Auta po południu dotarły do Gliwic, miasta noszącego wówczas niemiecką nazwę Gleiwitz, leżącego zaledwie kilka kilometrów od granicy z Polską. Tutaj grupa się rozdzieliła. Jeden samochód zaparkował przy potężnym, nowoczesnym hotelu „Haus Oberschlesien”, drugi zatrzymał się zapewne przed znajdującym się kilkaset metrów dalej, po drugiej strony ulicy mniejszym hotelem „Schlesischer Hof”.
Przybycie i zameldowanie się w hotelach elegancko ubranych młodych mężczyzn nie zwróciło niczyjej uwagi. Po podziale Górnego Śląska w 1922 r. między Polskę a Niemcy Gliwice stały się nieformalnym administracyjnym i gospodarczym centrum niemieckiej części regionu, a z pobliskimi miastami Hindenburgiem (jak nazywało się do 1945 r. Zabrze) i Bytomiem tworzyły przemysłowe trójmiasto, które co rusz odwiedzali w interesach goście z Berlina.
Wojna w eterze
Gliwice bardzo zyskały na polsko-niemieckiej wojnie propagandowej toczonej w międzywojniu o to, które z państw było lepszym gospodarzem w podzielonym regionie. Liczne inwestycje miały być tego potwierdzeniem, a rywalizacja polsko-niemiecka odbywała się również w przestrzeni radiowej. Do niemieckojęzycznych słuchaczy na Górnym Śląsku skierowane były audycje istniejącej od 1924 r. rozgłośni radiowej we Wrocławiu.
Po podziale Górnego Śląska Gliwice stały się nieformalnym administracyjnym i gospodarczym centrum niemieckiej części regionu, a z pobliskimi miastami Hindenburgiem (jak nazywało się do 1945 r. Zabrze) i Bytomiem tworzyły przemysłowe trójmiasto, które co rusz odwiedzali w interesach goście z Berlina.
W celu wzmocnienia sygnału, jak również sprofilowania wiadomości lokalnych pod kątem odbiorców z Górnego Śląska, w 1925 r. w Gliwicach stanął budynek mieszczący urządzenia nadawczo-wzmacniające, studia mikrofonowe, pomieszczenia redakcji i salę koncertową. Obok niego postawiono dwie 75-metrowe stalowe wieże, pomiędzy którymi rozciągnięto antenę nadawczą. Początkowo radiostacja gliwicka służyła jako stacja przekaźnikowa programu nadawanego z Wrocławia, jednak już od 1927 r. nadawała także własne audycje.
Również w odrodzonej Rzeczypospolitej rozwój radiofonii następował niemal równolegle ze wzrostem jej popularności w innych państwach Europy. W województwie śląskim uruchomiono silną radiostację, która umożliwiła odbiór programu przez polskojęzycznych mieszkańców niemieckiej części Górnego Śląska, a jednocześnie była przeciwwagą dla niemieckiego programu nadawanego z Wrocławia i wzmacnianego w Gliwicach. 4 grudnia 1927 r. uroczyście zainaugurowano pracę rozgłośni Polskiego Radia Katowice.
Rozpoczęła się walka o słuchaczy. Obydwie strony prowadziły nasłuch konkurencyjnych audycji, a o propagandowych atakach informowano na łamach prasy, jednocześnie kierując stosowne skargi i noty dyplomatyczne. Pod koniec lat 20. pisano już wprost o „wojnie w eterze”.
Próbą jej zażegnania było podpisanie w 1931 r. polsko-niemieckiego porozumienia o nieagresji na falach eteru, które jednak obie strony notorycznie łamały. Tylko na krótko sytuacja ulegała poprawie po podpisaniu w styczniu 1934 r. polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy we wzajemnych stosunkach. Im bliżej wojny, tym mocniej wykorzystywano radio, które okazywało się niezastąpione w politycznej propagandzie.
Od wiosny 1939 r. niemiecka propaganda zradykalizowała ton w stosunku do Polski. Liczne artykuły prasowe i audycje radiowe wskazywały nie tylko na diametralną zmianę kursu, ale jednocześnie miały na celu oswojenie niemieckiego społeczeństwa z nieuchronnie zbliżającą się konfrontacją militarną.
W połowie lat 30. gliwicka radiostacja z trudem mogła sprostać oczekiwaniom płynącym z Berlina. W 1934 r. niemieckie Ministerstwo Propagandy zleciło poprawienie jakości programu radiowego na Górnym Śląsku. Postanowiono zwiększyć moc radiostacji gliwickiej przez budowę nowej anteny wraz z osobną stacją nadawczą na działce w dzielnicy Petersdorf (Szobiszowice), przy Tarnowitzer Landstrasse (ul. Tarnogórska), jednocześnie zachowując studia nagraniowe, dyrekcję i administrację w oddalonym o ok. 5 km starym budynku przy Am Sender Strasse (ul. Radiowa). Prace budowlane rozpoczęły się w maju 1935 r. W nowym miejscu stanęły trzy budynki i 111-metrowa drewniana wieża, która kryła pionową antenę. Nowa stacja nadawcza rozpoczęła pracę w eterze 22 grudnia 1935 r.
Spreparować casus belli
Od wiosny 1939 r. niemiecka propaganda zradykalizowała ton w stosunku do Polski. Liczne artykuły prasowe i audycje radiowe wskazywały nie tylko na diametralną zmianę kursu, ale jednocześnie miały na celu oswojenie niemieckiego społeczeństwa z nieuchronnie zbliżającą się konfrontacją militarną. Niebagatelną rolę odgrywało tutaj publikowanie sensacyjnych wiadomości: od budzących niepokój doniesień o trudnej sytuacji mniejszości niemieckiej w Polsce i rzekomych polskich represjach wobec Niemców po informacje o planach inwazji polskiej armii. Celem tych, w większości nieprawdziwych bądź wyolbrzymionych, informacji było przekonanie obywateli Niemiec, że pokojowe rozwiązanie sporu z Polską jest niemożliwe. Przestawano już pytać „czy dojdzie do wojny?”, pytano natomiast „kiedy wojna wybuchnie?”.
Kierowana przez Josepha Goebbelsa niemiecka machina propagandowa starała się dostarczyć możliwie przekonujące dowody polskiej „winy”, by zrzucić na Warszawę odpowiedzialność za przerwanie pokojowego współistnienia dwóch sąsiadujących ze sobą państw. W przekonaniu Hitlera było to jednak zapewne zbyt mało, by uspokoić międzynarodową opinię publiczną, a zwłaszcza wytrącić z ręki argumenty sojusznikom Polski, dyplomatycznym adwersarzom Niemiec. Nie mając odpowiedniego pretekstu, postanowiono go spreparować.
Kiedy wiosną 1939 r. zapadły decyzje o rozpoczęciu przygotowań do agresji militarnej na Polskę, zdecydowano, że poprzedzą ją upozorowane incydenty na granicy polsko-niemieckiej, mające stanowić pretekst do użycia przeciwko Polsce sił wojskowych. Wykonanie tego zadania spoczęło na Reichsführerze SS i szefie policji Heinrichu Himmlerze oraz na podległych mu szefie SD Reinhardzie Heydrichu i szefie gestapo Heinrichu Müllerze.
Zgodnie z planem akcja miała zostać przeprowadzona o dwudziestej. Dokumenty i wszelkie osobiste przedmioty, które mogłyby naprowadzić na faktyczne personalia sprawców, pozostawiono w hotelu. W cywilnych, tym razem starych i dość podniszczonych ubraniach, o 19.40 dwoma samochodami wyruszono w stronę radiostacji.
Na początku sierpnia 1939 r. powołano w tym celu specjalny zespół. Podczas narady 8 sierpnia 1939 r. w berlińskiej siedzibie SD uzgodniono, że przed rozpoczęciem działań militarnych należy dokonać przynajmniej kilku pozorowanych ataków z terytorium Polski na wybrane przygraniczne obiekty niemieckie. Dwa dni później Heydrich osobiście udał się na Górny Śląsk, gdzie odbył rekonesans wzdłuż granicy polsko-niemieckiej, aprobując miejsca przewidziane na zaimprowizowane „polskie” ataki: leśniczówkę w Pitschen (Byczyna), niemiecki urząd celny w Hochlinden (Stodoły) i radiostację w Gleiwitz (Gliwice).
Po powrocie Heydricha do Berlina doprecyzowano szczegóły operacji: akcja w Hochlinden miała polegać na upozorowanym ataku umundurowanego oddziału polskiego, który stoczy „pojedynek” z niemiecką strażą graniczną, w Pitschen oddział esesmanów udających grupę polskich powstańców w cywilnych ubraniach miał dokonać napadu na leśniczówkę, w której mieszkał leśniczy wraz z rodziną, podobnie w Gleiwitz napadu mieli dokonać funkcjonariusze SD ubrani w cywilne ubrania, udający samozwańczy oddział złożony z byłych polskich powstańców. Przygotowania do wszystkich trzech akcji koordynowane były przez placówkę gestapo w Opolu.
Sprawca i ofiara
Dokonanie sfingowanego ataku na gliwicką radiostację Heydrich powierzył jednemu ze swoich podwładnych Alfredowi Naujocksowi. Ten zaledwie 28-latek był już doświadczonym funkcjonariuszem SD. Z zawodu mechanik urządzeń medycznych, nie miał okazji szlifować fachu. W wieku niespełna 20 lat został członkiem partii nazistowskiej. Kilka miesięcy później wstąpił w szeregi SS, a wiosną 1934 r. rozpoczął służbę w SD. Początkowo pracował jako kierowca, jednak szybko awansował, przechodząc do sekcji wywiadu.
Jego notowania wzrosły zwłaszcza po tym, jak 23 stycznia 1935 r. w pokoju hotelowym w Pradze wraz z dwójką innych agentów niemieckich służb specjalnych wziął udział w zamachu na Karla Formisa, niemieckiego działacza opozycyjnego, inżyniera i radiowca amatora, który z hotelowego pokoju w Pradze nadawał antynazistowskie audycje, wykorzystując do tego celu samodzielnie zbudowaną krótkofalową stację nadawczą. Powodzenie operacji przeciwko Formisowi utwierdziło Reinharda Heydricha w przekonaniu co do umiejętności Naujocksa jako „agenta do zadań specjalnych”.
W połowie sierpnia 1939 r. Naujocks otrzymał rozkaz zebrania ludzi, opracowania szczegółowego planu i wyjazdu do Gliwic, by tam czekać na sygnał do realizacji zadania. Jednocześnie zakazano mu kontaktowania się z władzami niemieckimi w Gliwicach, a cała akcja miała być przeprowadzona w taki sposób, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń co do jej prawdziwości, zwłaszcza wśród funkcjonariuszy gliwickiej policji i pracowników radiostacji. Do tajemnicy dopuszczono jedynie zaufanych funkcjonariuszy gestapo z Gliwic i Opola.
Gestapowcy, wybierając ofiarę, kierowali się tym, by znaleźć taką osobę, której nikt nie będzie specjalnie szukał ani interweniował w razie jej zaginięcia.
Do Gliwic Naujocks zabrał ze sobą sześciu ludzi, w tym technika radiowego i osobę mówiącą płynną polszczyzną. To właśnie oni zameldowali się w gliwickich hotelach 15 sierpnia 1939 r. i przez kolejne dwa tygodnie odgrywali rolę statecznych, młodych biznesmenów.
W tym czasie na polecenie szefa gestapo Heinricha Müllera rozpoczęto poszukiwania osoby, której zwłoki podrzucone w miejsce akcji miały stać się „dowodem” rzekomej polskiej agresji. Wybór gestapowców padł na Franza Honioka, 40-letniego mieszkańca Łubia, niewielkiej wsi oddalonej ok. 20 km od Gliwic, urodzonego w polskojęzycznej rodzinie, zaangażowanego po stronie polskiej w okresie plebiscytu i Powstań Śląskich, a następnie w działania mniejszości polskiej na niemieckim Górnym Śląsku, jednocześnie samotnika, który nie założył własnej rodziny.
Gestapowcy, wybierając ofiarę, kierowali się tym, by znaleźć taką osobę, której nikt nie będzie specjalnie szukał ani interweniował w razie jej zaginięcia. Honiok w wolnym czasie, po pracy, często zaglądał do gospody w rodzinnym Łubiu i tam 30 sierpnia 1939 r. został zatrzymany przez funkcjonariuszy gestapo, którzy zawieźli go do koszar policji w Opolu, gdzie spędził noc w prowizorycznej celi zaaranżowanej w jednym z pomieszczeń policyjnego archiwum. Z jego zatrzymania nie sporządzono raportu. Następnego dnia około południa przewieziono go do więzienia policyjnego w Gliwicach.
„Babcia umarła”
Pół godziny po północy w czwartek 31 sierpnia 1939 r. Adolf Hitler podpisał rozkaz wyznaczający termin ataku na Polskę na 1 września o 4.45. Tego samego dnia około godziny szesnastej zadzwonił telefon w pokoju Naujocksa w „Haus Oberschlesien”. Heydrich rozkazał: „Proszę oddzwonić” i się rozłączył. Naujocks natychmiast spełnił życzenie szefa. Heydrich powiedział wyraźnie „Babcia umarła”, po czym odłożył słuchawkę. To było hasło, na które czekano od dwóch tygodni.
Zgodnie z planem akcja miała zostać przeprowadzona o dwudziestej. Dokumenty i wszelkie osobiste przedmioty, które mogłyby naprowadzić na faktyczne personalia sprawców, pozostawiono w hotelu. W cywilnych, tym razem starych i dość podniszczonych ubraniach, o 19.40 dwoma samochodami wyruszono w stronę radiostacji. Podróż trwała ok. 10 min, a na pewno nie dłużej niż kwadrans. Po przybyciu na miejsce samochody zaparkowano nieco z boku, oddalone od siebie, by nie budziły niczyich podejrzeń. Nikt nie pilnował obiektu, bowiem zgodnie z planem tego wieczoru zluzowano patrole policji, która zazwyczaj w zwiększonej obsadzie strzegła tego terenu.
Dwójkę postawiono na czatach, pozostali bocznymi drzwiami od strony maszynowni weszli do budynku nadajnika, w którym znajdowały się wówczas 4 osoby: 2 techników, dowódca ochrony policyjnej i dozorca. Ten ostatni dostrzegł skradających się mężczyzn od strony maszynowni. Wyszedł im na spotkanie i otworzywszy szklane drzwi studia, zapytał:
„Czego panowie sobie życzą?”.
Wtedy napastnicy wyciągnęli broń i krzycząc „Ręce do góry!” oraz przeklinając w języku polskim, sterroryzowali personel radiostacji. Zresztą pracownicy, zaskoczeni i przestraszeni, nie stawiali oporu. Skrępowanych sprowadzono do piwnicy i tam na korytarzu ustawiono twarzą do ściany.
Pomimo że cała akcja spaliła na panewce, o 22.30 niemiecka agencja prasowa rozesłała w świat komunikat o napadzie na radiostację w Gliwicach rzekomego polskiego oddziału ochotniczego złożonego z powstańców śląskich.
W głównym pomieszczeniu bezskutecznie szukano urządzeń nadawczych, których, jak się okazało, w ogóle w tym miejscu nie było. Sprowadzono zatem z piwnicy technika radiostacji i grożąc mu pistoletem, wypytywano o sposób wyemitowania audycji, na co on odpowiedział zgodnie z prawdą, że emisja jest możliwa tylko po połączeniu się ze studiem nadawczym, które znajdowało się w budynku „starej” radiostacji oddalonym o ok. 5 km od miejsca, w którym się znajdowano. Poprzez tzw. mikrofon burzowy próbowano nadać w eter przygotowaną wcześniej odezwę w języku polskim. Bezskutecznie. Siedzący przy odbiornikach radiowych w Berlinie mocodawcy Naujocksa niczego nie usłyszeli. Szczegółowo opracowana operacja spaliła na panewce. Naujocks zapewne nie sprawdził, że w budynku przy ul. Tarnogórskiej nie było stacji nadawczej, tylko przekaźnik i urządzenia wzmacniające.
W tym samym czasie funkcjonariusze gestapo przywieźli Franza Honioka. Zapewne jeszcze żył, jednak odurzony silnymi lekami psychotropowymi nie stawiał oporu. Z rąk gestapowców odebrało go dwóch ludzi Naujocksa, którzy stali przy bramie. Ci przenieśli go do budynku nadajnika i położyli w maszynowni, zaraz obok drzwi. Tam najprawdopodobniej go zastrzelono, pozorując śmierć podczas walki. Nie ma przy tym pewności, czy zastrzelił go sam Naujocks, czy może któryś z jego ludzi lub gestapowców, którzy w ostatniej chwili dołączyli do akcji.
Napastnicy się wycofali, wsiedli do samochodów i odjechali w kierunku śródmieścia. Wówczas jeden z uwięzionych w piwnicy pracowników radiostacji wyzwolił się z więzów i pobiegł do pobliskiego mieszkania kierownika. Kiedy mężczyźni wrócili do budynku nadajnika, na miejscu była już policja. Chwilę później pojawili się gestapowcy, którzy poinformowali, że śledztwo przejęła gliwicka placówka gestapo.
Rozdmuchujemy to niebotycznie
Pomimo że cała akcja spaliła na panewce, o 22.30 niemiecka agencja prasowa rozesłała w świat komunikat o napadzie na radiostację w Gliwicach rzekomego polskiego oddziału ochotniczego złożonego z powstańców śląskich, którym udało się wtargnąć do studia nadawczego, sterroryzować jego pracowników i rzekomo nadać komunikaty radiowe w językach polskim i niemieckim o tym, że miasto znalazło się w polskich rękach, a niebawem ten sam los spotka Gdańsk i Wrocław.
Poinformowano również, że policja zatrzymała napastników, a jeden z nich zginął w czasie wymiany strzałów.
Pod datą 31 sierpnia 1939 r. Joseph Goebbels zapisał w swoim dzienniku:
„Polski atak na rozgłośnię w Gliwicach. Rozdmuchujemy to niebotycznie. Jesteśmy więc znowu w ataku. Tylko w walce człowiek czuje się dobrze”.
Jeszcze przed północą żołnierze z gliwickiego 84. pułku piechoty Wehrmachtu zajęli pozycje tuż przy polskiej granicy, skąd kilka godzin później, bladym świtem 1 września 1939 r. o 4.45, rozpoczęli natarcie. Niemiecka machina wojenna ruszyła. Rankiem w prasie ukazał się komunikat o rzekomej napaści Polaków na Gliwice, ale szybko utonął on w powodzi innych, ważniejszych wiadomości związanych z wybuchem wojny. Kiedy wojnę Niemcom wypowiedziały Francja, Wielka Brytania, Australia i Nowa Zelandia, dalsze nagłaśnianie tzw. prowokacji gliwickiej przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, tak polityczne, jak i propagandowe.
Tekst pochodzi z numeru 9/2024 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN,
placówkach Poczty Polskiej, sieciach EMPIK
lub na stronie ksiegarniaipn.pl
