Terror uderzał we wszystkie warstwy społeczeństwa. Funkcjonariusze UB dokonywali masowych aresztowań działaczy podziemia. Zatrzymywano nie tylko członków Armii Krajowej, ale również Batalionów Chłopskich i innych organizacji konspiracyjnych.
Zatrzymanie Ludwika Kuca
Ludwik Kuc urodził się 13 marca 1900 r. w Czarnolesie. Był rolnikiem i aktywnym działaczem ruchu ludowego. W okresie międzywojennym należał do Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”, współorganizował też Spółdzielnię Spożywców w rodzinnej miejscowości. W czasie okupacji niemieckiej zaangażował się w działalność konspiracyjną Batalionów Chłopskich, posiadał pseudonim „Bazyliszek”. Zajmował się magazynowaniem broni dla Oddziału BCh Władysława Molendy „Graba”. Do tego samego oddziału BCh należała też żona Ludwika Kuca – Antonina Kuc „Tola”, która pełniła funkcję łączniczki i sanitariuszki.
W BCh służył również młodszy brat Ludwika – Julian Kuc „Wolniak”. Był szefem łączności i kolportażu w Obwodzie Kozienickim BCh. Pełnił też funkcję komendanta powiatowego Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa w powiecie kozienickim. Należał zatem do kierownictwa tamtejszych strukturach zbrojnej organizacji ruchu ludowego. Julian zamieszkiwał w jednym domu ze swym bratem Ludwikiem, jego żoną Antoniną i trójką ich dzieci.
W dniu 10 kwietnia 1945 r. do domu Kuców przybyli funkcjonariusze PUBP w Kozienicach. Zamierzali aresztować Julina Kuca, któremu udało się w ostatniej chwili uciec. Funkcjonariusze nie zdołali go zatrzymać, więc zabrali jego brata Ludwika. Wrócili tu dzień później i aresztowali również siedemnastoletniego syna Ludwika – Kazimierza Kuca. W zabudowaniach przeprowadzili przeszukanie. Według protokołu rewizji znaleziono: odbiornik radiowy, pięć niemieckich granatów, 6 puszek prochu, 40 nabojów do KB, niemiecki bagnet, minę bez zapalnika oraz trzy niemieckie płaszcze.
„Przesłuchania”
W areszcie PUBP w Kozienicach wiosną 1945 r. przetrzymywano wielu działaczy podziemia. Jeden z żołnierzy AK po latach opowiadał o metodach „przesłuchań”, stosowanych przez kozienickich funkcjonariuszy UB:
„ulubioną ich torturą było wiązanie więźnia w ten sposób, że miał nogi podkurczone pod klatkę piersiową, założone na nie ręce, które wiązano tak, że nie można było się ruszyć, następnie na podkurczone kolana podkładano lufę od rkm-u, podnoszono do góry i kładziono na dwóch stojących niedaleko siebie biurkach, wówczas człowiek siłą bezwładu leciał w dół i wisiał stopami do góry. W tym czasie ci oprawcy bili pałkami – prostuję to nie były pałki tylko oberżnięte krawędzie opon samochodowych i tym bili w pięty”.
Zachował się datowany na 10 kwietnia 1945 r. protokół przesłuchania Ludwika Kuca przez oficera śledczego PUBP w Kozienicach Jana Metlerskiego. Dokument zawiera niewiele informacji, zajmuje około pół strony. Nie podano godziny rozpoczęcia i zakończenia przesłuchania. Śledczy zapytał o życiorys zatrzymanego. Ten odpowiedział:
„od 14 roku życia byłem przy rodzicach, po śmierci rodziców objąłem ich majątek i gospodarzę do obecnej chwili”.
Kolejne pytania dotyczyły już tylko jego brata Juliana. Śledczy pytał do jakiej organizacji brat należał, kiedy do niej wstąpił i kto do brata przychodził. Żadnych innych pytań nie zapisano.
Aresztowany syn Ludwika – Kazimierz Kuc również został osadzony w areszcie PUBP w Kozienicach, gdzie przebywał do około połowy maja 1945 r. Jak wspominał:
„Przebywając w celi na komendzie UB słyszałem dobiegające przez ścianę z sąsiedniej celi odgłosy jęczenia mojego ojca. Odgłosy te słyszałem jedynie dwa dni”.
Funkcjonariusze znęcali się również nad Kazimierzem, który był wielokrotnie „przesłuchiwany”, choć nie postawiono mu żadnego zarzutu. Był bity i kopany po całym ciele, wiązany, polewany wodą…
Morderstwo
Ludwik Kuc zmarł w areszcie PUBP w Kozienicach 17 kwietnia 1945 r. W tych ostatnich chwilach towarzyszyli mu współwięźniowie. Jeden z żołnierzy Armii Krajowej z terenu powiatu kozienickiego, po latach wspominał:
„Następnego dnia jak ja znalazłem się w areszcie ok. godz. 24.00 przyszedł po Kuca oficer dyżurny i wyprowadził go (…) z powrotem przyprowadzili go już rano, była wtedy szarówka. Dyżurny otworzył drzwi i wepchnął Kuca do celi, wtedy on się przewrócił na drewnianą podłogę, wciągnęliśmy go dalej i Zięcina położył jego głowę na swoich kolanach, on nic nie mówił, tylko oddychał spazmatycznie i wydawał jęki tak jakby miał czkawkę. On nic nie mówił po prostu nie mógł mówić, tylko jęczał. Po około dwóch godzinach Kuc przestał wydawać jakiekolwiek jęki, myśleliśmy że usnął, w celi było ciemno, a Kuc się nie ruszał, jednak sprawdziliśmy i okazało się, że Kuc nie żyje. Ja zacząłem walić w drzwi, przyszedł wtedy dyżurny i »co się stało«, ja mu odpowiedziałem, »zabierzcie trupa, bo zabiliście człowieka«. Przyszli wtedy czterej funkcjonariusze UB wrzucili na korytarzu Kuca na koc i go wynieśli”.
Sekcja zwłok przeprowadzona 19 kwietnia wykazała, że przyczyną zgonu miała być niewydolność serca. Stwierdzono jednak „brak paznokci trzech palców lewej ręki po dawnym zranieniu” a także, „kilka zasinień i nieduże uszkodzenia warstw powierzchniowych skóry”.
Córka Ludwika Kuca zeznała po latach:
„podczas drugiej bytności mojej matki w areszcie w Kozienicach została ona poinformowana przez funkcjonariuszy, że ojciec zmarł, lecz ciała nie chciano jej wydać. Dowiedziała się jedynie, iż ciało ojca znajduje się w kostnicy w Kozienicach przy szpitalu. (…) Z relacji matki wiem, że zwłoki ojca nosiły ślady bicia, plecy były całe sine (…) Matka moja pozostawiła czystą bieliznę celem ubrania w nią zwłok ojca, zabrała natomiast koszulę w którą ojciec ubrany był w czasie aresztowania. Koszulę tę przechowuje matka do dzisiaj i posiada ona widoczne ślady krwi i jest pocięta na plecach i na rękach, tak jakby od śladów uderzeń batem”.
Rodzinie nie wydano ciała zmarłego, został pochowany w nocy, w bezimiennym grobie. Nikt miał się nie dowiedzieć, gdzie został zakopany. Żonie Ludwika Kuca udało się jednak przekupić grabarza z cmentarza w Kozienicach, który oznaczył miejsce pochówku. Kobieta kilkukrotnie zawracała się do miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa z wnioskiem o ekshumację, lecz bezskutecznie. Nie mogła jednak pogodzić się z tą sytuacją i w końcu ciało zostało przeniesione potajemnie. Ludwik Kuc spoczął na cmentarzu w Policznie.
Brak sprawiedliwości
Nie odnaleziono dokumentacji świadczącej o tym, że po śmierci Ludwika Kuca prowadzone było śledztwo w tej sprawie i aby którykolwiek z funkcjonariuszy odpowiedział za swoje czyny. W 1949 r. Antonina Kuc wniosła sprawę o stwierdzenie zgonu męża do Sądu Grodzkiego w Zwoleniu. Powołała dwóch świadków. Pierwszy zeznał, że:
„Kuc Ludwik w przesłuchaniu go przez funkcjonariuszy UB pobity mocno został i po tym pobiciu zmarł”.
Drugi podał:
„Ludwik Kuc zmarł na moich rękach w areszcie w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Kozienicach dnia 17 kwietnia 1945 r. Zwłoki jego sam wynosiłem z celi na korytarz. Gdzie go stamtąd zabrali nie wiem i gdzie pochowali też nie wiem. Ludwik Kuc zmarł z powodu pobicia go przez funkcjonariuszy UB”.
Z zeznań córki wynika, że w 1956 r. rodzina wniosła do Sądu Wojewódzkiego w Kielcach sprawę dotyczącą jego śmierci, jednak była ona „odwlekana” i ostatecznie się przedawniła.
Po 1989 r. w ramach śledztwa prowadzonego przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Kielcach ustalono personalia funkcjonariuszy stanowiących obsadę PUBP w Kozienicach w okresie, gdy przytrzymywany był tam Ludwik Kuc. Prokuraturze nie udało się jednak ustalić, którzy konkretnie funkcjonariusze są odpowiedzialni za pobicie i śmierć. Śledztwo zostało decyzją prokuratury Rejonowej w Kozienicach 30 stycznia 1997 r. umorzone wobec niewykrycia sprawców przestępstwa.
Ludwik Kuc pośmiertnie odznaczony został przez Komendanta Głównego Batalionów Chłopskich Złotym Krzyżem Zasługi z mieczami i awansowany do stopnia podporucznika.
