Ludwik Prądzyński pracował w stoczni od 1975 roku, Jerzy Borowczak od listopada 1979 r. Trochę dłużej co prawda, bo od 1974 r. (z przerwą na służbę wojskową) zatrudniony był Bogdan Felski, ale on akurat spóźnił się na umówioną godzinę i nie brał udziału w bezpośrednim zaczynie protestacyjnym. Cała trójka mężczyzn miała po 23–24 lata i żaden z nich, co powinno wydawać się istotne, nie tworzył wtedy jeszcze własnej rodziny. Byli młodzi, „po wojsku” i samotni, bez ponoszenia odpowiedzialności za nikogo więcej poza nimi samymi.
Wysunięto własne zakładowe żądania, ale z poparciem i zakomunikowaniem o strajku awizowano się w stoczni. Stamtąd jednak, ku zdziwieniu delegatów zakładowych nie otrzymywali słów wsparcia i wdzięczności, ale w najlepszym razie zbywanie i „dobre rady” w stylu: „Radźcie sobie sami”.
Ci starsi włączyli się zaraz po ukonstytuowaniu się protestu, do zakładu wszedł wcześniej z niego zwolniony Lech Wałęsa. Po Annę Walentynowicz, za której bezpośrednią przyczyną zaryzykowali najpierw „młodzi”, potem dołączyli „starsi”, – dyrektor Klemens Gniech wysłał za radą robotników służbowe auto. Do zwołanego komitetu strajkowego obok nich weszli też m.in. Henryk Jagielski, Jan Pydyn, Paweł Szyryn i Józef Tabin – weterani z grudnia 1970 r. i młodzi: Kazimierz Kunikowski czy Piotr Maliszewski. Po przejściu strajkujących i kierownictwa stoczni do Sali BHP, rozpoczęto negocjacje, by omówić żądania robotników. Z początku chodziło m.in. o przyjęcie z powrotem do pracy Walentynowicz, Wałęsy i Andrzeja Kołodzieja, przyznanie podwyżki płac o 1 tys. złotych „na głowę” i dla każdego stoczniowca wypłacenie tzw. dodatku drożyźnianego, osłaniającego wzrost cen. Na sali z grona robotników najczęściej w ciągu pierwszych 48 godzin głos zabierali Wałęsa, Jagielski, Maliszewski i czasem Walentynowicz. Widać to dobrze na stenogramach rozmów zamieszczonych w opracowaniu Andrzeja Drzycimskiego i Tadeusza Skutnika.
Kogo pan reprezentuje?
Stoczniowcy z „Lenina” nie oczekiwali wsparcia od innych załóg. Chcieli swoje sprawy załatwić sami. Z niepokojem, zniecierpliwieniem i może nawet złością przyjęli fakt przystąpienia do strajku pod ich egidą następnych zakładów dzień później 15 sierpnia. Popierając żądania Stoczni Gdańskiej i się pod nie trochę „podpinając” protest zorganizowano m.in. w zajezdniach Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacji, Gdańskiej Stoczni Remontowej, Stoczni Północnej, Stoczni im. Komuny Paryskiej, portach w Gdańsku i Gdyni oraz w Elmorze.
Tam wysunięto własne zakładowe żądania, ale z poparciem i zakomunikowaniem o strajku awizowano się w stoczni. Stamtąd jednak, ku zdziwieniu delegatów zakładowych nie otrzymywali słów wsparcia i wdzięczności, ale w najlepszym razie zbywanie i „dobre rady” w stylu: „Radźcie sobie sami”, „My wam pokazaliśmy, jak walczyć o swoje postulaty” itp.
Taka sytuacja spotkała przynajmniej Antoniego Grabarczyka z Zarządu Portu Gdańsk, a także przedstawicieli załóg Stoczni Północnej i gdyńskiej „Komuny”. W niektórych przypadkach Wałęsa, do którego jako szefa strajku najczęściej przybywano z informacją o strajku solidarnościowym, w dosadnych słowach przejawiał swe zniecierpliwienie tym faktem.
Po poszerzeniu stoczniowego komitetu do ponad stu osób (na życzenie dyrektora miał obejmować przedstawicieli wszystkich wydziałów), z czego większość stanowili starsi stażem i wiekiem robotnicy, w sobotę 16 sierpnia negocjacje w Sali BHP zmierzały do satysfakcjonującego obie strony porozumienia. Na zgłaszane m.in. przez Wałęsę tu i ówdzie wątpliwości:
„co z innymi zakładami, które strajkują?”,
interweniowali i dyrektor Gniech i Józef Wójcik I sekretarz KZ PZPR, ale też sami stoczniowcy:
„Ale, kogo pan reprezentuje?”.
Na zewnątrz przysłuchiwali się już wykąpani i przebrani w cywilne ubrania pracownicy. Chcieli iść do domów. W tej sytuacji besztany przewodniczący komitetu strajkowego musiał się wycofywać i skupiać na takim prowadzeniu rozmów, aby doprowadzić je do oczekiwanego przez stoczniowców finału i to jeszcze do „fajrantu” w sobotę, czyli do godziny 14.00–15.00 tj. wtedy, kiedy zazwyczaj wychodzili z pracy.
Tak zwanym ministrem bezpieczeństwa został Zbigniew Lis. Zgodnie z nazwą odpowiadał za bezpieczeństwo MKS, ale też członków Komisji Rządowej. Musiał choćby realizować wytyczne, tak by ci ostatni bez uszczerbku wjechali do, ale i wyjechali ze stoczni.
Tak też się stało. Strony porozumiały się, co do warunków zakończenia strajku. Stoczniowcom zagwarantowano satysfakcjonującą podwyżkę płac (wstępnie po około 1500 zł „na głowę”), dodatek drożyźniany, przywrócenie do pracy wcześniej wzmiankowanych osób, nierepresjonowanie z tytułu udziału w proteście oraz zapłatę za czas jego trwania. Stoczniowcy chcieli, by upamiętnić zastrzelonych w grudniu 1970 roku kolegów, ale nie doprecyzowano, w jakiej to ma się stać formie. Gdyby nie późniejsza kontynuacja, pewnie nie doszłoby do postawienia okazałego pomnika, jak to się stało w grudniu 1980 r. Teraz stoczniowcy mieli obietnicę „jakiejś” formy upamiętnienia, ale nikt nie wiedział, jaka będzie ta forma. Nie uzgodniono w ogóle kwestii ewentualnego utworzenia wolnych związków zawodowych, to nie zostało w zasadzie wcale poruszone. Zamiast tego obiecano w umowie, że dotychczas te istniejące „na stoczni” związki zostaną poddane analizie, tak by poprawić ich funkcjonowanie. W konsekwencji o godzinie 14.15 Lech Wałęsa ogłosił zakończenie strajku i zaprosił wszystkich do opuszczenia zakładu.
Wielki dylemat
Z początku informacja została przyjęta owacyjnie, zadowoleni byli praktycznie wszyscy, może poza młodymi stoczniowcami okupującymi dookoła Salę BHP i przysłuchującymi się rozmowom oraz przede wszystkim delegatom innych zakładów pracy, które aktualnie „stały” w strajku samotnie bez Stoczni Gdańskiej, a w solidarności z którą rozpoczęli protest.
O tym, że jest coś nie tak Wałęsa i Walentynowicz zorientowali się po opuszczeniu Sali BHP. Od razu zaatakowali ich różni przybysze, często w sposób wulgarny komentując koniec strajku i „zdradę” stoczni. Według nich nie tak miało być, nie tak się umawiano. Zdecydowana większość stoczniowców zgodnie z komunikatem przewodniczącego wychodziła jednak nieskrępowanie z zakładu, bramy były pootwierane. Teraz trzeba było ich zatrzymać, a strajk kontynuować w innej formie, w jedności z innymi. Wałęsa zorientował się, że trzeba zawrócić stoczniowców, ale Alojzy Szablewski i Jan Koziatek jeszcze przekonywali go, że dobrze zrobił kończąc strajk: postulaty zostały przecież „dogadane”, dyrektor zgodził się na ich realizację, a więc trzeba być lojalnym wobec niego i podpisanej umowy. A reszta zakładów, która nadal strajkuje, niech też „załatwia” swoje sprawy.
O tym jednak, że Wałęsa zmienił swe stanowisko i chciał kontynuacji, świadczy sytuacja sprzed Sali BHP, kiedy jeden ze starszych wiekiem stoczniowców rozsądnie przekonywał zebranych wokół niego, że „Lechu” dobrze postąpił kończąc protest, podobno argumentował celnie i był w tym przekonywujący. Jednak w pewnej chwili wmieszał się sam Wałęsa, który przerwał wypowiedź i rozkazał stoczniowcowi zakończyć tłumaczenia. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni. W międzyczasie kilka kobiet; Anna Walentynowicz, Alina Pienkowska, Ewa Ossowska i według niektórych relacji także Henryka Krzywonos pobiegło w stronę bram zakładu i wtedy je ostatecznie zamknięto. Mało ludzi jednak w stoczni zostało, raczej nie więcej jak tysiąc i co istotne – dużą część z nich stanowili delegaci spoza stoczni.
Międzyzakładowy Komitet Strajkowy
Po decyzji o kontynuowaniu strajku, w nocy z 16 na 17 sierpnia z delegatów zakładów uczestniczących w proteście zawiązany został Miejski Komitet Strajkowy, a dzień później około godziny 23.00 przemianowano tę formułę na Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Do ścisłego grona MKS, czyli Prezydium weszli przedstawiciele najważniejszych spośród tych, które protestują, zakładów: stoczni, portów, rafinerii, PKS i WPK. Delegatami ze Stoczni Gdańskiej zostali Lech Wałęsa jako przewodniczący i Anna Walentynowicz. To oni brali potem udział we wszystkich rozmowach z Komisją Rządową wicepremiera Mieczysława Jagielskiego i przewodzili akcji protestacyjnej do samego można powiedzieć zwycięstwa, jakim było podpisanie porozumień w dniu 31 sierpnia gwarantujących m.in. ziszczenie celów, które założyciele WZZ Wybrzeża mieli wypisane na sztandarach dwa lata wcześniej przy ogłoszeniu Deklaracji Założycielskiej, czyli utworzenie wolnych związków zawodowych. Teraz to nastąpiło pod nieco tylko zmienioną nazwą: Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych.
Wałęsa i Walentynowicz byli w Prezydium strajku, ale inni stoczniowcy, jako gospodarze miejsca zajmowali się zabezpieczeniem protestu. Tak zwanym ministrem bezpieczeństwa został Zbigniew Lis. Zgodnie z nazwą odpowiadał za bezpieczeństwo MKS, ale też członków Komisji Rządowej. Musiał choćby realizować wytyczne, tak by ci ostatni bez uszczerbku wjechali do, ale i wyjechali ze stoczni. Marek Krówka z kolei w ramach pracy zakładowego KS, zajął się organizacją przemieszczania na terenie rozległej stoczni. Jeszcze inne role pełnili choćby Alojzy Szablewski, Jan Koziatek, Henryk Jagielski i ci, którzy rozpoczęli całe „zamieszanie”: Jerzy Borowczak, Bogdan Felski, Ludwik Prądzyński oraz Kazimierz Kunikowski, pomagający w pierwszych godzinach strajku osamotnionemu Prądzyńskiemu.
