„W tej chwili drzwi się otworzyły i w progu stanął Konrad. Sakowicz go nie znał. Inni otworzyli usta w zdumieniu.
– Skąd?!
– Po prostu mieszkam w tym domu.
– Przy Tatarskiej? – odezwał się Leon, jakby mieszkanie przy ulicy Tatarskiej było czymś zdumiewającym.
– Przecież pan był w więzieniu, nie? – zapytał Henryk.
– Toście nie słyszeli, że kolejarze na dworcu odczepili więzienne wagony i nas uwolnili?
– A enkawudziści? Eskorta?
– Zwiali”.
Tak kończy się pierwszy fragment powieści Józefa Mackiewicza Nie trzeba głośno mówić. Podana tu lakonicznie historia uwolnienia przez wileńskich kolejarzy ludzi z jednego z ostatnich transportów deportacyjnych, które prowadzili Sowieci od 14 czerwca 1941 r., wydarzyła się naprawdę. W Wilnie i okolicach opowiadano o niej legendy. Przetrwała we wspomnieniach wielu osób, jednak do tej pory nie została opisana.
A jest to wydarzenie wyjątkowe na tle ogromnej fali deportacyjnej lat 1939–1941, którą przeprowadziły służby specjalne Związku Sowieckiego na podbitych przez siebie terenach. Miało także daleko idące konsekwencje dla dziejów tych ziem w czasie wojny. Pewnie nie doszłoby do niego, gdyby nie atak Niemiec hitlerowskich na Związek Sowiecki; te sprzyjające okoliczności wykorzystali wileńscy kolejarze.
Czwarta deportacja
Ostatnia, czwarta deportacja zaczęła się 22 maja 1941 r. na terenach włączonych do Ukraińskiej SRS. Następnie była kontynuowana od 14 czerwca na ziemiach krajów bałtyckich, w tym Wilna i Wileńszczyzny, a także Besarabii i Bukowiny północnej. Od 19 czerwca na obszarze tzw. Zachodniej Białorusi. Akcja była wymierzona w inteligencję, rodziny i osoby związane z deportowanymi wcześniej grupami ludności. Łącznie wywieziono 90 tys. ludzi, z czego ok. 50 tys. z samej Litwy. Zesłańcy trafili do krajów Krasnojarskiego i Ałtajskiego, obwodu nowosybirskiego i Kazachstanu.
Jest to wydarzenie wyjątkowe na tle ogromnej fali deportacyjnej lat 1939–1941, którą przeprowadziły służby specjalne Związku Sowieckiego na podbitych przez siebie terenach. Miało także daleko idące konsekwencje dla dziejów tych ziem w czasie wojny.
14 czerwca na ulicach Wilna pojawiły się dziesiątki samochodów ciężarowych z charakterystycznymi podwyższonymi burtami, aby uniemożliwić aresztowanym ucieczkę. W każdym aucie siedziało po kilku enkawudzistów z bronią w ręku oraz oficer z listą osób przeznaczonych do wywózki. Ludziom dawano niewiele czasu na spakowanie niezbędnych rzeczy do życia na dalekiej Północy. Nikt nie protestował, miasto jakby pogrążyło się w milczeniu. Aresztowanych przewożono do stacji towarowej w Nowej Wilejce, gdzie na bocznicach umieszczano ludzi w wagonach towarowych. Pochodzili oni z całej Litwy: z Kowna, Poniewieża,
Mariampola, ale i z Wileńszczyzny: Landwarowa, Rudziszek, Święcian, Trok. Według Longina Tomaszewskiego miejscami przeznaczenia wywożonych były punkty przesyłowe w Nowosybirsku, Barnaule, Starobielsku, Bijsku, Miedwieżjegorsku. Dane litewskie podają, że tylko w dniach 14–19 czerwca 1941 r. wysłano z Nowej Wilejki na wschód 55 transportów z 48 511 ludźmi. Z samego Wilna wywieziono 7602 osoby, w tym ok. 5 tys. Polaków.
14 czerwca na ulicach Wilna pojawiły się dziesiątki samochodów ciężarowych z charakterystycznymi podwyższonymi burtami, aby uniemożliwić aresztowanym ucieczkę. W każdym aucie siedziało po kilku enkawudzistów z bronią w ręku oraz oficer z listą osób przeznaczonych do wywózki.
Barbarzyńska akcja trwałaby nadal, gdyby nie atak dotychczasowego sojusznika, Niemiec hitlerowskich, na Związek Sowiecki 22 czerwca 1941 r. Szok, chaos, gwałtowny odwrót Armii Czerwonej. A jednak nawet po rozpoczęciu działań wojennych NKWD kontynuowało akcję deportacyjną. Doszła do tego ewakuacja więzień, gdzie w wielu wypadkach mordowano uwięzionych na dziedzińcach wewnętrznych.
Wykonywano tak rozkaz szefa NKWD Ławrientija Berii z 23 czerwca, aby w więzieniach w strefie przyfrontowej przeprowadzić selekcję uwięzionych. Ewakuować zamierzano tylko więźniów objętych śledztwem, co do których istniało podejrzenie, że mogą być członkami organizacji dywersyjnych, szpiegowskich, terrorystycznych. W areszcie przy ul. Ofiarnej w Wilnie zamordowano 922 osoby, kilkunastu więźniów zabito w więzieniu na Łukiszkach, ok. 100 – w Oszmianie, wielu również – w Prawieniszkach. Większość z rozstrzelanych była związana z polskim podziemiem, rozpracowanym i w dużej części rozbitym przez Sowietów wiosną 1941 r. Kogo nie rozstrzelano, wywożono z więzień na stację towarową w Nowej Wilejce. Trzy z czterech zaplanowanych transportów odjechały w głąb Rosji.
Uratowani wileńscy konspiratorzy
W nocy z 23 na 24 czerwca doszło do spektakularnej akcji przeprowadzonej przez kolejarzy. Czwarty transport odjechał, jednak w mocno niekompletnym składzie. Najpewniej oprócz lokomotywy był to tylko jeden wagon. Reszta (trudna dzisiaj do ustalenia liczba wagonów) została odczepiona. Uratowano dzięki temu co najmniej 300 więźniów, niektóre relacje mówią nawet o 1 tys. ludzi.
Tak wspomina to wydarzenie Feliks Skrzyński, jeden z ocalonych:
„Nie wiem, ile osób mogło być w jednym wagonie, ale było tak ciasno, że nie można się było ruszać. Było bardzo duszno, słońce nagrzewało dach blaszany, drzwi od zewnątrz były pozamykane na haki, w podłodze był wycięty otwór dla załatwiania potrzeb fizjologicznych. Była godzina 14.00–15.00, gdy usłyszeliśmy znowu syreny alarmujące nalot. Eskorta NKWD widocznie w obawie, że będą bombardować stację kolejową, rozpierzchła się. W tym czasie zadziałali polscy kolejarze […] – zaczęli otwierać wagony, kilka wagonów zdążyli otworzyć, z których więźniowie zaczęli uciekać. Ja również uciekłem, słyszałem tylko po krótkim czasie strzały karabinowe”.
Według relacji innego więźnia, Mirosława Wrońskiego:
„tylko kilkoro zostało złapanych, pozostali wrócili do swoich domów lub ukryli się u rodzin”.
Profesor Piotr Niwiński, znawca dziejów Wileńskiego Okręgu AK, stawia tezę, że działalność tej struktury wojskowej z pewnością wyglądałaby inaczej, gdyby osoby z czwartego transportu znalazły się w śniegach Syberii i Kazachstanu. Lista osób uratowanych i ich późniejsze funkcje wykonywane w podziemiu uprawniają do takiego twierdzenia.
Kim zatem byli uratowani? Znamy co najmniej kilkanaście nazwisk. W kolejności alfabetycznej są to: dr Józef Czerni (1915–1999), Organizacja Polski Walczącej; por. Stefan Czernik (1910–1964), szef łączności Komendy Okręgu; por. Gracjan Fróg „Szczerbiec” (1911–1951), dowódca III Brygady Wileńskiej AK; Eugeniusz Gulczyński „Baryka” (1903–1944), z komórki propagandy i prasy; inż. Władysław Hajdukiewicz (1885–1959), członek Delegatury Okręgu; Adam Jentys (1906–1943), hufcowy Szarych Szeregów, działał w „Bazie Miód” w V Odcinku „Wachlarza”; kpt. dypl. Mieczysław Potocki „Węgielny” (1909–1989), dowódca 2 Zgrupowania AK, dowodzący polskimi partyzantami w czasie największej bitwy z Niemcami na Wileńszczyźnie – pod Krawczunami; por. Jan Stankowski (1908–1983), oficer łączności; Bronisław Świątnicki „Ojciec”, szef organizacji „Komisariat Rządu”; Andrzej Święcicki „Frycz” (1915–2011), dowódca oddziału Kedywu AK Baza „Miód”; pchor. dr Stanisław Wawrzyńczyk „Ligenza”, szef BIP Okręgu Nowogródek; por. Wilhelm Tupikowski (1912–1999), dowódca 7. Brygady Wileńskiej AK.
Z całą pewnością lista ta jest dużo dłuższa, jednak już tylko ten zestaw nazwisk i funkcji, które te osoby pełniły w wileńskim i nowogródzkim podziemiu, wskazuje, jak doborowe było to towarzystwo.
Kapitan Mieczysław Potocki „Węgielny” tak opisał we wspomnieniach moment uwolnienia:
„Po północy okrzyki konwojentów ucichły. Poczekaliśmy jeszcze kilkanaście minut i rozpoczęliśmy donośnie wołać i kołatać do drzwi i ścian wagonu. Byliśmy przekonani, że konwojenci uciekli. Polscy kolejarze usłyszeli nasze wołanie i stukanie, pospiesznie otworzyli drzwi wagonów i powiedzieli, że możemy iść do domów, gdyż nie ma ani Rosjan, ani Niemców”.
Znający się dobrze z wojska i konspiracji Stefan Czernik, Mieczysław Potocki i Jan Stankowski zaczęli się nawoływać i odnajdywać. Po spotkaniu zbiegowie rozeszli się do swoich domów.
Świadectwo Czesława Zgorzelskiego
Kolejnym uratowanym był Czesław Zgorzelski „Rafał” (1908–1996), późniejszy zastępca szefa Biura Informacji i Propagandy, następnie szef BIP Okręgu Nowogródzkiego, a po wojnie wybitny profesor filologii polskiej, długoletni wykładowca KUL.
Profesor w swoich wspomnieniach szczegółowo opisał dramatyczne chwile w nocy z 23 na 24 czerwca 1941 r. Oddajmy mu głos:
„Wysadzili wszystkich na nasypie, przy którym stał już długi pociąg. Wpierw kazali nam przysiąść na ziemi i czekać. Stopniowo dowozili coraz więcej więźniów; zebrało się nas chyba około tysiąca. […] Staruszek, z którym wsiadałem do wagonu, przedstawił mi się jako Włodzimierz Korsak [1886–1973]. Ucieszyłem się: znałem go jako autora ujmujących opowiadań myśliwskich […]. W dali poza rampą poczęły się gromadzić grupy mieszkańców Wilna, wypatrujących wśród więźniów znajomych. Wbrew zakazom rozpoczęły się dialogi, zapytania rzucane z rampy kolejowej i odpowiedzi z wagonów, ale żołnierze rychło uciszyli tłum, nie usiłując go jednak rozproszyć. Widocznie czuli się już niezbyt pewnie. […] Z niektórych wagonów rozpoczęto wyprowadzać kolejno po dwóch więźniów z wiadrami po wodę. Zanim doszło do nas, nastąpiły próby ucieczki: usłyszeliśmy ostrzegawcze okrzyki, groźne nawoływania i bliskie strzały. Od towarzyszy stojących przy okienkach otrzymywaliśmy chaotyczne wieści: »O, tego tu złapali, prowadzą do wagonu, ale tamten uciekł, biegnie dalej… nie, już upadł, nie może wstać, widocznie trafili. O, jeszcze jeden leży, żołnierze nie pozwalają do niego podejść…«. Natychmiast zaryglowano wszystkie wagony i padły rozkazy, by odsunąć się od okienek, nie wychylać się, stać spokojnie. I w parę minut później gwar wokół pociągu wzrósł znowuż, padły jakieś okrzyki i zaraz po nich strzały z karabinów maszynowych. […] Nie wszyscy jednak w tej dramatycznej chwili zdołali zachować spokój: stłoczeni, rzucali się jedni na drugich i na podłogę, poczęli krzyczeć, płakać, histeryzować. Wtedy wstał pan Korsak ze swego kąta, wyjął krzyżyk, który miał na szyi i spokojnym głosem zwrócił się do wszystkich z prośbą o modlitwę za zmarłych. Wzruszonym, ale donośnym głosem odmówił »Ojcze nasz«, »Zdrowaś Maryjo«, »Pod Twoją obronę« i »Wieczny odpoczynek«. Podziałało to natychmiast. Szlochy ustały. Wszystko ucichło. […] Była jeszcze noc szczera, gdy poczuliśmy, że doczepiono lokomotywę, usłyszeliśmy nawet jej sapanie. Ale wkrótce i ono ucichło. Po jakimś dłuższym czasie przez szpary w wagonie sączyć poczęło się światło, wstawał świt i zarysowały się już sylwetki stłoczonych sąsiadów. W pewnym momencie tuż koło wagonu usłyszeliśmy szept rozmowy prowadzonej cichutko, zapewne przez żołnierzy konwoju. Szept – nie do wiary! »Wańka, Wańka, słuszaj, szto diełat´?«. Jakaś niewyraźna odpowiedź i znowuż tenże sam szept: »Udirat´? Szto li?«. Serce nam z przypływu nadziei mocniej zabiło.
Minęło może jeszcze pół godziny, może mniej, gdy znów rozpoczęła się chaotyczna strzelanina w mieście. […] Wkrótce wszakże i koło nas zawrzało. Ktoś, jacyś ludzie, biegli wzdłuż pociągu, wołając po polsku: »Otwierać wagony! Bolszewików już nie ma! Jesteśmy wolni!«. […] Minuta wahania i już próbowaliśmy wyłamywać deski ze ścian, gdy czyjeś ręce spoza wagonu odsunęły nam drzwi, wołając: »Wychodźcie, skaczcie co rychlej i biegiem do domów! Szybko!«.
Potem dopiero dowiedzieliśmy się, że to najdoświadczeńsi z więźniów, kryminaliści, zgrupowani osobno w ostatnim wagonie, pierwsi zorientowali się w ucieczce konwoju, wyłamali drzwi i poczęli otwierać wszystkie pozostałe. Później także, już po paru dniach, stało się wiadome, komu zawdzięczamy, że nie zdołano nas wywieźć do Rosji. Był to wyczyn odważnych kolejarzy wileńskich. Bardzo szybko dowiedzieli się o załadowaniu więźniów do pociągu. Prawie całe miasto mówiło już w południe, że Łukiszki są otwarte i więźniów karetkami wywieziono. Kolejarze natychmiast rozpoczęli szybką kontrakcję. Władze nie mogły najpierw znaleźć maszynistów, wszyscy poznikali z domów, a gdy wreszcie usadzono jednego z nich pod strażą na lokomotywie, czy też może znaleźli któregoś z żołnierzy gotowych do poprowadzenia pociągu, w mieście rozpoczął się już rozgardiasz i strzelanina. […] Wówczas polscy kolejarze, korzystając z ogólnego zamieszania i zapadającego zmroku, odczepili potajemnie sapiącą lokomotywę wraz z pierwszym wagonem od reszty składu.
W rezultacie ze stacji odszedł tylko ten jeden wagon z kilkudziesięcioma więźniami”.
Dodać można, że w tym nieszczęsnym wagonie był m.in. o. Kazimierz Kucharski SJ (1891–1956), jeden z pierwszych konspiratorów Służby Zwycięstwa Polsce w Wilnie, a potem Związku Walki Zbrojnej , łącznik współpracy wileńskiego podziemia z Kościołem katolickim, osoba niezwykle zaangażowana w dzieła pomocowe i legalizacyjne w czasie okupacji.
Opowieść Wandy Pełczyńskiej
Historia z kryminalistami z transportu miała pewien ciąg dalszy. Kolejną z uratowanych osób była Wanda Pełczyńska (1894–1976), działaczka niepodległościowa, posłanka na Sejm RP. Wybuch II wojny zastał ją w Wilnie. Podjęła działalność w Związku Walki Zbrojnej. Pracowała w tajnej prasie, opiece społecznej i dziale legalizacji dokumentów. W lipcu 1940 r. prawdopodobnie w wyniku denuncjacji została aresztowana. Od 31 sierpnia 1940 r. przez prawie 10 miesięcy przebywała w więzieniu na Łukiszkach, gdzie godzinami w dzień i w nocy przesłuchiwali ją oficerowie NKWD. Nie wyjawiła żadnych konspiracyjnych kontaktów. Ten czas wspominała:
„Moją pasją więzienną było mówienie wierszy. Duże usługi oddawała mi moja pamięć. Lubiłam obserwować reakcję moich towarzyszek więziennych na poezję. […] Jak zmora wsiało nad nami oczekiwanie wywiezienia do Rosji na ciężkie roboty”.
Uwolniona przez polskich kolejarzy w nocy z 23 na 24 czerwca 1941 r. Dzień po tym wydarzeniu odwiedziła ks. dr. Henryka Hlebowicza, swego znajomego, odważnego kaznodzieję, który otwarcie wiosną 1941 r. z ambony nazywał sowiecką Moskwę najgorszym złem. Poszła tam z synem Krzysztofem. Po latach napisała:
„Była to dla mnie niezapomniana rozmowa, ksiądz był głęboko wzruszony bohaterską akcją kolejarzy. Stawiał wiele pytań. Chciał poznać metodę badań, stan psychiczny więźniów trzymanych w całkowitym odosobnieniu, interesował się życiem religijnym więźniów, w końcu rozmowy poprosił mnie, żebym o ile to możliwe skontaktowała go z jednym z odbitych więźniów, który odsiadywał długą karę jako kryminalista i był przez NKWD używany do posług przy roznoszeniu jedzenia i sprzątaniu korytarzy. Ów dwudziestokilkuletni człowiek w stosunku do więźniów politycznych miał świetną postawę: dostarczył nam alfabet Morse’a, dzięki czemu mogliśmy nawiązać przez stukanie kontakt z sąsiednimi celami, poza tym więźniom politycznym, którym NKWD ograniczało do minimum jedzenie, podrzucał wykradziony cukier. Przypadek zdarzył, że kilka dni po tej rozmowie spotkałam owego »kryminalistę« i spełniłam życzenie księdza. Po paru tygodniach ksiądz powiedział mi: »Jestem z nim w kontakcie, w tym człowieku tkwi element szlachetności. Już teraz wykonał kilka trudnych zadań z odwagą i samozaparciem«”.
Ciekawa sprawa. Może to nieodkryty i nieopisany dotąd przypadek podobny do losów Sergiusza Piaseckiego – kryminalisty, przemytnika, wywiadowcy, w czasie II wojny światowej dzielnego żołnierza współpracującego ze strukturami Armii Krajowej.
Nie byłoby z pewnością uwolnienia wywożonych, gdyby nie zaangażowanie wileńskich kolejarzy. To oni fachowo odczepili wagony i oswobodzili pierwszych więźniów z zaryglowanych wagonów, potem do akcji uwalniania pozostałych mogli dołączyć ci, którzy już zaznali wolności.
Tekst pochodzi z numeru 4/2025 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN,
w placówkach Poczty Polskiej, lub na stronie ksiegarniaipn.pl
