Stalinowski, skrajnie dogmatyczny i fatalny z wielu względów model zarządzania przemysłem, a przede wszystkim pogoń za coraz większym wydobyciem za wszelką cenę, doprowadził do drastycznego obniżenia poziomu bezpieczeństwa i wydajności.
Tragiczny rok 1954 r.
Bez cienia przesady można powiedzieć, że była to wówczas śmiertelnie niebezpieczna praca. Od 1949 r. do 1955 r. w polskich kopalniach życie straciło 2,5 tys. osób, kolejne kilkanaście tysięcy pracowników odniosło trwałe obrażenia. Na stanowiskach kierowniczych zatrudniano osoby niekompetentne, często „z awansu”, ale wierne partii. Wszelkie awarie spowodowane morderczą pracą i krańcową eksploatacją maszyn tłumaczono sabotażami, dokonywanymi rzekomo przez zewnętrznych i wewnętrznych wrogów.
Ideologiczne podejście do górnictwa węgla kamiennego, gdzie fachowa wiedza i duże doświadczenie są niezbędne, wywołało tragiczne skutki. Najtragiczniejszy okazał się rok 1954 – w pierwszym kwartale roku w katastrofach górniczych zginęły aż 222 osoby, z czego zdecydowana większość straciła życie w województwie katowickim, wówczas – po śmierci Stalina – nazwane stalinogrodzkim.
22 lutego 1954 r. podczas pożaru w kopalni „Dębieńsko” w Czerwionce po zapaleniu się gumowej taśmy przenośnika zginęło 21 górników. Miesiąc później, w niedzielę 21 marca, w kopalni „Barbara-Wyzwolenie” w Chorzowie doszło do jednego z najtragiczniejszych wypadków w historii polskiego górnictwa.
Pożar w kopalni „Barbara-Wyzwolenie”
Ogień pojawił się ok. godz. 19.00 przy skrzyżowaniu chodników na poziomie 200, prawdopodobnie w wyniku zaprószenia od powieszonej tam przypadkowo lampy karbidowej. Po zapaleniu się drewnianej obudowy i kabli, unieruchomione zostały wentylatory. Gorące gazy zmieniły kierunek przepływu powietrza w chodnikach wentylacyjnych i trujący dym wypełnił główny korytarz kopalni. Mimo że od razu zarządzono ewakuację, w śmiertelnej pułapce znaleźli się górnicy z kilku pokładów.
Kilkanaście prób wejścia w rejon pożaru zakończyło się niepowodzeniem. Według oficjalnych danych zginęło osiemdziesiąt osób, jednak niektórzy twierdzili, że władze ukryły śmierć pracujących na dole więźniów i w rzeczywistości ofiar było ponad sto.
Około godz. 21.00 do kopalni dotarły pierwsze oddziały ratunkowe, ale akcja była w znacznej mierze improwizowana, ponieważ ratownicy nie znali układu wyrobisk, nie dostarczono im też map (pierwszy szkic sytuacyjny narysowano kredą na wagoniku do przewozu węgla!), zawiodła także łączność. Kilkanaście prób wejścia w rejon pożaru zakończyło się niepowodzeniem. Według oficjalnych danych zginęło osiemdziesiąt osób, jednak niektórzy twierdzili, że władze ukryły śmierć pracujących na dole więźniów i w rzeczywistości ofiar było ponad sto.
Nieskuteczna akcja ratunkowa z całą wyrazistością pokazała ogrom patologii, z jakimi musieli się wówczas borykać górnicy. Wadliwa wentylacja ułatwiła szybkie rozprzestrzenienie się ognia i odcięła ludziom możliwość ucieczki, zepsuł się też system łączności. Grupa pracujących na dole żołnierzy-górników nie zdołała wydostać się przez szyby wentylacyjne, ponieważ dyrekcja kopalni nakazała zdemontować drabinki, aby zapobiec ucieczkom. Były też widoczne elementarne braki w przeszkoleniu w sytuacji zagrożenia, wreszcie odnotowano przypadki odmowy wykonywania poleceń nadzoru.
Analiza przyczyn wypadku dokonana przez partię i funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa była oczywiście inna:
„Głównym uderzeniem wroga był i jest nadal przemysł węglowy. Na kilku kopalniach, szczególnie na terenie Śląska, wróg dokonał szeregu aktów dywersji, przeważnie wyrażających się w postaci podpaleń. Akty te w swych skutkach przyniosły poważne szkody polityczne i gospodarcze”
– raportował do swych przełożonych w Warszawie na początku kwietnia 1954 r. szef stalinogrodzkiego WUBP.
Pracownicy UB zaczęli prowadzić śledztwo w chorzowskiej kopalni jeszcze w trakcie akcji ratunkowej. Niektórych górników przesłuchiwano kilkakrotnie. Najważniejszym podejrzanym stał się główny mechanik kopalni, którego dodatkowo (a może przede wszystkim) obciążało to, że był bezpartyjny, a jego syn wstąpił do seminarium duchownego. Po czterech miesiącach został zwolniony z aresztu z powodu braku jakichkolwiek dowodów winy. Mimo długotrwałego śledztwa władzom bezpieczeństwa nie udało się ustalić personaliów innych rzekomych sabotażystów.
Stopniowe ustępstwa wobec rzeczywistości
Tragiczna sytuacja w górnictwie w połowie lat 50. – przede wszystkim spadek wydajności wydobycia, a więc to, czym kierownictwo PZPR interesowało się najbardziej; z życiem i zdrowiem ludzi w czasach stalinowskich po prostu się nie liczono – zmusiła władze partyjno-państwowe do podjęcia pewnych kroków, mających na celu poprawę sytuacji m.in. poprzez początkowo minimalne zwiększenie poziomu bezpieczeństwa.
Na przełomie lat 1955 i 1956 górnictwo powoli wychodziło z najtragiczniejszego okresu stalinowskiego. Istotne okazały się dopiero zmiany, które nastąpiły po Październiku ʼ56.
Po katastrofie w kopalni „Barbara-Wyzwolenie” w kwietniu 1954 r. dyskutowano na ten temat na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR, które wydało uchwałę zalecającą Ministerstwu Górnictwa i wszystkim odpowiednim instancjom partyjnym „konieczność niezwłocznego zerwania z dotychczasową szkodliwą obojętnością i beztroską w sprawach tak istotnych jak bezpieczeństwo pracy górnika”. W następnych miesiącach, mimo narad i partyjnych zebrań w kopalniach w tej sprawie, nie odnotowano zasadniczej poprawy – 30 maja 1955 r. w kopalni „Sośnica” w Gliwicach zginęło 42 górników.
Ale zaczęto w końcu konstruktywniej dyskutować i dopiero w wyniku bardziej kompleksowych działań od drugiej połowy 1955 r. stan bezpieczeństwa w kopalniach zaczął się nieznacznie polepszać, chociaż i w tym czasie nie udało się uniknąć dalszych tragicznych wypadków, a do przełomu było daleko. Opracowano jednak katalog zadań mających na celu poprawę sytuacji, które stopniowo zaczęto wprowadzać w życie. Usprawniono przede wszystkim wentylację poprzez wyposażanie głównych wentylatorów w urządzenia do zmiany kierunku powietrza i dwa niezależne źródła energii. Ostatecznie wycofano z użytku oświetlenie z otwartym płomieniem, rozpoczęto budowę przeciwpożarowych sieci wodociągowych i wymianę łatwopalnych materiałów, wreszcie zintensyfikowano działania nad opracowaniem polskiego modelu aparatu ucieczkowego, umożliwiającego wycofanie się z zagrożonej strefy. Powoli zmniejszał się wskaźnik wypadkowości, choć niestety również w następnych latach nie uchroniono się całkowicie przed kolejnymi, bardzo poważnymi katastrofami górniczymi.
Na przełomie lat 1955 i 1956 górnictwo powoli wychodziło z najtragiczniejszego okresu stalinowskiego. Istotne okazały się dopiero zmiany, które nastąpiły po Październiku ʼ56 – wydobycie węgla dla władz komunistycznych nadal było kluczowe, ale włodarze PRL już bardziej musieli się liczyć z ludzkim życiem i zdrowiem.
