymstokiem. Przed Polankami tory skręcają, co skutkuje tym, że pociągi muszą zwolnić. Gdy w lutym 1943 r. miała miejsce likwidacja getta grodzieńskiego, to dla jadących w transporcie do Treblinki Żydów spowolnienie pociągu było sygnałem do podjęcia desperackiej próby ucieczki z transportu do Treblinki. Prawdopodobnie w 1943 r. niewielu z nich wierzyło w zapewnienia niemieckie, że jadą do pracy, stąd też prób ucieczek było bardzo dużo.
Żydzi z getta białostockiego nazywali takich uciekinierów „springerami” – skoczkami. Często ci, którym udało się zbiec, szukali schronienia w Białymstoku, uznawanym za relatywnie bezpieczne miejsce. W lutym 1943 r. z transportu jadącego z Grodna wyskoczyła młoda kobieta z dzieckiem.
Latem 1944 r. w obozie partyzanckim w Puszczy Knyszyńskiej opowieści o ich losie wysłuchał późniejszy historyk białostockich Żydów – Szymon Datner. Opowiedziała mu ją kobieta, którą nazywał: Geniuszowa. Być może Datner coś pomylił, gdyż nikt o takim nazwisku czy przydomku nie mieszkał w Polankach. Natomiast wiele osób z tej i okolicznych wsi pamięta, dziś już z przekazów rodzinnych, to, co zdarzyło się tego lutowego dnia. Historia ta odcisnęła swoje piętno na lokalnej społeczności jak żadna inna.
Mamusia jest już u aniołków, Halinka jeszcze nie
Matka zginęła podczas skoku z pociągu. Dziecko ocalało i tuliło się przerażone do jej stygnącego ciała. Tak znaleźli je mieszkańcy Polanek. Geniuszowa opowiadała:
„Śliczne to było dziecko jak laleczka [...] i zupełnie do żydowskiego niepodobne. Włosy jasno blond, oczy jasno niebieskie, buzia pełna rumiana. Sądząc z ubioru pochodziło z bogatego domu. […] Nie płakało, lecz patrzyło dookoła szeroko rozwartymi oczkami, nie opierało się, gdy ludzie odciągnęli je od matki i zabrali na wieś”1.
Zabrano je do jednej z chałup ogrzano i nakarmiono.
„A jakie mądre to było dziecko. Opowiadało prosto i jasno, jak i niejeden dorosły nie potrafi. Chwyciło wszystkich za serce, wzruszyło i podbiło, a oni stali dokoła, gromadka polskich wieśniaków i wieśniaczek, co która zada pytanie, to która podniesie rękę i otrze oczy. Z przejęciem słuchali szczebiotu maleństwa: nazywam się Halinka, mam cztery latka, mój tatuś był doktorem w Grodnie, mamusia jest z Warszawy, dziadziuś i babunia żyli w Warszawie. Mamusia mówiła, że tatuś poszedł do aniołków i dziadziuś i babunia poszli do aniołków. W pociągu mamusia mówiła, że mamusia i Halinka niedługo pójdą do aniołków i będą już razem z tatusiem, dziadziusiem i babunią. Mamusia jest już u aniołków, Halinka jeszcze nie”2.
Wedle relacji spisanej przez Datnera, informację o dziewczynce na posterunek żandarmerii w Starej Rozdrance przekazał przejeżdżający na rowerze policjant z Czarnej Wsi. W zbieranych obecnie opowieściach pojawiło się nazwisko człowieka, który doniósł3. Po wojnie był on sądzony za wydanie Niemcom żołnierzy sowieckich. Czy faktycznie to on wydał Halinkę?
Dziecko zakopali żywe?
Do Polanek przybyło sześciu żandarmów. Miejscowym chłopom nakazano wykopać dół, do którego wrzucono ciało matki. Wcześniej obdarto ją z odzieży i znaleziono pieniądze ukryte w bieliźnie. Następnie jeden z mężczyzn został zmuszony do przyniesienia dziecka. Gdy niósł je na rękach, Halinka powiedziała, że w chacie zostawiła zabawkę. Mężczyzna, ze łzami w oczach, odpowiedział, że nie będzie jej już potrzebna. Geniuszowa najpierw powiedziała Datnerowi, że Niemcy zastrzelili Halinkę, lecz po chwili urwała i zakryła twarz. Gdy historyk nalegał i zapytał wprost:
„»Dziecko zakopali żywe?«
– ledwo dostrzegalnie skinęła głową. Ludzie stali z daleka, Niemcy nie dopuszczali nikogo do grobu. Kobiety szlochały, mężczyźni milczeli, tylko chłop jeden, który niósł dziecko i do grobu wraz z matką włożył, on widział wszystko, on i grób zasypał”4.
Do dziś powtarzane są opowieści tego mężczyzny. Niemcy pożałowali kuli, ogłuszyli tylko Halinkę uderzeniem kolby.
Geniuszowa latem 1944 r. mówiła Datnerowi
„A tak w chacie prosiłam żandarma […] by mi dziecko zostawił i że wychowam je za swoje”5.
Historyk długo rozpamiętywał tą opowieść.
„[…] echo szczebiotu dziecięcego: nazywam się Halinka i mam latek cztery i powtarzało się tysiąckrotnie i zlewało się w gromki i straszny akt oskarżenia jakiego jeszcze ludzkość nie słyszała […] Czy istnieje jednak pomsta i kara za setki tysięcy takich Halinek, Lilijek i Mijeczek6? Są chwilę, że wstydzisz się, że jesteś człowiekiem. Są chwilę, że chciałbyś mocno cisnąć ziemię o jakąś gwiazdę, aby rozwaliła się na kawałki”7.
Te ostatnie pytania i refleksje Datnera niestety pozostają aktualne do dziś.
* * *
Mieszkańcy Polanek i okolicznych wsi wskazywali różne lokalizacje grobu Halinki i jej matki. Jedni twierdzili, że ciała ekshumowano. Inni, że krzyż na ich grobie stał jeszcze długo po wojnie. Dziś nie ma po nim śladu. Pozostała tylko pamięć o tej zbrodni i bezsilność wobec bezmiaru zła, jaki spotykał i dziś spotyka dziecięce ofiary wojen dorosłych.
1 AŻIH 301/2414, Geniuszowa.
2 Ibidem.
3 Wobec braku pewności nie należy ujawniać jego tożsamości.
4 AŻIH 301/2414, Geniuszowa.
5 Ibidem.
6 Są to imiona córek Datnera zabitych w getcie białostockim.
7 AŻIH 301/2414, Geniuszowa.
