Delegat wojewody łódzkiego na Pomorze Zachodnie w sprawozdaniu z 3 sierpnia 1945 r. pisał:
„Żołnierze sowieccy napadają na każdy transport – pociąg, codziennie, nawet w dzień, i rabują pasażerom, względnie osadnikom walizki, pieniądze i wartościowe przedmioty”.
„Własowcy”
Niski poziom bezpieczeństwa transportów kolejowych z osadnikami w znacznym stopniu wynikał z problemów z dyscypliną wśród funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Zdarzało się, że pracownicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i Milicji Obywatelskiej brali udział w napadach na podróżnych. Niemniej tzw. bandy kolejowe składały się głównie z sowieckich dezerterów lub maruderów oraz żołnierzy jednostek Armii Czerwonej, których wiele znajdowało się w tym czasie na Pomorzu Zachodnim.
Administracja cywilna nie miała wątpliwości, że w „rabunkach kolejowych”, które stały się zmorą podróżnych przemieszczających się po Pomorzu Zachodnim, licznie uczestniczyli dezerterzy i maruderzy z Armii Czerwonej.
Warto przy tym zaznaczyć, że chociaż oficjalnie Sowietów rabujących Polaków określano na ogół mianem „Własowców”, wskazując iż są to resztki sowieckich renegatów wysługujących się Niemcom podczas wojny, to w dokumentacji przeznaczonej na użytek wewnętrzny pisano wprost o przestępstwach popełnianych przez żołnierzy Armii Czerwonej.
Ponadto w materiałach źródłowych z tego okresu można przeczytać, iż „dobrze uzbrojone bandy w mundurach armii radzieckiej terroryzując podróżnych, grabią ich mienie, a kobiety wyciągają z wagonów i gwałcą”. Działo się to szczególnie na trasie między Szczecinem a Starogrodem (obecnie Stargard), choć do napadów dochodziło też często na stacji końcowej Szczecin Gumieńce. Administracja cywilna nie miała wątpliwości, że w „rabunkach kolejowych”, które stały się zmorą podróżnych przemieszczających się po Pomorzu Zachodnim, licznie uczestniczyli dezerterzy i maruderzy z Armii Czerwonej. Osobnicy ci nie podlegali polskiej jurysdykcji i po ewentualnym zatrzymaniu niezwłocznie przekazywano ich organom sowieckim.
Bezkarność „band kolejowych”
„Bandy kolejowe” atakujące dany pociąg liczyły od kilku do kilkudziesięciu ludzi, z których przynajmniej niektórzy mieli na sobie mundury sowieckie i polskie, jak również dysponowali pistoletami i pistoletami automatycznymi. Zazwyczaj część przestępców wsiadała do pociągu na stacji w Starogrodzie, a rabunek rozpoczynał się na trasie do Szczecina, którą skład pokonywał z olbrzymim opóźnieniem, nawet w ciągu pięciu i pół godziny.
Opóźnienie to wynikało z celowego wielokrotnego zatrzymywania pociągu przez maszynistów lub bandytów znajdujących się w pociągu (przy pomocy hamulca ręcznego) między stacjami, w umówionych miejscach, gdzie albo do wagonów wdzierali się oczekujący w pobliżu członkowie „bandy” albo też gdzie ich towarzysze wyrzucali im zrabowane bagaże podróżnych. Wspomniane wyżej długie pokonywanie trasy między Starogrodem a Szczecinem, połączone z wcześniejszymi wielogodzinnymi opóźnieniami pociągów przybywających z kierunku Gdańska, Gdyni lub Poznania, doprowadzało do tego, że ostatnią część trasy odbywano po zapadnięciu zmroku, co znacząco ułatwiało bandytom rabunek osadników podróżujących w nieoświetlonych wagonach.
Napady przeprowadzano z użyciem broni palnej, z której strzelano w powietrze, by sterroryzować podróżnych, jak też załogę pociągu, o ile nie była ona w zmowie z rabusiami. Napastnicy przystępowali następnie do rewidowania pasażerów, nierzadko kilkakrotnie, by odebrać im wszystkie wartościowe przedmioty. Jeśli „banda” była liczna i czuła się pewnie, podział łupów między jej członków dokonywał się już w pociągu.
Zamordowali go w bestialski sposób…
Nie wszystkie napady na pociągi kończyły się sukcesami. 10 października 19145 r., między godz. 14 a 16, w pociągu nr 33, jadącym z Koszalina do Białogardu, po wyjeździe z Kościernicy kilkunastu mężczyzn w mundurach Armii Czerwonej i po cywilnemu zaczęło wyrzucać ze składu zrabowane podróżnym worki i paczki. Członkowie „bandy” wyskoczyli następnie z pociągu i zaczęli zbierać swój łup, lecz wówczas komendant Oddziału Służby Ochrony Kolei w Białogardzie zatrzymał skład, po czym – przy udziale funkcjonariuszy MBP, MO i SOK, którzy jechali w transporcie – aresztował podoficera Armii Czerwonej („znanego […] zawodowego złodzieja kolejowego”), Rosjanina w cywilnym ubraniu (postrzelonego w trakcie nieudanej próby ucieczki) oraz trzech Polaków. Udało się również odzyskać część zrabowanych bagaży, które zwrócono podróżnym.
Osobną grupę wydarzeń stanowiły ataki na pociągi pasażerskie przybywające na stację Szczecin Gumieńce, na które często oczekiwały już liczące około kilkadziesiąt osób grupy żołnierzy Armii Czerwonej. Na transporty przypuszczano wówczas coś na kształt szturmów, kończących się pobiciem pasażerów i stawiających opór pracowników PKP, a nawet wypadkami śmiertelnymi. Rozjuszeni Sowieci demolowali również zajmowane przez pracowników PKP pomieszczenia stacji.
Warto przedstawić przebieg jednego z takich zdarzeń, który zakończył się tragicznie. W nocy z 10 na 11 września 1945 r. około czterdziestu Sowietów przystąpiło do rabunku wysiadających podróżnych i załogi pociągu dalekobieżnego nr 7, który przybył na stację o godz. 22.30. Atak na wspomniany transport, jak również na stojący na stacji pociąg nr 1012, trwał niemal do rana (do godz. 3). W rezultacie obrabowano podróżnych z dwóch wspomnianych pociągów (wielu z nich pobito), jak też skradziono wszystkie przesyłki bagażowe i służbowe, które napastnicy wywieźli dwoma autami. Działaniom Sowietów towarzyszyła intensywna strzelanina z pistoletów i pistoletów maszynowych, w toku której w nieustalonych okolicznościach został zabity żołnierz Armii Czerwonej.
Jego koledzy zaatakowali wówczas broniącego przesyłek bagażowych i służbowych rozdawcę bagażowego z pociągu nr 7. Czerwonoarmiści uznali, że pracownik PKP odpowiadał za śmierć jednego z nich, więc
„zamordowali go w bestialski sposób, kopiąc go i depcząc mu nogami głowę. Przybyły w tym czasie kapitan kolejowy sowiecki, który ujął się za torturowanym konduktorem, tłumacząc jego niewinność, został przez napastników również pobity i przestraszywszy się uciekł”.
W piśmie Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Szczecinie z 11 września 1945 r. do Wydziału I Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szczecinie stwierdzano, iż podróżni pociągów pasażerskich rabowani są sposób podobny do wyżej opisanego praktycznie codziennie.
Koniec procederu
Działania aparatu bezpieczeństwa podjęte w ostatnim kwartale 1945 r. przyniosły rezultaty w postaci rozbicia szeregu „band kolejowych” i aresztowania wielu spośród ich członków.
Co charakterystyczne, doszło do tego dopiero wskutek szerszego ujawnienia wypadków rozgrywających się na szlakach kolejowych prowadzących do Szczecina. Można sądzić, iż gdyby sprawa napadów na transporty z osadnikami nie trafiła na łamy ogólnokrajowej prasy, przestępstwa tego rodzaju byłyby zmorą podróżnych udających się na Pomorze Zachodnie jeszcze przez dłuższy czas.
Napady na pociągi stały się bowiem intratnym zajęciem nie tylko dla żołnierzy, dezerterów i maruderów Armii z Czerwonej oraz pospolitych przestępców, lecz także korzystali na tym pracownicy PKP, żołnierze Ludowego Wojska Polskiego oraz funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa.
