Bohater dwóch wojen z paletą najwyższych odznaczeń. Wkrótce powieszony, na podstawie dekretu o wymiarze kary dla „faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy” i zdrajców narodu polskiego. Trudno sobie wyobrazić większą niesprawiedliwość dziejową.
Chłopak z Wesołej
Jako dziecko nie był grzecznym chłopcem. Pochodził z krakowskiej rodziny kolejarskiej, morawskiego pochodzenia. Większość czasu spędzał w położonym za torami kwartale dzielnicy Wesoła, między ulicami Lubicz i Lubomirskiego. Zwykle przewodził grupie kolegów w chłopięcych harcach, często wagarował, kilkakrotnie zmieniał szkoły.
W którymś momencie los zaprowadził go do znajdującego się niemal po sąsiedzku, przy ul. Lubicz, domu prof. Odona Bujwida. Był to wybitny bakteriolog, a zarazem działacz społeczny, zaangażowany w upowszechnienie oświaty, wraz z żoną Kazimierą skupiający wokół siebie grono przedstawicieli młodej krakowskiej inteligencji. Odtąd energii rozpierającej młodego Emila – bo tego imienia używał na co dzień – nadano właściwy kierunek.
Tam zachwycił się polską historią, legendą Powstania Styczniowego, tam poznał środowisko skautowskie. Być może tam też usłyszał słowa, jakie krakowski poeta o z niemiecka brzmiącym nazwisku pisał kilka lat wcześniej dla swojego syna:
„a wiedz, że my dwa razy
za nasze obco brzmiące imię
kochać kraj musim więcej –
i przyjdzie stanąć w armat dymie:
dwakroć nam trza goręcej!”
– Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Dla mego synka.
W grudniu 1912 r. siedemnastoletni August Emil Fieldorf wstąpił do Związku Strzeleckiego. Zaczął się przygotowywać na czas, kiedy sam stanie w armat dymie, by dowieść swojej miłości do Polski.
Legiony
6 sierpnia 1914 r., w dniu wymarszu kadrówki z Oleandrów, Fieldorf zgłosił się do oddziałów Józefa Piłsudskiego. Wkrótce wyruszył do walki w grupie Mieczysława Trojanowskiego „Ryszarda” – już 14 sierpnia walczył w bitwie pod Brzegami. Po powołaniu Legionów Polskich służył w 1., a później w 7. i 5. pułku piechoty, wraz z którymi przeszedł cały szlak bojowy, znaczony takimi nazwami, jak Chyszówki, Łowczówek, Urzędów – aż po wołyńskie rzeki Styr i Stochód, gdzie Legiony utknęły w ciężkich walkach pozycyjnych.
Walczył w kompanii karabinów maszynowych. W czasie rosyjskiego ataku wybiegł z okopu po odrzucony przez wybuch karabin maszynowy, a wróciwszy, oczyścił go szybko i usunął usterkę, by kontynuować ostrzał przeciwnika. Za ten czyn z sierpnia 1916 r. uhonorowano go Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari.
Po kryzysie przysięgowym został wraz z innymi żołnierzami wcielony do armii austro-węgierskiej. Od września 1917 r. służył na froncie włoskim w Tyrolu Południowym. Po roku, we wrześniu 1918 r., przyjechał na urlop do Krakowa, skąd już do zaborczej armii nie wrócił. Działał w konspiracyjnej POW, a na przełomie października i listopada brał udział w rozbrajaniu Austriaków w Krakowie. Zgłosił się następnie do 5. pp, odtwarzanego już w ramach Wojska Polskiego niepodległej Rzeczypospolitej. Wkrótce też został mianowany na stopień oficerski podporucznika.
Póki granice Polski nie były ustalone, nie schodził z pola walki. Czterokrotnie otrzymał Krzyż Walecznych – za szaleńczą akcję w czasie walk w Wilnie w kwietniu 1919 r., za brawurowe podejście z flanki i zajęcie miejscowości Staworowo na Białostocczyźnie oraz za samodzielną obsługę karabinu maszynowego, gdy padła już jego obsługa, w trakcie walk o Dyneburg we wrześniu 1919 r., i w końcu za walki pod Białymstokiem w sierpniu 1920 r.
Boje w północno-wschodnich rejonach Polski odegrały ważną rolę w życiu Fieldorfa z jeszcze jednego powodu. Tam poznał Janinę Kobylańską, piękną wilniankę, z którą szybko, w październiku 1919 r., wziął ślub. Wilno stało się jego drugim domem. Krakus z urodzenia, wilniuk z wyboru.
„Ogólnie wybitny”
Mianowany w 1920 r. porucznikiem, postanowił zostać oficerem służby stałej. Dalszą karierę wojskową rozwijał w Wilnie. Tam też przyszły na świat dwie córki Fieldorfów, Krystyna i Maria. Służył najpierw w sztabie 1. DP Legionów. Był poważany jako oficer z doświadczeniem bojowym, mniej zwracający uwagę na garnizonowe umiłowanie regulaminu. Oddany piłsudczyk, w maju 1926 r. ruszył do Warszawy wspomóc Komendanta. Z polskiej ręki otrzymał wówczas postrzał w ramię.
W kwietniu 1931 r. wyjechał na rok do Francji. Pełniąc formalnie rolę zastępcy instruktora WF przy Ambasadzie RP w Paryżu, był jednocześnie komendantem Zachodniego Okręgu Związku Strzeleckiego we Francji. Wydał wówczas broszurę Związek Strzelecki we Francji. Niektórzy jego francuską misją będą tłumaczyć późniejsze sukcesy polskiego podziemia w tym kraju.
Po powrocie do Polski służył jako zastępca dowódcy 1. pp Legionów. Był stale wysoko oceniany przez przełożonych. Ocena sporządzona przez dowódcę 1. DP Legionów gen. Stanisława Skwarczyńskiego kończyła się zwięzłym podsumowaniem: „ogólnie wybitny”.
Miał zostać dowódcą brygady Korpusu Ochrony Pogranicza „Podole” – ale choć wiązało się to z awansem, zrezygnował, bo nie chciał wyjeżdżać z ukochanego Wilna. Został w zamian dowódcą nieodległego batalionu KOP „Troki” na Wileńszczyźnie, a później zastępcą dowódcy pułku KOP „Wilno”. Dopiero w 1938 r., gdy córki były już nieco starsze, wyjechał na południowy wschód i objął dowództwo 51. pp Strzelców Kresowych im. Giuseppe Garibaldiego w Brzeżanach. Obok wyszkolenia wojskowego kładł duży nacisk na udział swojego pułku w życiu społecznym tej ziemi.
Nie ma niewoli
W czasie kampanii wrześniowej 51. pp walczył najpierw w 12 DP Armii „Prusy”, a następnie w ramach Grupy Operacyjnej gen. Stanisława Skwarczyńskiego. Po ciężkich bojach na południe od Iłży pułk został 9 września częściowo rozbity, a reszta znalazła się w okrążeniu. Mimo fatalnej sytuacji Fieldorf nie kapitulował, ale nakazał swoim żołnierzom przedzierać się na własną rękę na wschodni brzeg Wisły.
„Przebijać się z bronią, nie ma niewoli”
– wzywał w ostatnim rozkazie.
Fieldorf sam przedostał się najpierw do Krakowa, a następnie przez Tatry i Słowację przeszedł na Węgry, z zamiarem dostania się do Francji. Dotarł tam 9 lutego 1940 r. Od razu zgłosił chęć powrotu do kraju, ale przeszkodziła w tym kampania francuska i klęska sojusznika, w którym tak wielkie pokładaliśmy nadzieje. Ewakuowany do Anglii, dopiero stamtąd 17 sierpnia 1940 r. ruszył jako emisariusz rządu i Naczelnego Wodza do Polski.
To była długa podróż. Statkiem do Kapsztadu, a później samolotami nad Jeziorem Wiktorii, nad Nilem, do Kairu. Potem przez Turcję i Grecję do Belgradu i Budapesztu. I w końcu przez Węgry i Słowację do Jabłonki na zajętej przez Słowaków Orawie, a stamtąd do Generalnego Gubernatorstwa. Z Londynu do Warszawy – ponad pięćdziesiąt dni. Lot nad Nilem zainspirował Fieldorfa do wyboru pseudonimu. Krótki, łatwy do zapamiętania, a jednocześnie niekojarzący się z niczym, co mogłoby naprowadzić Niemców na jakiś ślad – o czym nie wszyscy pamiętali, przyjmując niekiedy za pseudonimy rodowe herby, panieńskie nazwiska małżonek czy imiona córek.
W Związku Walki Zbrojnej został najpierw oficerem do zadań specjalnych Komendy Głównej, później służył w Biurze Inspekcji Komendy jako inspektor Obszaru Krakowsko-Śląskiego. W listopadzie 1941 r. został oddelegowany do Wilna, z instrukcjami dla komendanta Okręgu Wileńskiego ZWZ Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”. Po raz pierwszy od sierpnia 1939 r. widział się wtedy z żoną i córkami. Przez pół roku, od lutego do sierpnia 1942 r., był komendantem Obszaru Białystok Armii Krajowej.
Kedyw i „NIE”
Tymczasem dojrzewała w kierownictwie AK decyzja powołania nowej struktury, odpowiedzialnej za walkę bieżącą. Do tej pory działania dywersyjne były mocno ograniczone. ZWZ-AK szykowała się przede wszystkim do powstania powszechnego, nie chciano dekonspirować kadr i narażać się na straty przez nadmierną aktywność zbrojną.
„Stoimy z bronią u nogi”
– przypominał akowski „Biuletyn Informacyjny”, co kłamliwie później podchwyci komunistyczna propaganda. Ale na przełomie 1942 i 1943 r. zapadła decyzja o wzmożeniu wysiłku zbrojnego i powołaniu w miejsce dotychczasowych organizacji dywersyjnych, Związku Odwetu i „Wachlarza”, Kierownictwa Dywersji, czyli Kedywu. Na czele powołanego 22 stycznia 1943 r. Kedywu stanął „Nil”.
Przed Kedywem postawiono dwa zadania. Po pierwsze, prowadzenie walki czynnej – zadawanie ciosów Niemcom poprzez dywersję i sabotaż na szlakach komunikacyjnych i w przemyśle, akcje odwetowe za niemieckie zbrodnie, akcje wymierzone w przedstawicieli aparatu okupacyjnego czy volksdeutschów oraz uwalnianie aresztowanych towarzyszy broni. Po drugie, przygotowanie doświadczonych, ostrzelanych kadr, które w przyszłości będą mogły pełnić rolę elity powstańczych wojsk. Stojąc na czele Kedywu, „Nil” osobiście odpowiadał za najważniejsze akcje podziemnej armii. Wchodził w skład Kierownictwa Walki Konspiracyjnej, a później Kierownictwa Walki Podziemnej. Jako oficer dowodzący całością walki bieżącej nie uczestniczył bezpośrednio w działaniach zbrojnych, ale bywało i tak, że musiał nocą przez las wymykać się z niemieckiej obławy, jak w październiku 1943 r., gdy Niemcy otoczyli ustronny młyn nieopodal Skarżyska, w którym miał odprawę z Janem Piwnikiem „Ponurym”.
Pod koniec 1943 r., gdy losy wojny zaczynały się odwracać, a przed Polską coraz wyraźniej rysowała się perspektywa zwycięskiego pochodu Armii Czerwonej, zaczęto myśleć o nowej organizacji, na wypadek okupacji sowieckiej. Miała to być ściśle zakonspirowana, kadrowa struktura, zdolna przede wszystkim do działań wywiadowczych i propagandowych oraz do zachowania łączności z władzami na uchodźstwie. Przyjęła nazwę „NIE” – od słowa niepodległość. Na czele „NIE” stanął wiosną 1944 r. gen. „Nil”, z właściwą energią zabierając się do pracy organizacyjnej. Prace te przerwało Powstanie Warszawskie. Fieldorf nie brał w nim udziału, szykował się bowiem do innych celów. Zresztą należał do tych oficerów, którzy byli przeciwni decyzji o wybuchu powstania. Przeżył je zatem, dzieląc los ludności cywilnej. Tułając się po kolejnych lokalach, zapadł m.in. na czerwonkę.
„Czerwonych z nami nie ma, jest za to czerwonka”
– jak sześć dekad później zaśpiewa o powstaniu rockowy zespół. W powstańczych walkach przepadnie część dokumentacji organizacji „NIE”, co utrudni późniejsze działania.
Po powstaniu Fieldorf przebywał w okolicach Podkowy Leśnej, a w grudniu 1944 r. spotkał się z nowym komendantem głównym AK, gen. Leopoldem Okulickim „Niedźwiadkiem”. Wcześniej sam został awansowany na stopień generała brygady, otrzymał też Złoty Krzyż Virtuti Militari za całokształt pracy. Równolegle do pracy w „NIE” Fieldorf otrzymał funkcję zastępcy komendanta głównego AK.
Ale 19 stycznia 1945 r. „Niedźwiadek” rozwiązał Armię Krajową. Dalsza praca w kadrowej, ograniczonej formie miała być prowadzona przez „NIE”. Okulicki, jako dotychczasowy komendant AK, przejął kierownictwo „NIE”, a Fieldorf w roli szefa sztabu dalej koordynował prace organizacyjne.
Organizacja „NIE” nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Przeszkodziły w tym straty w okresie powstania, a potem szybkie aresztowanie dwóch najważniejszych osób, Okulickiego i Fieldorfa. „Niedźwiadek” został zatrzymany w Pruszkowie, wraz z pozostałymi przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego, liczącymi na możliwość negocjacji z Moskwą. Trzy tygodnie wcześniej, 7 marca, przypadkowo wpadł w sowieckie ręce „Nil”.
Katarakta pierwsza: Ural
Sowieci nie wiedzieli, kogo mają w ręku. Fieldorf został aresztowany pod konspiracyjnym nazwiskiem Walentego Gdanickiego. Miał przy sobie większą ilość tytoniu, kawę i dolary – bo dla przykrycia działalności konspiracyjnej miał udawać drobnego handlarza. Ta tożsamość kosztowała go dwa lata niewoli. Trzymał się jej na tyle konsekwentnie, że w obozie przejściowym w Rembertowie zżymali się niektórzy współwięźniowie, że sami tutaj patrioci, a z nimi posadzono jakiegoś handlarzynę.
Z Rembertowa – wciąż nierozpoznany – trafił na Ural, do łagrów. Wielokrotnie dawał tam dowody hartu ducha, o czym wiemy z relacji współwięźniów. Jak wtedy, gdy przyłapany po ciemku na paleniu papierosa za barakiem przez zastępcę komendanta obozu, nierozpoznany rąbnął go konserwą w głowę i szybko uciekł na pryczę, a potem przepytywany skulał się i tłumaczył, jak on, taki mały i słaby starszy pan, mógłby uderzyć potężnie zbudowanego funkcjonariusza. Albo gdy markował utratę przytomności, żeby go odniesiono do baraku, gdzie mógł odetchnąć od morderczej pracy. Gdy wspierał innych na duchu, snując barwne opowieści albo podając ze szczegółami przepisy kulinarne.
Jednym z towarzyszy niedoli był Jan Hoppe, kolejna piękna postać, przedwojenny poseł, a w czasie wojny jeden z przywódców konspiracyjnej „Unii”. Domyślał się, że Walenty Gdanicki jest kimś więcej, niż tym, za kogo się podaje. W późniejszych wspomnieniach Hoppe pisał o Fieldorfie, że było w nim i trochę zawadiackiego Kmicica, i rycerskiego Skrzetuskiego, ale najwięcej niezawodnego Zawiszy.
W październiku 1947 r. wycieńczony i schorowany Fieldorf wrócił do kraju. Przez chwilę tułał się po Warszawie, potem odzyskiwał siły w rodzinnym Krakowie, w końcu dołączył w Łodzi do żony i córek. Nie próbował podejmować działalności konspiracyjnej. Początkowo dalej posługiwał się tożsamością Walentego Gdanickiego, ale w lutym 1948 r. ujawnił się pod prawdziwym nazwiskiem w łódzkiej Rejonowej Komisji Uzupełnień. Komuniści wiedzieli już, kim jest i gdzie mieszka, ale zwlekali z aresztowaniem, ograniczając się najpierw do inwigilacji.
Katarakta druga: Mokotów
Fieldorf próbował uregulować swoją sytuację prawną i finansową, pisał do MON w kwestii emerytury. W celu udzielenia wyjaśnień był wzywany do Prezydium Rady Narodowej w Łodzi. 10 listopada 1950 r., po wyjściu z budynku PRN, został „zdjęty” – jak mówili ubecy – i przewieziony do aresztu MBP w Warszawie. Przy zatrzymaniu stawiał opór, krzyczał – wołał, by powiadomiono rodzinę.
Po pierwszych przesłuchaniach przeniesiono go do aresztu śledczego na Mokotowie. Szybko zorientował się, że śledczy zmierzają do wykazania, że AK w istocie nie walczyła z Niemcami, ale zajmowała się zwalczaniem konspiracji komunistycznej i sowieckiej. Zarzuty były na tyle niedorzeczne, że Fieldorf początkowo był niemal spokojny o swój los, nie wierząc, by jakikolwiek sąd uznał takie absurdy.
Nonsensowność zarzutów nie była jednak problemem. Wykorzystano zeznania torturowanych brutalnie płk. Władysława Liniarskiego „Mścisława”, komendanta Okręgu Białostockiego AK, oraz Tadeusza Grzemielewskiego „Igora”, zastępcy szefa Oddziału III Operacyjnego Kedywu. Liniarski był wnoszony na salę sądową na noszach, zeznawał w pozycji siedzącej. Był tak wychudzony i wyniszczony śledztwem, że na procesie Fieldorf zakwestionował jego tożsamość, twierdząc:
„To nie jest »Mścisław«”.
Zarówno Liniarski, jak i Grzmielewski odwołali w 1957 r. swoje zeznania.
„Byłem w tym czasie w więzieniu ciężko chory i w redagowaniu protokołu nie uczestniczyłem. Moje prawdziwe wyjaśnienia nie były brane pod uwagę”
– tłumaczył „Mścisław”. A „Igor” stwierdził:
„Odwołuję zeznania ze śledztwa, ponieważ zostały na mnie wymuszone. Przez cztery dni bez przerwy byłem przesłuchiwany, bity, tak że pod koniec przesłuchania nie wiedziałem, co się ze mną dzieje”.
Wyrok zapadł 16 kwietnia 1952 r., po półtorarocznym śledztwie. August Emil Fieldorf został uznany winnym wydawania rozkazów mordowania partyzantów sowieckich, działaczy Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej, wojskowych i cywilnych w „interesie rodzimej reakcji i hitlerowskiego państwa niemieckiego”. Otrzymał karę śmierci.
Sam o łaskę nie prosił, zabronił też tego żonie. Ta jednak, walcząc o życie męża, pisała do Bieruta, podobnie jak ojciec Fieldorfa. Nic to nie dało. 12 grudnia 1952 r. Sąd Najwyższy orzekł, że Fieldorf, odpowiedzialny rzekomo za „śmierć bestialsko zamordowanych przeszło 1000 antyfaszystów walczących z okupantem”, na łaskę nie zasługuje. Jednym z trzech sędziów SN wydających ten wyrok był Igor Andrejew, autor podręcznika Prawo karne Polski Ludowej, do końca Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej formującego kolejne pokolenia prawników.
24 lutego 1953 r. Fieldorf został zamordowany przez powieszenie. Jak zdrajca. Według relacji nadzorującego wykonanie wyroku prokuratora, „Nil” do końca był spokojny i wyprostowany, spokojniejszy niż tenże prokurator, któremu dumnie patrzył w oczy:
„Postawę skazanego określiłbym jako godną. Sprawiał wrażenie bardzo twardego”.
W ostatnim życzeniu poprosił o powiadomienie rodziny. Po wykonaniu wyroku pochowano go w bezimiennej mogile, prawdopodobnie na warszawskiej „Łączce”.
Na fali październikowej odwilży, po uniewinnieniu w marcu 1957 r. „Mścisława”, wrócono również do sprawy „Nila”. W maju Sąd Najwyższy uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. W lipcu 1958 r. Prokuratura Generalna umorzyła sprawę „wobec braku dowodów winy Augusta Emila Fieldorfa”.
W marcu 1989 r., tuż przed upadkiem PRL, prokurator generalny zmienił podstawę umorzenia, orzekając, że nie jest nią tylko brak dowodów winy, ale fakt, że Fieldorf zarzucanych mu czynów nie popełnił.
Po Roweckim, Komorowskim i Okulickim Fieldorf był najważniejszą postacią ZWZ-AK. Szef Kedywu, szef organizacji „NIE”, zastępca Komendanta Głównego AK. Nie chciał szafować krwią. Sprzeciwiał się decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego, po powrocie z łagrów nie próbował się angażować ani nikogo zachęcać do pracy konspiracyjnej. Nie stał na czele najdłużej trwających ogólnopolskich struktur podziemnych, jak „Pług” i jego towarzysze z IV Zarządu Głównego WiN. Nie strzelał sam do komunistów, jak „Łupaszka” czy „Zapora”. A mimo to został haniebnie zamordowany. Niektórzy sądzą, że przyczyną była jego odmowa przystąpienia do prowokacyjnej operacji „Cezary”. Bardziej prawdopodobne jest, że komuniści zemścili się za to, że Fieldorf swoją niezłomną postawą w śledztwie pokrzyżował ubeckie plany pokazowego, zbiorowego procesu Kedywu. W czasie ostatniego widzenia powiedział do żony:
„Czy wiesz, dlaczego mnie skazali? Bo odmówiłem współpracy z nimi”.
Była dyrektor Departamentu V MBP Julia Brystygierowa pisała później, że „Nil” był człowiekiem nie do złamania, nie dał się zmusić do współpracy, a po śledztwie i rozmowach z oficerami UB wiedział już za dużo, żeby żyć. Musiał umrzeć.
Tekst pochodzi z numeru 5/2023 „Biuletynu IPN”
