„Gazy buch, pały w ruch
Najpierw powoli jeszcze z umiarem
Ruszyła zbójów gromada ospale.
Zabili siedmiu, chyba to mało,
Więc wali się wali pała za pałą”
– czytamy w jednym z wielu wierszyków z okresu stanu wojennego. Przesłanie „Zomotywy”, parafrazy „Lokomotywy” Tuwima, było jasne: za plecami „bijącego serca partii” ukrywały się elity reżimu, pamiętające, że ZOMO nigdy nie zdradziło ich interesów i od 1956 r. stało na straży „porządku” w PRL.
24 października 1956 r. z głośników na warszawskim Placu Defilad popłynęły słowa: „Dość wiecowania i manifestacji!”. Słynne przemówienie nowego pierwszego sekretarza KC PZPR było wielokrotnie przerywane owacjami setek tysięcy zgromadzonych. Witano je z nadzieją, że koszmar epoki stalinizmu należy do przeszłości, a dojście do władzy Władysława Gomułki jest tylko początkiem głębszych reform politycznych. Kończąc przemówienie towarzysz „Wiesław”, wypowiedział brzemienne w skutkach słowa:
„Dość wiecowania i manifestacji! Czas przejść do codziennej pracy, ożywionej wiarą i świadomością, że partia zespolona z klasą robotniczą i narodem poprowadzi Polskę po nowej drodze do socjalizmu”.
Nie było to zwyczajne podsumowanie gorących politycznie dni października 1956 r., ale zapowiedź zakończenia przemian i wskazanie, że społeczna aktywność musi być ściśle kontrolowana przez partię „zespoloną z klasą robotniczą”. Nowe władze partii rozumiały, że nie ma powrotu do „dawnych metod”. Brutalność systemu totalitarnego po 1956 r. miała być zakamuflowana, a posłuszeństwo społeczeństwa miało być wymuszane nowymi metodami.
Zgaszenie nadziei
W czerwcu 1956 r. w Poznaniu władza nie była w stanie stłumić wystąpienia robotników wyłącznie siłami milicji, która w okresie stalinowskim rzadko patrolowała miasta „uzbrojona” w pałki. Reżimowi budowanemu na wzór sowiecki wydawało się, że w państwie totalitarnym do utrzymania porządku wystarczy autorytet milicjanta, działania bezpieki, a w przypadku znacznie głębszego kryzysu – potencjał „ludowego” Wojska Polskiego i sowieckich wojsk okupacyjnych.
Nowe władze partii rozumiały, że nie ma powrotu do „dawnych metod”. Brutalność systemu totalitarnego po 1956 r. miała być zakamuflowana, a posłuszeństwo społeczeństwa miało być wymuszane nowymi metodami.
Dla reżimu zaskoczeniem była nie tylko skala wystąpienia poznańskich robotników, ale także rozbrajanie posterunków milicji. Władze zdawały sobie sprawę, że gdyby nie interwencja wojska, uzbrojonego w 360 czołgów i broń maszynową, niemożliwe byłoby odzyskanie kontroli nad jednym z największych miast wojewódzkich.
4 grudnia 1956 r. Rada Ministrów podjęła decyzję o powołaniu formacji, której zadaniem miało być
„przeciwdziałanie i likwidowanie zagrożeń bezpieczeństwa państwa oraz zbiorowych naruszeń porządku publicznego”.
Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej miały funkcjonować w 39 miastach w Polsce. Formacja miała liczyć około 7 tysięcy funkcjonariuszy i oficerów. Mimo wysiłków propagandowych oraz wyższych niż w pozostałych pionach milicji zarobków, po dwóch latach udało się osiągnąć niewiele ponad połowę zakładanego stanu kadrowego. Problemy potęgowały dyscyplinarne zwolnienia z powodu masowego pijaństwa. Decydowano się więc na przyjmowanie byłych funkcjonariuszy Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego oraz żołnierzy i podoficerów WP.
Mimo wysiłków propagandowych oraz wyższych niż w pozostałych pionach milicji zarobków, po dwóch latach udało się osiągnąć niewiele ponad połowę zakładanego stanu kadrowego. Problemy potęgowały dyscyplinarne zwolnienia z powodu masowego pijaństwa.
Już w styczniu 1957 r. formowane oddziały ZOMO zabezpieczały głosowanie w wyborach do Sejmu. Nie miały wiele pracy, bo masowy udział obywateli PRL, zachęcanych między innymi przez prymasa Stefana Wyszyńskiego, w rytuale głosowania, budził satysfakcję władz.
Dla pierwszych lat istnienia ZOMO szczególnie charakterystyczne są inne wydarzenia, w których wzięli udział funkcjonariusze tej formacji. W marcu 1957 r. reżim pokazał swoją siłę przeciwko mieszkańcom podkarpackiego Lutoryża. Wieś była znana z podjętego kilka lat wcześniej oporu przeciw próbom kolektywizacji. Na fali odwilży spółdzielnię rozwiązano. Mieszkańcy postarali się także o wydanie przez diecezję zgody na budowę kościoła. Reżim odmówił przekazania ziemi. W odpowiedzi 400 mieszkańców zorganizowało marsz do Wojewódzkiej Rady Narodowej w Rzeszowie. W podrzeszowskiej Zwięczycy na ich drodze stanął liczący ponad 100 milicjantów oddział ZOMO. Protestujących rozpędzono przy użyciu granatów z gazów łzawiących. Ostatecznie, po kilkumiesięcznych negocjacjach, władze wydały zgodę na zaadaptowanie budynku gospodarczego dawnego majątku na potrzeby kaplicy.
W rok po wspomnianym przemówieniu Gomułki władze podjęły decyzję o zamknięciu redagowanego przez działaczy studenckich tygodnika „Po prostu”. Jesienią 1957 r. było to ostatnie czasopismo domagające się dalszych zmian politycznych i społecznych. Decyzję o likwidacji tygodnika odczytano więc jako powrót do najmroczniejszych czasów stalinizmu.
„Milicjanci wyprawiali to, co gestapo, hełmy na głowach, na pyskach maski, zaślinione mordy i zasłużyli sobie na to, że ich nazwali gestapo, faszyści, NKWD i pachołki Moskwy”
– wspominał jeden z uczestników protestów w obronie „Po prostu”, które wybuchły w Warszawie. W wyniku akcji ZOMO zginęło dwóch demonstrantów, a 71 osób zostało rannych, wielu odniosło ciężkie obrażenia. W ten sposób reżim komunistyczny przekreślał nadzieje społeczne z października 1956 r.
Marzec, grudzień, czerwiec
Dowódcy ZOMO traktowali tłumienie protestów z października 1957 r. jako okazję do sprecyzowania taktyki działania.
„Jak wykazały doświadczenia zebrane w czasie zajść warszawskich, najbardziej skuteczną formą tego typu działań są mocne ruchome grupy patrolowe, składające się z pracowników mundurowych i cywilnych (grupy penetracyjno-bojowe). Liczebność takiej grupy może wynosić od 5 do 25 funkcjonariuszy”
– czytamy w raporcie komendanta głównego MO. Gen. Ryszard Dobieszak dodawał, że jego podwładni zbyt długo czekali z podjęciem brutalnych działań, ponieważ
„wychodzono z założenia, że nie należy zadrażniać sytuacji, i nie liczono się z możliwością tak agresywnych wystąpień”.
W kolejnych trzech dekadach zasada błyskawicznego tłumienia manifestacji została uznana za obowiązującą.
Reżim Władysława Gomułki od początku lat sześćdziesiątych, wykorzystując doświadczenia z pierwszych lat działalności ZOMO, wzmacniał tę formację i zaopatrywał w najnowszy sprzęt. W raportach kierowanych do swoich zwierzchników dowódcy poszczególnych odwodów ZOMO zwracali uwagę na braki sprzętowe, między innymi brak wystarczającej liczby armatek wodnych, masek gazowych, a nawet brak mundurów polowych. Dopiero w drugiej połowie lat sześćdziesiątych zomowcy otrzymali umundurowanie „moro”, metalowe tarcze, a także kaski i kamizelki ochraniające przed uderzeniami. Ten sprzęt posłużył zomowcom do rozbijania manifestacji studenckich w marcu 1968 r.
W wyniku akcji ZOMO zginęło dwóch demonstrantów, a 71 osób zostało rannych, wielu odniosło ciężkie obrażenia. W ten sposób reżim komunistyczny przekreślał nadzieje społeczne z października 1956 r.
Już w początkach dekady rządów Gierka do służby w ZOMO przyjmowano poborowych, pragnących uniknąć obowiązkowej służby wojskowej. W milicji otrzymywali znacznie wyższy żołd, lepsze warunki bytowe, a co równie istotne – nie musieli brać w intensywnych ćwiczeniach na poligonie. Podobnie jak w przypadku innych formacji, przywiązywano dużą wagę do kształtowania „właściwych postaw ideologicznych”, szczególnie w okresach narastającego napięcia między reżimem i społeczeństwem. Wymóg przynależności do PZPR obejmował oficerów ZOMO, którzy często traktowali legitymację partyjną tylko jako przepustkę do zakupu deficytowych towarów i niemal zupełnie nie angażowali się w aktywność partyjną.
Symbolem marca ‘68 nie jest ZOMO, lecz Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej i tak zwany „aktyw robotniczy”. Pamiętne sceny rozpędzania studentów na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego przesłoniły urządzane przez ZOMO polowania na studentów opuszczających teren uczelni i atak na pobliski kościół św. Krzyża, z którego wyprowadzano ukrywających się przed brutalnością zomowców. ZOMO rozbijało także wiec studentów Politechniki Warszawskiej oraz przed Domem Studenckim „Riwiera”. Studenci, przy pomocy gaśnic, walczyli z ZOMO także w wąskich korytarzach Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej. Zomowcy mieli problemy z rozbijaniem stosunkowo niewielkich manifestacji, organizowanych w wielu miejscach w odstępie kilkudziesięciu minut. Po raz pierwszy w historii ZOMO mobilizacja formacji objęła cały kraj, szczególnie ośrodki akademickie, w których studenci solidaryzowali się z postulatami kolegów z Warszawy.
W grudniu 1970 r. władze przygotowywały nie tylko wprowadzenie podwyżki cen, ale też operację „Jesień 70”. Jej celem miało być „zapewnienie porządku i bezpieczeństwa publicznego w kraju”, czyli stłumienie protestów przeciwko dramatycznemu obniżeniu poziomu życia. Już 14 grudnia ZOMO przeprowadziło atak na manifestujących przed Komitetem Wojewódzkim PZPR w Gdańsku. Po raz kolejny zastosowano zasadę natychmiastowego rozbijania nawet najmniejszych protestów.
„Słabe początkowo objawy rozruchów, jeżeli natychmiast nie opanuje się w porę, mogą rozwinąć się wkrótce w poważną demonstrację – bunt”
– stwierdzano w jednym z raportów milicji w Gdańsku. Już po kilku godzinach protestów stało się jasne, że ZOMO nie poradzi sobie z ich stłumieniem, nie tylko ze względu na skalę wystąpień mieszkańców Trójmiasta, ale także braki sprzętowe. Zomowcy skarżyli się na brak armatek wodnych, granatów z gazem łzawiącym i pojazdów opancerzonych. W konsekwencji protestujący w Trójmieście i Szczecinie zginęli od kul wojska.
Także w 1976 r. reżim, przygotowując się do wprowadzenia drastycznych podwyżek cen, mobilizował siły bezpieczeństwa. Tym razem, inaczej niż w 1956 i 1970, władze wykluczyły użycie broni palnej przez ZOMO. Plany operacji „Lato ‘76” przewidywały wybuch gwałtownych protestów w kilku największych miastach. Na liście nie było Radomia, który 25 czerwca stał się centrum wystąpień. W pierwszych godzinach manifestacji w mieście nie było sił ZOMO zdolnych choćby do ochrony gmachu KW PZPR, który został podpalony. Błyskawicznie podjęto decyzję o przerzuceniu do Radomia sił ZOMO z Kielc, Lublina, Łodzi i, drogą lotniczą, ze szkoły milicyjnej w Szczytnie. Wieczorem 25 czerwca protesty tłumiło ponad 1500 zomowców. W Ursusie protesty rozpędzało 500 zomowców, a w Płocku – 200. Zomowcy nie ograniczali się do ulic – w Radomiu i Ursusie organizowali tzw. ścieżki zdrowia, podczas których zatrzymanych manifestantów biciem i torturami zmuszano do posłuszeństwa.
„Po przewiezieniu na komendę MO w Ursusie zatrzymani musieli przejść przez szpaler milicjantów bijących pałkami. Niektórych przepędzano przez szpaler/ścieżkę zdrowia dwukrotnie. Wewnątrz budynku znajdował się wydzielony pokój, do którego wpychano pojedynczo zatrzymanych. Tam kilku milicjantów biło delikwenta pałkami i kopało, a jeśli ktoś upadł kopano również leżącego. Znane są przypadki łamania żeber zatrzymanym”
– czytamy w raporcie Komitetu Obrony Robotników przygotowanym kilka miesięcy po stłumieniu protestów.
W służbie gen. Wojciecha Jaruzelskiego
W planach wprowadzenia stanu wojennego ZOMO kluczową rolę w stłumieniu ewentualnego oporu społecznego przyznawano wojsku i milicji. Już w czasie narastającego napięcia politycznego jesienią 1981 r. ZOMO uczestniczyło w tłumieniu protestów wybuchających na niemal wszystkich uczelniach. Pod koniec listopada 1981 r. w walce o autonomię szkół uczestniczyło około 75 procent szkół wyższych. 1 grudnia ZOMO otoczyło strajkującą od tygodnia Wyższą Oficerską Szkołę Pożarniczą w Warszawie. Był to wstęp do przeprowadzonego w celu zastraszenia społeczeństwa ataku na uczelnię, w którym uczestniczyły siły specjalne milicji.
Już w początkach dekady rządów Gierka do służby w ZOMO przyjmowano poborowych, pragnących uniknąć obowiązkowej służby wojskowej. W milicji otrzymywali znacznie wyższy żołd, lepsze warunki bytowe, a co równie istotne – nie musieli brać w intensywnych ćwiczeniach na poligonie.
Po brutalnej pacyfikacji strajki na innych uczelniach zaczęły wygasać, ale ostatnie ogniska oporu przetrwały do pierwszych dni stanu wojennego. Strajk w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu zakończył się dopiero w obliczu gromadzenia się oddziałów ZOMO. 15 grudnia ZOMO, z użyciem gazu łzawiącego i armatek wodnych, zaatakowało studentów i wykładowców okupujących Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Interwencja była tak brutalna, że zomowcy pobili członków Komitetu Uczelnianego PZPR, którzy obradowali w tym samym gmachu.
Początek stanu wojennego zapisał się jako najkrwawszy okres w dziejach ZOMO. Zbrodniczą akcję złamania strajków w kopalniach „Wujek” i „Manifest Lipcowy” nazwano w planach i dokumentach MSW operacją „odblokowania”. Od początku przewidywano możliwość użycia broni palnej, między innymi pistoletów maszynowych. 14 grudnia w Jastrzębiu-Zdroju podczas ataku na kopalnię „Manifest Lipcowy” otworzono ogień do górników, raniąc czterech z nich. Następnego dnia reżim stanu wojennego postanowił, że silami 1471 funkcjonariuszy MO i ZOMO oraz 760 żołnierzy, dysponujących 22 czołgami i 44 wozami bojowymi, zostanie stłumiony strajk w katowickiej kopalni „Wujek”. 16 grudnia od kul plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników.
Lokalni dowódcy MO bardzo wysoko oceniali zaangażowanie swoich podwładnych w działania na rzecz junty gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
„Funkcjonariusze pododdziałów ZOMO w czasie wykonywania zadań, wielokrotnie bardzo trudnych i niebezpiecznych, wykazali siłę psychiczną, patriotyzm i wyrobienie polityczne oraz zapał do działań. (…) Jednocześnie oprócz zadań zawodowych i specjalistycznych funkcjonariusze ZOMO podejmowali szereg inicjatyw społecznych zawierających głębokie treści humanitaryzmu i życzliwości wobec innych ludzi i ich potrzeb zasługujących na moralną aprobatę”
– czytamy w meldunku Komendy Głównej MO z 16 grudnia 1982 r.
Zomowski „zapał do działań” przejawiał się w tłumieniu licznych manifestacji organizowanych przez podziemie antykomunistyczne. 3 maja 1982 r. ZOMO brutalnie rozbiło manifestację na Placu Zamkowym w Warszawie. W operacji „Baszta” wzięło udział aż 6 tysięcy zomowców. Rannych zostało 20 manifestantów, jedna osoba zasłabła i zmarła w drodze do szpitala. Tego dnia ZOMO interweniowało także w Gdańsku. Manifestantów ścigano nie tylko na ulicach, ale nawet także w murach bazyliki Mariackiej, gdzie zostali ostrzelani granatami z gazem łzawiącym.
Już po kilku godzinach protestów stało się jasne, że ZOMO nie poradzi sobie z ich stłumieniem, nie tylko ze względu na skalę wystąpień mieszkańców Trójmiasta, ale także braki sprzętowe. Zomowcy skarżyli się na brak armatek wodnych, granatów z gazem łzawiącym i pojazdów opancerzonych. W konsekwencji protestujący w Trójmieście i Szczecinie zginęli od kul wojska.
Kolejne ofiary śmiertelne padły od kul zomowców 31 sierpnia 1982 r. w Lubinie. W drugą rocznicę podpisania porozumień sierpniowych funkcjonariusze ZOMO wystrzelili w stronę protestujących przeciwko stanowi wojennemu około 1000 sztuk amunicji. Od milicyjnych kul zginęły wtedy trzy osoby. Kilkanaście osób zostało rannych.
Pod koniec lat osiemdziesiątych ZOMO rozbijała manifestacje uliczne radykalnie antykomunistycznych organizacji młodzieżowych, przeciwnych porozumieniu pomiędzy komunistami i częścią opozycji solidarnościowej. Kulminacja starć nastąpiła w czerwcu i lipcu 1989 r., gdy ZOMO rozbijało protesty przeciwko wyborowi gen. Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta PRL.
7 września 1989 r. ZOMO zostało rozwiązane i zastąpione przez Oddziały Prewencji Milicji Obywatelskiej. Jednym z ich zadań była „obrona” ostatniego zjazdu PZPR w styczniu 1990 r. przed protestującymi przeciwko próbom uwłaszczenia się nomenklatury komunistycznej i domagającymi się przejęcia całego majątku partii przez państwo. W tym czasie podejmowano już pierwsze, trwające do dziś, próby rozliczenia zbrodni popełnionych przez ZOMO.
