Zachowana korespondencja, z wyjątkiem trzech listów z okresu przedwojennego, powstała w latach wojennych i powojennych. Przedstawia jezuitów, w tym ks. Gurgacza, działających w warunkach okupacyjnych, poczynając od wojennej tułaczki grupy kleryków, wśród których znalazł się Władysław po 1 września 1939 r.
Powołanie w warunkach okupacyjnych
Wielu jezuitów działało wtedy w rozproszeniu, mieszkało poza domami zakonnymi, często w ukryciu. W kolegiach, czyli miejscach studiów, następowały grupowe aresztowania, jak w Krakowie (10 listopada 1939) czy Lublinie (2 lutego 1940). W listach, z zachowaniem konspiracyjnego sposobu przekazu, można odnaleźć echa tych wydarzeń, m.in. o jezuitach, którzy trafili do więzień czy obozów.
W roku 1939/1940 klerycy, wśród nich Władysław Gurgacz, odbywali studia filozoficzne w Nowym Sączu. Teologię kontynuowali potem w Starej Wsi koło Brzozowa i Warszawie. Nauka odbywała się w warunkach konspiracyjnych, w małych grupach i w różnych miejscach, a studentom towarzyszyła atmosfera ciągłego zagrożenia aresztowaniem.
Współbracia sporo piszą o studiach i przygotowaniach do kapłaństwa. W roku 1939/1940 klerycy, wśród nich Władysław Gurgacz, odbywali studia filozoficzne w Nowym Sączu. Teologię kontynuowali potem w Starej Wsi koło Brzozowa i Warszawie. Nauka odbywała się w warunkach konspiracyjnych, w małych grupach i w różnych miejscach, a studentom towarzyszyła atmosfera ciągłego zagrożenia aresztowaniem. W listach, prócz ogólnych informacji o sytuacji wspólnoty i jej członków, jezuici piszą o tym, czym jest kapłaństwo w rzeczywistości wojennej, na czym polega jego heroizm, z jakimi spotykają się oczekiwaniami. Gorliwość i zapał młodych kapłanów dojrzewających w czasie okupacji pokazują, jak trudne warunki hartowały ich ducha. Będzie to miało wielkie znaczenie w okresie powojennym, zwłaszcza w kolejnej, antykomunistycznej konspiracji.
Duży wpływ na duchową świadomość młodych jezuitów miały tragiczne wydarzenia z początków Powstania Warszawskiego – masakra 2 sierpnia 1944 r. w domu jezuitów przy ul. Rakowieckiej. Echa tej tragedii powracają potem w wielu listach. Z korespondencji z o. Józefem Pachuckim dowiadujemy się, że Gurgacz miał tam zdawać egzamin końcowy z całości teologii „ad gradum”, którego termin został wyznaczony w Warszawie na dzień 1 sierpnia 1944 r. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zginąłby wtedy wraz z innymi współbraćmi. Zamiana miejsca egzaminu na Starą Wieś ocaliła mu życie, o czym był mocno przekonany.
Niepewność i nadzieja w Polsce powojennej
W listach z okresu powojennego, jakie ks. Gurgacz pisywał i otrzymywał, czytamy o nastrojach, traumach i nadziejach panujących wśród duchowych synów św. Ignacego po zakończeniu wojny. Sporo pisano o dawnych placówkach i wierze w odzyskanie zajętych domów (np. kolegium Bobolanum w Lublinie czy tych, które znalazły się za wschodnią granicą Polski Ludowej), jak i o otwieraniu nowych placówek na Ziemiach Odzyskanych. Panowała niepewność, ale i ufność, że przedwojenne prace – mimo że ludzki potencjał został znacznie osłabiony – będą kontynuowane. Wielu jezuitów zmarło czy zginęło podczas wojny, a powracający z obozów hitlerowskich czy sowieckich z trudem odzyskiwali zdrowie.
Piszący listy zachowywali dużą ostrożność w przekazie informacji. Unikali raczej wyrażania opinii nt. przechodzącego frontu, a zwłaszcza narzuconego Polsce ustroju czy stosunku duchownych do władzy komunistycznej. Ale nie brakuje wzmianek o pogarszającym się położeniu Kościoła w Polsce.
Piszący listy zachowywali dużą ostrożność w przekazie informacji. Unikali raczej wyrażania opinii nt. przechodzącego frontu, a zwłaszcza narzuconego Polsce ustroju czy stosunku duchownych do władzy komunistycznej. Ale nie brakuje wzmianek o pogarszającym się położeniu Kościoła w Polsce, zwłaszcza po zerwanym w 1945 r. konkordacie.
W listach pojawia się wątek nowych męczenników – współbraci poległych w czasie II wojny, zwłaszcza w masakrze podczas Powstania Warszawskiego: o. Władysława Wiącka i towarzyszy. Sam ks. Gurgacz wspomina o nich wielokrotnie, zwłaszcza o bliskiej, duchowej relacji z o. Wiąckiem1. Potwierdzenie znajdujemy w liście współbrata, Alfreda Chlebowczyka, który przytacza usłyszaną opinię (list z 16 grudnia 1945 r.):
„O. Wiącek się wyraził, że Ojciec jest mu najmilszy – słyszałem to od Niego kilka razy – nic dziwnego więc, że ma Drogi Ojciec w Nim dziś przyjaciela niebieskiego. Daj Boże Drogiemu Ojcu jak najwięcej zaznać Jego opieki »z góry«”.
Ksiądz Gurgacz rozwijał kult męczenników, zwłaszcza podczas posługi kapelana w Szpitalu Powiatowym w Gorlicach, co opisuje w listach do rektora kolegium w Starej Wsi, o. Bogusława Waczyńskiego. Owoce pracy wśród chorych, zwłaszcza rannych żołnierzy, przypadki ich niezwykłych uzdrowień, przypisywał wstawiennictwu męczenników jezuickich, szczególnie o. Władysława Wiącka.
Ojciec Władysław Wiącek, męczennik z Rakowieckiej (fot. z Archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego)
Duchowy powiernik współbraci
Z wysyłanych i otrzymywanych listów wyłania się sylwetka ks. Gurgacza jako powiernika duchowych problemów współbraci. Można odnieść wrażenie, że odgrywał rolę ojca duchownego wobec wielu korespondujących z nim jezuitów. Byli to zwykle jego rówieśnicy, koledzy z tego samego rocznika, którzy opisywali swoje problemy zakonne, rodzinne i inne, prosząc o wsparcie duchowe. Wydaje się, że przyszły kapelan podziemia niepodległościowego cieszył się zaufaniem i autorytetem u współbraci, ale też u osób świeckich. Przykładów można podać wiele. Jedni, jak Stefan Grabek, dziękują za wsparcie braterskie (list z 11 lipca 1944 r.):
„Twój list w sam raz przyszedł w chwili pewnego załamania i przygnębienia”.
Inni, jak Eugeniusz Reczek, piszą słowa świadczące o głębokiej przyjaźni (list z 3 stycznia 1946 r.):
„Chciałoby się przed Tobą, Drogi Ojcze, serce i duszę otworzyć. Chciałoby się przywołać do życia dawne, minione czasy, wspólne rozmowy, wspólne usiłowania realizacji naszych ideałów”.
Przeżywający traumy wojenne Stanisław Wójcik pisze (list z 20 stycznia 1948 r.):
„Ten ostatni list W[ielebnego] Ojca podniósł mnie na duchu i rzucił snop radosnych promieni. Widzę, że i inni kroczą drogą krzyża, a to dodaje mi otuchy”.
Szczególna przyjaźń, która zaczęła się jeszcze w Pińsku, łączyła Gurgacza z o. Józefem Pachuckim. Była to relacja synowsko-ojcowska, o czym świadczą słowa pisane w domu rodzinnym Władysława w Jabłonicy Polskiej (list z 23 sierpnia 1943 r.):
„Nigdy nie zaznałem miłości ojcowskiej, lecz Tyś mi Drogi Ojcze zastąpił w zupełności Ojca rodzonego. Dlatego nie posądzaj mnie o przesadę jeśli wyznam, że przeniosłem na Ciebie całe uczucia, jakie miałbym dla najlepszego Ojca”.
Młody jezuita darzył o. Pachuckiego szczególnym szacunkiem i zaufaniem, o czym świadczy obfita korespondencja. Znaleźć w niej można wiele „zwierzeń”: relacji z różnych życiowych wydarzeń, planów na przyszłość, opisów zmieniającego się stanu zdrowia, podejmowanej pracy kapłańskiej wśród chorych, pomocy niesionej innym i radości bycia użytecznym. Ciekawy wątek tej korespondencji to opis prac i osiągnięć malarskich Gurgacza, a także pomocy o. Pachuckiego w rozwijaniu tego talentu.
Pacjent i kapelan szpitala w Gorlicach
Znaczna część korespondencji dotyczy pobytu ks. Gurgacza w Szpitalu Powiatowym w Gorlicach w okresie od kwietnia 1945 do lata 1947 r. Najpierw jako pacjenta z diagnozą choroby wrzodowej dwunastnicy, a potem jako kapelana wśród chorych. W listach wymienianych z o. prowincjałem Władysławem Lohnem, o. rektorem Bogusławem Waczyńskim czy o. Józefem Pachuckim, Gurgacz opisuje swój stan zdrowia, lepsze i gorsze samopoczucie, kolejne diagnozy lekarskie, przebieg leczenia, problem przekładanej operacji, sytuację niepewności, wreszcie rekonwalescencję po zabiegu, do którego doszło pod koniec sierpnia 1946 r. Taki sinusoidalny, zmienny stan fizyczny i duchowy trwał rok, a nawet dłużej. Operacja przyniosła pewną poprawę, ale nie rozwiązała do końca problemów, ponieważ przykre stany psychiczno-somatyczne powtarzały się, co spowodowało wyczerpanie nerwowe i przeniesienie ks. Gurgacza do Krynicy.
Przełożeni podejmowali różne próby pomocy, o czym świadczą ich listy. Szczególnie mocne wsparcie duchowe otrzymywał ks. Gurgacz ze strony o. Bogusława Waczyńskiego, rektora Kolegium Jezuitów w Starej Wsi i bezpośredniego przełożonego. Władysław szczerze przedstawia mu swój stan fizyczny i duchowy. W długim liście z 5 września 1945 r. opisuje, jak kryzysy zdrowotne, bóle i bezsenność pokonuje siłą woli i zaangażowaniem duszpasterskim. W odpowiedzi o. Waczyński deklaruje nie tylko wsparcie, a także wypowiada słowa, które okażą się niemalże prorocze (list z 29 września 1945 r.):
„mam w Bogu nadzieję, że Cię nam jeszcze zostawi przy życiu i pozwoli Ci wrócić do zdrowia i dużo jeszcze zdziałać dobrego w duszach ludzkich”.
Sam Gurgacz stara się nie poddawać chorobie, odpowiadając ojcu rektorowi (list z 4 października 1945 r.):
„Humor mi jednak dopisuje. Gdy kadłub nie boli śpieszę do chorych, piszę, maluję, modlę się za tych, co pracują na apostolskim zagonie”.
Ważnym wątkiem korespondencji są uwagi i refleksje dotyczące posługi ks. Gurgacza jako kapelana gorlickiego szpitala. To zaangażowanie duszpasterskie było niewątpliwie sposobem „wyrywania się” chorobie i realizacją kapłaństwa. Jak pisze do rektora Waczyńskiego (list z 6 stycznia 1946 r.):
„Przekonałem się już wyraźnie, że najlepszym lekarstwem dla mnie jest praca”.
Metodą duszpasterską zaś – jak zaznacza – nie jest moralizowanie czy namawianie do czegokolwiek, ale zbliżanie się do pacjentów, zwłaszcza do obojętnych czy zaniedbanych religijnie, poprzez współczucie (list do o. Waczyńskiego z 26 czerwca 1945). Ojciec rektor pozytywnie wypowiada się o zaangażowaniu (list do ks. Władysława Gurgacza z 19 lipca 1945 r.):
„Nie tylko nie spaliłem Twego listu, lecz go sobie nieraz odczytuję, bo mi Twe słowa, tchnące takim zapałem apostolskim są pokrzepieniem na duchu”.
W ten sposób ks. Gurgacz stawał się kapelanem wszystkich potrzebujących. Była to ważna i delikatna posługa, o której tak pisał w liście do o. Waczyńskiego (list z 22 stycznia 1946):
„P[an] Bóg daje nam różnych ludzi, którzy muszą się wpierw oswoić z widokiem księdza i nabrać do niego zaufania. Jak tylko mogę, staram się moim chorym, zwłaszcza zaniedbanym duchowo, okazać jak najwięcej serca”.
Szczególne znaczenie, także dla przyszłej misji w Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców, będzie miała praca z żołnierzami różnych formacji. W listach mamy wiele wzruszających przykładów takiego zaangażowania. Jest opis przygotowania do pierwszej komunii św. polskiego żołnierza z Syberii, Mariana Krajewskiego (uwiecznionego potem z ks. Gurgaczem na fotografii), a także obraz posługi przy umierających (list do o. Waczyńskiego, 22 stycznia 1946 r.):
„Cierpienie czyni duszę niezwykle podatną na działanie łaski. Jestem jeszcze pod wrażeniem pięknej śmierci młodego żołnierza...”.
Szczególnym przypadkiem nawróconego pacjenta był por. AK-WiN Jan Matejak „Brzeski”, późniejszy bliski przyjaciel Gurgacza, leczący w gorlickim szpitalu przestrzelone płuco.
Znaczna część korespondencji dotyczy pobytu ks. Gurgacza w Szpitalu Powiatowym w Gorlicach w okresie od kwietnia 1945 do lata 1947 r. Najpierw jako pacjenta z diagnozą choroby wrzodowej dwunastnicy, a potem jako kapelana wśród chorych.
Niezwykłym wydarzeniem było uleczenie dwudziestodwuletniego funkcjonariusza UB w Gorlicach, Leona Igielskiego, które opisuje nie tylko ks. Gurgacz, ale także naczelny lekarz szpitala i siostra pielęgniarka. W zaświadczeniu o tym przypadku dr Jan Rybicki stwierdza, że u rannego od uderzenia siekierą w głowę pacjenta zdiagnozowano załamanie sklepiska czaszki z następstwem zmiażdżenia mózgowia. Po wykonanej trepanacji stan był bardzo ciężki, wręcz beznadziejny. Wtedy ks. Gurgacz opatrzył rannego sakramentami i rozpoczął w jego intencji nowennę za przyczyną męczennika z Rakowieckiej, o. Władysława Wiącka. Pracująca w szpitalu siostra służebniczka, Genowefa Szarówna, zaznacza, że wraz z rozpoczęciem modlitwy stan chorego z każdym dniem był coraz lepszy, aż do opuszczenia szpitala. Doktor Rybicki podkreśla, że z lekarskiego punktu widzenia był to przypadek niezwykły. Kapelan zaś wyznaje (list do o. Waczyńskiego z 18 lutego 1946 r.):
„Bardziej niż wyzdrowienie cieszy mnie to, że ów młodzieniec ogromnie się zmienił na lepsze, poprosił o spowiedź z całego życia i był budująco pobożny. Odszedł ze szpitala pełen dobrych chęci i zamiarów na przyszłość”.
Wyleczony funkcjonariusz nadal utrzymywał kontakt z ks. Gurgaczem i zajął się nawet organizowaniem rekolekcji dla żołnierzy.
Ciekawy jest też przypadek nawrócenia majora UB (występuje pod imieniem Stanisław), a po jakimś czasie także jego żony. Funkcjonariusz został odratowany po próbie otrucia się. Sparaliżowany i z odjętą mową spotkał się z ks. Gurgaczem, który zachęcił go i umożliwił mu przystąpienie do sakramentów. Wedle relacji żony majora (spisanych przez kapelana i przekazanych w liście), podczas długiej rekonwalescencji mąż zmienił się całkowicie (list do o. Waczyńskiego z 26 maja 1946 r.):
„Jest innym człowiekiem. Modli się i okazuje wielką pobożność”.
Przykład ten mocno wpłynął na samą małżonkę, która po roku również poprosiła o posługę duchową.
Ksiądz Gurgacz, gdy czuł się lepiej, głosił także otwarte i zamknięte rekolekcje w Gorlicach, czym zyskał sobie autorytet i uznanie wśród mieszkańców miasta. Jak pisze w listach, szczególnie cieszyła go praca z młodzieżą. Prowadził też misje w rodzinnej Jabłonicy Polskiej. Wśród swoich najczęstszych prac duszpasterskich wymienia głównie spowiedzi, namaszczenia chorych, kazania, nauki rekolekcyjne, konferencje duchowe. Zaangażowanie słabego zdrowia kapelana wzbudzało uznanie wśród samych jezuitów.
Malarska pasja i miłość przyrody
Już w przedwojennych listach kierowanych do o. Pachuckiego ks. Gurgacz opisuje swój pierwszy, malowany na płótnie olejny obraz św. Andrzeja Boboli. Patronat tego męczennika naznaczy całe jego życie, z wyrokiem śmierci włącznie. Malarstwo stało się dla młodego jezuity swego rodzaju duchowym azylem w wojennej rzeczywistości. Pasji tej oddawał się w Starej Wsi, odbywając tam w tajnym trybie studia teologiczne, a także w Walendowie koło Warszawy u Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, czy w dworze Grabkowskich w Kamiennej koło Wiślicy.
Ciekawy jest też przypadek nawrócenia majora UB (występuje pod imieniem Stanisław), a po jakimś czasie także jego żony. Funkcjonariusz został odratowany po próbie otrucia się. Sparaliżowany i z odjętą mową spotkał się z ks. Gurgaczem, który zachęcił go i umożliwił mu przystąpienie do sakramentów.
Do malowania wrócił potem w Krynicy, gdzie przebywał od września 1947 r., przed przystąpieniem do podziemia niepodległościowego. Prace nad swoimi obrazami, ich przesłanie, szeroko opisuje w korespondencji z o. Józefem Pachuckim, który stał się dla młodego jezuity-artysty kimś w rodzaju mecenasa, i wspierał go finansowo, zwłaszcza pomagał w zdobyciu odpowiednich materiałów w czasie wojny. Wątek malarstwa przewija się także w korespondencji z Lechem Rychwalskim, który składał u Gurgacza zamówienia na obrazy, wyrażał o nich opinie własne bądź zaczerpnięte od innych, a nawet sugerował pewne rozwiązania.
Wielką miłością darzył ks. Gurgacz przyrodę, o której pisał latem 1947 r. z Tęgoborzy, że jest lekiem na jego trudne stany psychiczne. Podobne treści znajdujemy w ostatnich listach z Krynicy, gdzie kontakt z naturą bardzo służył zdrowiu i podnoszeniu się ze stanu nerwowego wyczerpania.
Między posłuszeństwem a sumieniem
Omawiana korespondencja znacznie poszerza wiedzę na temat ks. Władysława Gurgacza i jego najbliższego środowiska, które w dużej części stanowili współbracia-jezuici. W listach odsłania się bogata osobowość duszpasterza Niezłomnych, kształtowana w trudnych latach okupacyjnych i tużpowojennych. Poznanie relacji łączących Gurgacza z różnymi osobami znacznie tonuje obraz kapelana jako samotnika czy introwertyka, jaki można wynieść z samej tylko lektury jego dziennika duchowego – Refleksji. Przystępując do podziemia, „Sem” był człowiekiem ukształtowanym i zahartowanym duchowo, świadomym swojej misji w powojennym, zniewolonym kraju. Decyzja ta, choć brakuje bezpośrednich świadectw, była niewątpliwie bardzo trudna, ponieważ stawiała Gurgacza „między posłuszeństwem a sumieniem” (jak trafnie to ujął jezuicki historyk, o. Felicjan Paluszkiewicz).
Już w przedwojennych listach kierowanych do o. Pachuckiego ks. Gurgacz opisuje swój pierwszy, malowany na płótnie olejny obraz św. Andrzeja Boboli. Patronat tego męczennika naznaczy całe jego życie, z wyrokiem śmierci włącznie.
Motywem przystąpienia do Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców była chęć opieki duchowej nad młodymi żołnierzami, wypełnianie misji duszpasterza. Brak akceptacji tej decyzji ze strony przełożonych, którzy obawiali się konsekwencji dla samego zakonu, doprowadził do udzielenia Gurgaczowi dymisji, gdy był już w oddziale. Kapelan jednak zawsze czuł się członkiem zakonu, o czym dobitnie świadczy jego ostatnie słowo w liście do prowincjała o. Wojciecha Krupy w dniu ogłoszenia wyroku śmierci – 14 sierpnia 1949 r. Kapłan składa podziękowanie za swoje powołanie i wyraża mocne przeświadczenie, że umiera jako syn Towarzystwa Jezusowego.
Przez wiele lat sprawa ta była przedmiotem kontrowersji, także w samym środowisku jezuickim. Obecne stanowisko zakonu, po szerokich badaniach historycznych i prawno-kanonicznych jest takie, że udzielona ks. Gurgaczowi dymisja nie została dopełniona, w związku z czym nie była ważna. Duszpasterz „Wyklętych” odszedł „na wieczną wartę” jako jezuita, czego bardzo pragnął.
* * *
Tekst jest kontynuacją rozważań zawartych w artykule: K. Dorosz SJ, Ksiądz Władysław Gurgacz SJ (1914–1949). Duchowa droga Kapelana Niezłomnych, „Biuletyn IPN” 2021 nr 7–8 (188–189), s. 114–121.
Zdjęcia w tekście pochodzą z Archiwum Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego.
Tekst pochodzi z numeru 3/2024 „Biuletynu IPN”
1 Pisze o tym także w Refleksjach, oprac. M. Chodyko przy współpracy K. Dorosza SJ, Warszawa 2020, s. 187, 195.
