Właśnie rodziła się „Solidarność”, a opozycja balansowała między odwagą a ostrożnością. Jednak mimo politycznych kalkulacji, mimo strachu i mimo cenzury, w Polsce narastało przekonanie, że walka Afgańczyków jest w jakimś sensie także naszą walką.
Bratnia pomoc, która paliła napalmem
Afganistan — kraj o historii dłuższej niż większość innych w naszej cywilizacji, górzysty, surowy, nieujarzmiony — od wieków opierał się imperiom. Carska Rosja próbowała go zdobyć, ale bezskutecznie.
Generał Andriej Sniesariew, znawca regionu, ostrzegał jeszcze przed rewolucją bolszewicką:
„Afganistan to koszmar dla każdego najeźdźcy”.
A jednak w 1979 roku Związek Sowiecki postanowił spróbować raz jeszcze. Wykorzystując chaos po rewolucji kwietniowej i wewnętrzne walki wśród afgańskich komunistów, Moskwa rozpoczęła operację „Sztorm-333”. W Kabulu zainstalowano lojalnego wobec Kremla Babraka Karmala, a kraj pogrążył się w wojnie domowej.
Pierwsza akcja uliczna krakowskiego Ruchu WiP przeciwko inwazji ZSRS na Afganistan. Przejście podziemne w pobliżu Dworca Głównego w Krakowie, 13 lutego 1987. Od lewej stoją: Krzysztof Żydowicz, Jan Rokita (odwrócony), Dariusz Rupiński, Bogdan Klich i Artur Waluś (odwrócony). Fot. z Archiwum Radosława Hugeta
Głosy z Polski: między ostrożnością a moralnym obowiązkiem
Gdy w Afganistanie płonęły wioski, a z sowieckich śmigłowców zrzucano miny przeciwpiechotne niczym deszcz, w Polsce trwał czas nadziei. Lato 1980 roku przyniosło „Solidarność” — największy pokojowy bunt w historii bloku wschodniego. Wydawało się, że każdy nieostrożny gest może sprowokować Moskwę. Dlatego wielu opozycjonistów uważało, że sprawy międzynarodowe trzeba odłożyć na bok.
Wspominał o tym po latach Leszek Budrewicz. W mieszkaniu Jacka Kuronia pojawił się wtedy młody działacz z Wrocławia, z rękami brudnymi od farby drukarskiej — Kornel Morawiecki. Zaproponował, by opozycja wydała deklarację w sprawie Afganistanu. Reakcja była natychmiastowa: podejrzliwość, obawa, że to prowokacja. W tamtym czasie mówienie o sowieckich zbrodniach poza granicami PRL wydawało się igraniem z ogniem.
Druga akcja uliczna Ruchu WiP w Krakowie. W drodze ul. Sienną pod Konsulat Generalny ZSRS. Na czele pochodu B. Sienkiewicz z ulotkami w ręce i M. Kurzyniec w czarnym płaszczu oraz pozostali Członkowie Ruchu WiP w maskach gazowych, grudzień 1987. Fot. z Archiwum Radosława Hugeta
A jednak informacje o wojnie przedzierały się przez żelazną kurtynę. Podziemne pisma — „Merkuriusz Krakowski i Światowy”, „Kurs”, „Niepodległość” — przedrukowywały analizy z „Newsweeka”, publikowały rezolucje ONZ, próbowały opisać to, czego oficjalna prasa nie mogła nawet nazwać. W Moskwie młodzi dysydenci trafiali do szpitali psychiatrycznych za hasła
„Przerwać haniebną wojnę!”.
W Polsce — za samo posiadanie nielegalnej gazety.
Solidarni z Afganistanem: kiedy moralność zwycięża strach
W połowie lat 80. polska opozycja zaczęła mówić o Afganistanie coraz głośniej. W 1985 roku Komitet Międzynarodowego Czerwonego Krzyża wystosował dramatyczny apel o pomoc dla rannych mudżahedinów i cywilów. W Krakowie Ruch „Wolność i Pokój” odpowiedział natychmiast. W komunikacie pisano, że Polacy mają wobec Afgańczyków szczególny obowiązek — bo walczą z tym samym zagrożeniem, które od dziesięcioleci dławiło Polskę.
Wkrótce ruszyła akcja cegiełek, zbiórek, apeli. W kościele w Bieżanowie ks. Adolf Chojnacki modlił się za naród afgański „dający przykład niezwykłego męstwa”. Przypominał, że marszałek Piłsudski otrzymał niegdyś wysokie odznaczenie afgańskie — symbol dawnych, zapomnianych więzi.
W Lublinie podziemny Fundusz Inicjatyw Społecznych wydał serię znaczków „Solidarność z walczącym Afganistanem”. Połowę nakładu przekazano przedstawicielom mudżahedinów w Brukseli. Informację o tej akcji odnotował nawet amerykański magazyn Time.
W 1987 roku, podczas ulicznej pikiety w Krakowie, działacze WiP stanęli z transparentem „Zaprzestać tortur w Afganistanie”. Zbierali podpisy, rozdawali ulotki, tłumaczyli przechodniom, że w Kabulu ludzie znikają w tajnych więzieniach. W grudniu tego samego roku inna grupa — z Markiem Kurzyńcem, Bartłomiejem Sienkiewiczem i Krzysztofem Żydowiczem — poszła jeszcze dalej. Pod konsulatem ZSRS domagali się wprost:
„Wycofać wojska z Afganistanu!”.
To były gesty odwagi. W państwie policyjnym każdy transparent był ryzykiem.
Polscy mudżahedini: romantycy z bronią w ręku
W podziemnej prasie krążyły wtedy historie, które brzmiały jak żywcem wyjęte z XIX-wiecznych powieści o powstańcach. Dwóch Polaków — Lech Zondek i Jacek Winkler — postanowiło walczyć w Afganistanie ramię w ramię z mudżahedinami.
Zondek, który uciekł z PRL pod pozorem wycieczki do Wiednia, trenował w Australii sztuki walki i życie na pustyni. W 1984 roku dotarł do Pakistanu, a stamtąd trzykrotnie przedzierał się przez góry do Afganistanu. Chciał stworzyć Legion Polski z dezerterów armii Układu Warszawskiego. Zginął w 1985 roku w prowincji Nuristan — prawdopodobnie z powodu zakażenia rany. Miał 28 lat.
Jacek Winkler, fotograf i alpinista, walczył u boku legendarnego Ahmada Szacha Massuda. Relacjonował wojnę dla Radia Wolna Europa, a po powrocie do Paryża wydawał „Biuletyn Afgański”, który przemycano do Polski. Zbierał pieniądze wśród Polonii i osobiście dostarczał je do obozów uchodźców.
Dla wielu młodych ludzi w Polsce byli bohaterami — dowodem, że wolność nie zna granic.
Wyrok śmierci dla imperium
W 1986 roku na Kremlu zmieniła się strategia. Gorbaczow, świadomy kosztów wojny, zaczął mówić o „krwawiącej ranie”. W 1989 roku ostatni sowiecki żołnierz opuścił Afganistan. Za nimi zostały ruiny, miliony min i kraj, który przez kolejne dekady nie zaznał pokoju.
Bilans był przerażający: 1,5 miliona zabitych Afgańczyków, 5 milionów uchodźców, dziesiątki tysięcy rannych. Sowieci stracili prawie 20 tysięcy żołnierzy i gigantyczne środki finansowe. Zbigniew Brzeziński oceniał później, że wojna ta była „wyrokiem śmierci” dla ZSRS — imperium, które nie udźwignęło własnej agresji.
Wielu historyków dodaje jeszcze jedną tezę: Afganistan uratował Polskę. Gdy w grudniu 1981 roku wprowadzano stan wojenny, Kreml miał już na głowie konflikt, który pochłaniał jego siły. Interwencja w Polsce stała się zbyt ryzykowna.
Za wolność naszą i waszą
Polska opozycja lat 80. nie mogła zatrzymać wojny w Afganistanie. Ale mogła — i zrobiła to — pokazać, że solidarność nie kończy się na granicach. Że narody zniewolone przez ten sam system mają moralny obowiązek wspierać się nawzajem.
Hasło „Za wolność naszą i waszą”, które towarzyszyło Polakom od powstań XIX wieku, znów okazało się żywe. W podziemnych drukarniach, na ulicznych pikietach, w kościołach i w górskich dolinach Hindukuszu.
Bo choć Afganistan był daleko, jego walka była nam dziwnie bliska.
