„Funkcjonariusz bezpieczeństwa, milicjant, żołnierz KBW czy ORMO-wiec to nie tylko urzędnik z pistoletem, karabinem czy automatem, to człowiek świadomy swej klasowej postawy, to bojownik walczący o ugruntowanie demokracji ludowej, o socjalizm w Polsce”
– mówił Stanisław Radkiewicz, minister bezpieczeństwa publicznego, w czasie spotkania aktywu partyjnego funkcjonariuszy resortu w 1948 r.
Z próżnego i Salomon nie naleje…
Kadra Resortu BP, a później Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego stanowiła grupę słabo wyedukowaną. W 1945 r. większość funkcjonariuszy – bo aż 78,3 proc. – miała zaledwie wykształcenie podstawowe lub nawet niepełne podstawowe. Ci, którzy ukończyli albo chociaż rozpoczęli studia, należeli do rzadkości – w resorcie to raptem 2,2 proc. Lepiej pod tym względem wyglądały struktury centralne, bowiem w samym MBP w Warszawie takich osób było nieco ponad 13 proc.
Problem stanowiło jednak nie tylko wykształcenie ogólne, ale także – specjalistyczne. Przecież pracy operacyjnej uczyli się jedynie ci, którzy przeszli przez sowiecki kurs w szkole NKWD w Kujbyszewie. Do nich dochodziła nieliczna grupa, która zaliczyła kursy wywiadowcze lub kontrwywiadowcze będące elementem szkoleń dywersyjnych. Zatem większość funkcjonariuszy mających stać się mieczem i tarczą komunistycznej partii najzwyczajniej w świecie nie posiadała kompetencji do wykonywania swych zadań.
W jakimś stopniu starali się te braki niwelować ci przełożeni, którzy przeszli różne kursy. Pewną rolę odgrywali także sowietnicy – czyli przydzieleni do bezpieki funkcjonariusze sowieckiego NKWD. Słusznie nazywani początkowo „instruktorami”, a dopiero z biegiem czasu – „doradcami”.
Komuniści musieli jak najszybciej rozwiązać problem przygotowania funkcjonariuszy. Jeszcze w grudniu 1944 r. Radkiewicz powołał Szkołę Oficerów Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie, którą w marcu 1945 r. przemianowano na Centralną Szkołę MBP i przeniesiono do Łodzi. Do Legionowa, do wydzielonej przestrzeni tzw. bloków kolejowych, trafiła ona w drugiej połowie 1947 r. i od tego czasu tam już funkcjonowała pod zmienioną nazwą Centrum Wyszkolenia MBP.
Paleta szkoleń
Centrum Wyszkolenia w Legionowie nie było jedyną resortową szkołą. Przez jakiś czas prowadzono ośrodek szkolenia w Pleszewie, później w Gdańsku, organizowano także szkolenia wojewódzkie przy poszczególnych wojewódzkich urzędach bezpieczeństwa publicznego.
Jednak Legionowo zapewniało najszersze możliwości kształcenia ubeckich kadr. Najważniejsze były szkoły oficerskie – roczna (tzw. Szkoła „O”), przeznaczona dla funkcjonariuszy UB, którzy dysponowali już jakimś stażem i doświadczeniem, oraz dwuletnia (tzw. Szkoła „A”). Do tej drugiej kierowano nowo zatrudnione osoby. Ale możliwości było znacznie więcej – Centrum Wyszkolenia oferowało bowiem kilku miesięczne (najczęściej trwające kwartał, a rzadziej pół roku) kursy: kierowniczy, przeszkolenia szefów PUBP (kurs „P”), śledczy (kurs „S”), specjalne (fotografii lub szyfru), ale także np. kurs maszynopisania czy odrębne kursy dla Straży Więziennej.
W sumie szkolono ponad 1 tys. osób każdego roku. W 1949 r. kursy kierownicze, śledcze, kurs specjalny czy dla szefów PUBP liczyły od 200 do 250 słuchaczy każdy, szkoła roczna – 350 kursantów, dwuletnia – 700.
Centrum Wyszkolenia miało zatem – na różnych poziomach i w różnym zakresie – nadawać kompetencje ignorantom lub sprawić, by naturszczycy zaczęli głębiej rozumieć swe dotychczasowe działania czy wytyczne przełożonych. Co jednak ciekawe, funkcjonariusze uważali, że ci najskuteczniejsi w pracy rzadko trafiali na szkolenia, zwłaszcza na szkołę roczną, bowiem ich przełożeni nie chcieli ich tracić na tak długi czas, obawiali się także, że po zakończeniu kursu mogą zostać przeniesieni do innej jednostki.
Celem Legionowa było nie tylko wprowadzenie teorii pracy operacyjnej, zagadnień z kryminalistyki, problematyki śledczej, ale także uformowanie funkcjonariuszy. Wzmocnienie w nich przekonań ideologicznych. Stąd dość rozbudowany w szkołach i na kursach, sięgający czasem nawet 30 proc. zajęć, blok polityczny. Obejmował m.in. – odpowiednio przedstawiane – dzieje XX w., historię partii komunistycznej w Polsce i w ZSRS, a także „działalność ugrupowań prawicowych w kraju i za granicą”.
Do tego dochodziły elementy wyszkolenia wojskowego – musztra czy znajomość broni. Wyrównywano także poziom wykształcenia ogólnego, ucząc języka polskiego i geografii. Prowadzono też zajęcia wychowania fizycznego.
Na znaczenie przedmiotów politycznych wskazywał Antoni Rupniewski – absolwent rocznej szkoły z lat 1948/1949 – wieloletni funkcjonariusz m.in. Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Końskich i Sandomierzu oraz Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i pionu SB w Kielcach:
„Szkoła odegrała istotną rolę w rozszerzaniu i wzbogacaniu wiedzy marksistowsko-leninowskiej słuchaczy, która stanowiła mocną podstawę dla prawidłowej orientacji politycznej oraz ułatwiała właściwe rozumienie polityki partii. W czasie nauczania preferowano te metody i środki, które wszechstronnie oddziaływały na osobowość słuchaczy, a więc nie tylko na intelekt, ale również na emocje i wolę, kształtując gruntowne przekonanie trwałych i pożądanych nawyków politycznego myślenia i skutecznego oddziaływania”.
Feliks Kacperski – absolwent kursu „S” – podkreślał:
„Cytat z dzieł Stalina stanowił wówczas ostateczny argument w każdej niemal dyskusji”.
Ten – niezwykle istotny – moduł kursu miał sprawić, by zgodnie z przywoływaną już wizją Radkiewicza, funkcjonariusz UB był świadomym swej postawy bojownikiem socjalizmu…
Fabryka nowych elit
Formowanie ideologiczne realizowano w Centrum Wyszkolenia nie tylko w ramach wykładów czy konwersatoriów, ale także w czasie „pracy partyjnej”. Jak wspominał Kacperski:
„zebrania partyjne odbywały się bardzo często. Oczywiście odbywały się one po godzinach nauki i trwały nieraz do późnych godzin nocnych. Dużo miejsca poświęcano na nich kształceniu ideologicznemu, dyscyplinie partyjnej, zaangażowaniu i postawie członka partii”.
Z punktu widzenia komunistów miało to kolosalne znaczenie, bowiem, kontynuował Kacperski:
„poziom ogólny słuchaczy naszego kursu był – jak byśmy dziś powiedzieli – niski. Sam […] miałem wtedy wykształcenie zaledwie podstawowe. I większość z nas miała tylko takie. […] Brak wiedzy ogólnej zastępowała ideowość i jak wtedy mówiono pochodzenie klasowe”.
Ideowość ideowością, ale jednocześnie należało zadbać o możliwość kształcenia tej bardzo zróżnicowanej masy ludzkiej. Dlatego wytypowani do Legionowa funkcjonariusze po przyjeździe do centrum wyszkolenia zdawali egzaminy. Niewielka część kandydatów, która wykazywała się w nich absolutnym brakiem wiedzy czy predyspozycji, była odsyłana do macierzystych jednostek. Pozostali – zależnie od oceny komisji, a także swego wykształcenia – dzieleni byli na plutony i kompanie, w których mniej więcej prezentowali zbliżony do siebie poziom. Tadeusz Kosowski – absolwent kursu z rocznika 1950/1951 – funkcjonariusz w PUBP w Wadowicach i Brzesku, a później w centrali w Warszawie, wspominał o tych egzaminach, że było to
„dyktando z języka polskiego. Tekst był dość trudny, gdyż zawierał dużo wyrazów z literami »ch«, »h«, »rz«, »ż«, »ó«, »u«, »f«, »w«”,
a później „egzamin z geografii politycznej” oraz „egzaminy wstępne z przedmiotów ogólnopolitycznych, a ściślej z wiadomości o Polsce i świecie współczesnym”. Dopełniała je rozmowa z komisją o „sytuacji rodzinnej i zainteresowaniach”. We wspomnieniach funkcjonariuszy UB często powracały stwierdzenia, że większość kursantów – co odpowiadało statystykom w resorcie – była słabo wykształcona. Czytanie i pisanie sprawiało niektórym trudność. Także nauka szła początkowo słabo, ale wtłoczenie kadetów w rytm pracy i przyuczanie do nauki własnej w grupach – po zakończeniu zajęć, jak się wydaje, przynosiło efekty.
Rozpoczynający szkolenie, zwłaszcza w Szkole „O”, mieli rozmaite stopnie i pełnili różne funkcje. Byli więc zrównywani na czas szkolenia. Kosowski wspominał:
„Wszyscy słuchacze mieli otrzymać jednakowe umundurowanie (ćwiczebne i wyjściowe) według wzorów podchorążych obowiązujących w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Na pagonach miała być naszyta tylko metalowa litera »O«, bez żadnych dystynkcji”.
Po całym cyklu szkoleniowym zdawali egzaminy, po czym kadry decydowały o ich dalszym losie – powrocie do macierzystych jednostek lub przeniesieniu gdzie indziej. Jak opisywał Jan Jakowiec – absolwent Rocznego Kursu Przeszkolenia, wieloletni funkcjonariusz UB-SB najpierw w Szczecińskiem, a później w centrali w Warszawie:
„Na zakończenie naszego kursu odbyły się bardzo trudne – moim zdaniem – egzaminy, które obejmowały całość przerobionego w ciągu roku materiału. A materiał ten był bardzo obszerny. W skład komisji egzaminacyjnych, obok kadry pedagogicznej, wchodzili przedstawiciele KZ PZPR oraz Departamentu Kadr MBP. Ci ostatni bacznie przyglądali się egzaminowanym kursantom pod kątem ewentualnego wykorzystania ich w centralnym aparacie BP”.
Niektóre szkoły zaczynały się, inne zaś kończyły się obozem wojskowym w pobliskich lasach. Miał on znaczenie przede wszystkim dla ogólnego przeszkolenia wojskowego, ale także jako element wtłaczania funkcjonariuszy w system rozkazów i bezwzględnej podległości przełożonym.
Szkoła miała przygotowywać do pracy operacyjnej, śledczej czy w pionach pomocniczych. Zadaniem kursów było podnoszenie kwalifikacji funkcjonariuszy w wybranych dla nich specjalizacjach albo edukowanie kadry kierowniczej. Miało to znaczenie ze względu na bardzo niski poziom wykształcenia formalnego i brak teoretycznego przygotowania funkcjonariuszy UB do realizowanych działań. Z pewnością było to narzędzie skuteczne, pozwalające bardziej świadomie realizować zlecane przez partię zadania.
Teoria była jednak… tylko teorią, jak podkreślał Kosowski:
„Mimo starań, nie nauczono nas prowadzenia spraw operacyjnych, stosowania kombinacji operacyjnych, sposobów pozyskiwania osobowych źródeł informacji, gdyż wszystkie te wiadomości zdobywa się dopiero w czasie konkretnych zadań operacyjnych. Praktyka bardzo często odbiega od teorii, zwłaszcza w pracy operacyjnej […]”.
Niemniej teoretyczne przygotowanie było istotne. Centrum Wyszkolenia MBP w Legionowie wypełniało istotną lukę w formowaniu zawodowym i ideologicznym kilku tysięcy funkcjonariuszy komunistycznego aparatu represji. Przecież do UB nie przyjmowano funkcjonariuszy przedwojennych, był więc aparatem składającym się początkowo głównie z amatorów, którzy o pracy operacyjnej czy śledczej nie mieli pojęcia. Zarazem stanowił szansę na szybki awans społeczny – z której to szansy reprezentanci dotychczasowych nizin społecznych skwapliwie korzystali.
Ważne też, aby te koloryzowane nostalgią wspomnienia byłych funkcjonariuszy nas nie myliły. To, że – najczęściej – z sentymentem wspominali Legionowo, nie powinno sprawiać, byśmy zapomnieli, że to ci ludzie dławili polskie dążenia niepodległościowe. Zwalczali jawny i konspiracyjny opór, niszczyli Kościół i niezależne działania społeczne. Można zaryzykować tezę, że wielu z nich wiedziało już, jak zrywać paznokcie, a Legionowo miało ich nauczyć, jak łamać ludzkie sumienia…
Ubek w operze
Z założenia starano się w Legionowie zagospodarować kadetom jak najwięcej czasu. Z rzadka wypuszczano ich na przepustki do domu, częściej zezwalano na krótkie wyjścia z terenu Centrum Wyszkolenia do Legionowa czy Warszawy. Jednocześnie wykorzystywano ich – w miarę potrzeb – do działań angażujących cały aparat represji. Na przykład Czesław Kowalczyk z kursu śledczego wspominał, jak latem 1948 r. kursanci zostali skierowani do Warszawy, do „zabezpieczenia porządku podczas narady partii komunistycznych i robotniczych”.
Włączano ich także do czynów społecznych. Kosowski pamiętał, że jesienią „w ramach sobót gospodarczych” część słuchaczy wykonywała prace porządkowe i drobne remonty w Legionowie, a inni pomagali „spółdzielcom przy wykopkach ziemniaków i wyrywaniu buraków pastewnych”.
Nauka w Legionowie mogła też służyć rozwojowi ogólnemu funkcjonariuszy, co jednak raczej nie wychodziło. Jak wspominał Tadeusz Ochnik – kursant z lat 1948–1949, funkcjonariusz powiatowych urzędów na Lubelszczyźnie:
„Pomimo tak ogromnego programu szkolenia kierownictwo Szkoły bardzo dbało o nasze życie kulturalne. W każdym tygodniu były wyświetlane filmy w kinie na terenie Centrum. Bywali u nas z odczytami lub wykładami znani działacze i naukowcy. Pamiętam, że pewnego razu odwiedził nas grecki działacz komunistyczny. Jeździliśmy często do Warszawy (ale nie na własną rękę) do teatru, operetki i opery. Dla wielu z nas był to pierwszy kontakt z prawdziwą sztuką”…
Chyba bardziej realistycznie opisywał to Kosowski – gdy zawieziono kadetów do Teatru Polskiego na Dziady – „spektakl długi, niezrozumiały i nudny”, na widowni „co chwilę słychać było chrapanie”.
Nowa komunistyczna elita, składająca się w przeważającej części z prostych, niewykształconych ludzi, nieoczytanych (czasem nawet mających z czytaniem spory kłopot), nieobytych z kulturą narodową, była też słabym odbiorcą kultury sowietyzowanej.
Dopiero w drugim pokoleniu ich dzieci, wykazujące już pochodzenie nie tyle robotnicze czy chłopskie, co inteligenckie – przecież funkcjonariusze UB stawali się w tym systemie „inteligentami” – łatwiej przyswajały komunistyczny kod kulturowy zapisany w przedstawieniach teatralnych, serialach czy filmach. Wskazują na to choćby wspomnienia funkcjonariuszy szkolonych w latach 70. czy 80.
Między Kujbyszewem a Legionowem
Komunistyczny aparat represji w pierwszych latach swego istnienia korzystał z kadr wyszkolonych przez Sowietów – nielicznych, przygotowywanych do działań wywiadowczych i dywersyjnych jeszcze przed wojną, szkolonych w czasie II wojny światowej na potrzeby partyzantki i wreszcie kształconych pospiesznie w Kujbyszewie. Tylko ta ostatnia grupa była przysposabiana celowo do budowania komunistycznego aparatu represji. W sumie więc dysponowano kadrą nie większą niż 500 osób w aparacie, który już w 1945 r. liczył kilkanaście, a w kolejnych latach ponad 30 tys. funkcjonariuszy.
Centrum Wyszkolenia MBP w Legionowie było więc systemową odpowiedzią na brak wyszkolonych kadr. Zajmowało się nie tylko przygotowywaniem części osób nowo przyjętych, ale w pierwszych latach jego – być może najważniejszym – zadaniem było szkolenie funkcjonariuszy już działających, nieznających jednak teorii swego „ubeckiego rzemiosła”. Poznających je wcześniej tylko w praktyce.
Jan Jaworski – kursant Dwuletniej Szkoły Oficerskiej – wspominał:
„Szkoła oficerska MBP była szkołą życia, pracy i nauki, zorganizowana chyba na wzorcach frontowej szkoły podchorążych Wojska Polskiego [Berlinga – przyp. F.M.] z okresu drugiej wojny światowej. Wojskowy regulamin, niezwykle surowa dyscyplina, ostre zakazy i nakazy przypominały raczej warunki szkoły frontowej”.
Jan Jakowiec, mówiąc o CW MBP w Legionowie, puentował:
„Była to swego rodzaju »kuźnia kadr«, przez którą przeszło wiele tysięcy słuchaczy, otrzymując wiedzę potrzebną w zaszczytnej pracy w bardzo rozgałęzionym wówczas aparacie bezpieczeństwa”.
To m.in. formacja ideologiczna sprawiała, że funkcjonariusze bezpieki – odpowiedzialni za komunistyczne zbrodnie, łamanie praw człowieka, tłumienie dążenia do wolności i suwerenności – uważali, że pełnią zaszczytną służbę.
Tekst pochodzi z numeru 12/2024 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN, placówkach Poczty Polskiej, sieciach EMPIK lub na stronie ksiegarniaipn.pl
