Prymas Tysiąclecia, błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński, przeżył 80 lat, większość z nich jako osoba duchowna, w gronie kapłanów i najbliższych współpracowników. Mimo, iż był półsierotą, a dzieciństwo i młodość spędzał poza domem, posiadał niezwykłe zrozumienie dla życia rodzinnego, relacji z najbliższymi i interpersonalnych kontaktów. Pobyt w seminarium duchownym, czas studiów specjalistycznych w Lublinie i Rzymie, praca duszpasterska, przeplatana obowiązkami redaktorskimi i wykładami dla kleryków, działalność na polu społecznym i okres II wojny światowej znacznie rozluźniły jego związek z ojcem, macochą i rodzeństwem.
W każdym miejscu, dla swoich najbliższych współpracowników i otoczenia starał się tworzyć pewnego rodzaju namiastkę rodziny, pozytywnych zależności i atmosferę domowego zacisza. Takiego „rodzinnego” Prymasa zapamiętano we Włocławku, Laskach, Kozłówce, Lublinie i Warszawie. Takim był także w okresie internowania (de facto uwięzienia) w latach 1953–1956.
Pozbawienie wolności głowy Kościoła katolickiego w Polsce w nocy z 25 na 26 września 1953 roku było faktem bezprecedensowym, aczkolwiek Prymas był na to wewnętrznie i duchowo przygotowany. Dekret komunistycznego rządu, odsuwający go od pełnionych funkcji, tylko pozornie był aktem zwycięstwa „ludowego Państwa”. Kardynał Wyszyński, wraz z Kościołem, z próby zniszczenia wyszedł zwycięsko. Otoczony przez dwójkę więźniów-konfidentów, kilku funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i niemal setkę wojskowych, osaczony i pozornie zniewolony – pozostał sobą. Zorganizował wspólnotę na wzór rodziny, która razem spędzała czas, dzieliła się radościami i smutkami, wykonywała wspólne prace, modliła się i świętowała.
„Proszę ojca, jak to będzie jutro u nas”
Szczególnym okresem dla Prymasa, ks. Stanisława Skorodeckiego i s. Leonii Marii Graczyk – pozbawionych najbliższej rodziny – były dni świąteczne, szczególnie Wigilie. Wspomniani, z racji pozbawienia wolności, nie mogli zasiąść do wigilijnego stołu z rodzicami, rodzeństwem i najbliższymi.
W przededniu wigilii (23 grudnia 1953), w Stoczku Klasztornym na Warmii, s. Leonia zapytała:
„Proszę ojca, jak to będzie jutro u nas”.
Prymas odpowiedział, że
„tak jak i codziennie. Niech siostra żadnych dyspozycji nie daje nikomu. Co nam podadzą to zjemy i tyle. Siostra zje z nami i jutro, i w święto – jeśli siostra ma ochotę; a nie będziemy nic prosili…”.
Następnego dnia Prymas starał się podkreślić, że dzień wigilijny i święta Bożego Narodzenia to
„święto radości, nie wolno im okazać, że jest nam może smutno, nam nie może być smutno, oni niech się smucą, że wzgardzili Bogiem, a choć Go chwilowo nie uznają, Bóg i tak o nich pamięta, a w każdym razie przed nim staną”.
O godz. 19.00 miała miejsce wieczerza wigilijna. Prymas, zanim podzielił się opłatkiem i przekazał współwięźniom drobne upominki, które w paczce otrzymał z domu, zwrócił się do nich w kilku słowach, które w doniesieniu agencyjnym odnotował ks. Skorodecki (ps. „Krystyna”):
„Tak się złożyło, że razem spędzamy nasze największe święto – miłości Bożej i braterskiej – więzienne Boże Narodzenie. Święto radości, a więc nie może być miejsca na smutek, ból i łzy. Przeciwnie, dziękować nam trzeba Bożej Dziecinie za to wszystko. Cieszę się, że stałem się prawnie jakby »Prymasem więźniów«, bo dzielę ich los pozbawiony wolności. Dziękuję Bogu za to, wy dziękujcie, że w trochę lepszych warunkach też spędzacie te święta. Wy mnie zastępujecie rodzinę i najbliższych – diecezję, Kościół święty, a ja wam zastępuję ojca, matkę i wszystkich najbliższych, stąd nie smucimy się, ale przeciwnie w duszy przygotowanej na to Boże Narodzenie, radujmy się i chwalmy Pana wiecznie. Módlmy się za Kościół święty, ojczyznę naszą, biednych, smutnych, chorych, a Boże Dziecię dozwoli wam, że kiedyś po odbyciu kary mile wspominać będziemy te chwile. Jakoś tak dobraliśmy się, mamy do siebie zaufanie, tworzymy taką prawdziwą więzienną rodzinę. Niech więc to rodzinne święto będzie naszym świętem i w tych warunkach”.
Zaskoczeniem dla ks. Skorodeckiego i s. Leonii była na wigilijnym stole figurka Nowonarodzonego, którą kilka godzin wcześniej przysłała Prymasowi Maria Okońska. Po zakończeniu posiłku śpiewano kolędy, odmówiono różaniec i odprawiono pasterkę.
Pogodny i świąteczny nastrój tego dnia oraz dyskrecję ze strony „opiekunów” podkreślił w zapiskach Pro memoria ks. Prymas. Wigilii poświęcił kilka akapitów opisujących atmosferę dnia i radość z otrzymanej figurki. Uderza jednak treść ostatniego z akapitów:
„Listu od Ojca na święta nie otrzymałem, choć trudno mi to sobie wyobrazić, by paczka była doręczona bez listu. Ale tę chęć okazania mi swej przewagi wybaczam swoim opiekunom. Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził”.
Brak słów na wypowiedzenie życzeń…
Kolejna wigilia wspomnianej trójki miała miejsce w Prudniku, na Dolnym Śląsku w 1954 roku. Dzień zaczął się niezwyczajnie, gdyż Prymas… zaspał. Powodem dwugodzinnego opóźnienia w codziennych obowiązkach była awaria budzika. Zrezygnowano także z codziennego spaceru z powodu obfitych opadów śniegu. W dodatku miała miejsce kolejna awaria energetyczna w klasztorze.
W kaplicy zgasły lampy, tak, że pasterkę i inne modlitwy, które zakończono w dwie godziny po północy, odprawiano przy świecach. Niewielką radością tego dnia, oprócz przeżyć religijnych był list, który otrzymała s. Leonia od przełożonych oraz kolejna przesyłka nowej partii książek dla Prymasa.
Po południu urządzono spowiedź, o godz. 19.00 wszyscy wspólnie zasiedli do stołu, a wcześniej „przesłano” opłatek zatrudnionej w kuchni kucharce. Po posiłku śpiewano kolędy, później odprawiono modlitwę brewiarzową, a o północy pasterkę. Jak odnotował w meldunku ks. Skorodecki,
„w tym roku prymas życzeń nie składał, ani kapelan nie wysilił się na »mówkę«, jak to było w zeszłym roku. Prymas powiedział po prostu, że brak słów na wypowiedzenie życzeń”.
W Pro memoria Prymas nieco lakonicznie pod datą 24 grudnia 1954 r. odnotował, że
„wieczór religijny miał ten sam charakter, co w roku ubiegłym. Jednakże w tym roku dostaliśmy drzewko… Wieczerza wigilijna też była bardziej zbliżona do tradycyjnych, domowych zwyczajów. Panuje w domu doskonała cisza. Posyłamy opłatek gospodyni”.
Dodać należy, iż ks. Skorodecki w konfidenckim meldunku zaznaczył, iż ks. prymas był nieco rozkojarzony i smutny, a s. Leonia w więziennym pamiętniku odnotowała, że mówiono niewiele, a atmosfera wydała się jej „naciągana”. Ta osobista refleksja wynikała zapewne z jej nostalgii i wspomnień rodzinnego domu.
W kolejne dni świąt Bożego Narodzenia (zarówno w 1953 jak i w 1954 roku) podtrzymywano atmosferę wzajemnej radości i życzliwości wobec siebie. Wspólnie spożywano posiłki, spędzano popołudnia na rozmowach i żartach, śpiewano kolędy oraz – zgodnie z codziennym planem – poświęcano czas na modlitwę.
Do wigilijnego stołu
Kolejną wigilię, w 1955 roku, Prymas spędzał w klasztorze nazaretanek w Komańczy w otoczeniu sióstr.
Dla Prymasa Stefana Wyszyńskiego wigilia ta była kolejną, trzecią już, spędzoną w czasie internowania. Różniła się znacznie od dwóch poprzednich. Tamte, W Stoczku Klasztornym i Prudniku, przeżywał jedynie w towarzystwie ks. Stanisława Skorodeckiego i s. Leonii Graczyk. Przewieziony we wrześniu 1955 roku do klasztoru nazaretanek w Komańczy – już bez wspomnianych towarzyszy – miał możliwość przyjmowania gości, aczkolwiek tylko tych, którzy zaopatrzyli się w stosowne przepustki reglamentowane przez funkcjonariuszy bezpieki. W Komańczy odwiedził Prymasa jego ojciec i członkowie najbliższej rodziny, kilku kapłanów i biskupów, a także członkinie „Ósemki”.
Przebieg wieczoru wigilijnego w grudniu 1955 roku, świątecznego nastroju i atmosfery domu nazaretańskiego poznajemy z kart „Kroniki pobytu ks. Kardynała Stefana Wyszyńskiego Prymasa Polski w Komańczy”, który pozostawiła tamtejsza mieszkanka, nazaretanka s. Stanisława Niemeczek. Na krótko przed świętami do Komańczy przyjechał kapelan Prymasa, ks. Władysław Padacz, następnie Stanisława Jarosz – rodzona siostra Prymasa, dwie elżbietanki pracujące w pałacu prymasowskim w Warszawie: s. Maksencja Jechaliki i s. Mieczysława Wasilewska oraz członkinie Instytutu Maryjnego (Prymasowskiego): Maria Okońska, Janina Michalska i Lila Wantowska.
Bezpośrednim przygotowaniem do uroczystości Bożego Narodzenia były trzydniowe rekolekcje; zawsze do najważniejszych wydarzeń w roku liturgicznym, do świąt i uroczystości kardynał Stefan Wyszyński przygotowywał siebie i najbliższych przez rekolekcyjne rozważania i konferencje ascetyczne, dni skupienia, medytacje i modlitwę. Tak było i tym razem. Wspomniana s. Niemieczek odnotowała:
„W kaplicy zapach jodeł i siana, na którym spoczywa Boże Dziecię, na ołtarzu biało-różowe fiołki alpejskie, w domu cisza i nastrój oczekiwania. W pokoju Ojca srebrzy się choinka osnuta włosami anielskimi jakby mgłą, pod nią żłóbek na tle lekko przerzuconej białobłękitnej draperii, poniżej prezenty nadsyłane zewsząd. […] Za oknami coraz ciemniej: spoglądamy na niebo szukając pierwszej gwiazdy. »Po granatowej fali płynie już księżyc w złotym korabiu«, a niżej pod nim wigilijna gwiazda. Rozlega się dzwonek na znak, że nadszedł czas życzeń. W ciszy i skupieniu gromadzimy się szybko i wchodzimy do pokoju Ojca”.
Wpierw życzenia złożył ks. Władysław Padacz we własnym imieniu i duchowieństwa archidiecezji warszawskiej oraz gnieźnieńskiej, a także Episkopatu. Cytowana kronikarka zaznaczyła, iż łamanym i drżącym głosem „życzył wyzwolenia” na co czeka cały Kościół i cała Polska. Następnie przemawiał miejscowy proboszcz i równocześnie kapelan nazaretanek, ks. Stanisław Porębski.
„Zapewnia w imieniu wiernych o oddaniu i modlitwie i on docenia wielkość ofiary, która jest okupem za Kościół i świętą, katolicką, Bogu oddaną Polskę”.
Później życzenia składała siostra Prymasa – Stanisława Jarosz. Możemy się domyślać, ze złożyła je w imieniu całej rodziny, szczególnie ich ojca – Stanisława, o którego zdrowie tak mocno się lękał Prymas od pierwszych dni zatrzymania i wywiezienia z pałacu prymasowskiego. Kard. Stefan Wyszyński podziękował wszystkim przemawiającym za życzenia; zwrócił się także do miejscowych sióstr dziękując im za „ciepło rodzinne i pełną oddania nazaretańską służę”.
A później było tradycyjne, wigilijne łamanie się opłatkiem. Niezwykle pięknie i wzruszająco opisała to s. Niemeczek:
„W dłoniach Ojca biały chleb – symbol Chleba Eucharystycznego, znak jedności, miłości i pokoju. Podchodzimy kolejno; dla każdej znajdzie się krzepiące, ojcowskie słowo i serdeczny uśmiech. Dobrze nam przy Ojcu, w kręgu Jego życzliwości, ufności, spokoju, które promieniują silnie w tę uroczystą chwilę, ale czas już na wieczerzę. Ks. Kardynał pragnął bardzo, by wszyscy których gościmy pod naszym dachem zasiedli dziś wspólnie z nami do wigilijnego stołu…”.
Warto wspomnieć o drobnym szczególe, który był zapewne dla Prymasa niezwykłą radością w dzień wigilijny i w następne dni świąteczne. Maria Okońska przywiozła do Komańczy figurkę Dzieciątka Jezus, które jeszcze kilka dni wcześniej leżało w Częstochowie na ołtarzu jasnogórskim w cudownej kaplicy; tam poświęcili ją paulini. Złożyła je na sianku w symbolicznej grocie. Był to Prymasa niezwykły znak jedności z miejscem przez niego ukochanym, z miejscem, gdzie nieustannie płynęła do nieba modlitwa o jego uwolnienie.
O północy miejscowy proboszcz odprawił pasterkę, bowiem Prymas własną celebrą nie chciał „drażnić władz świeckich”, które nie życzyły sobie jego bliskich i bezpośrednich kontaktów z wiernymi. Taką przestrogę otrzymał w pierwszych dniach pobytu w Komańczy. Pamiętać należy, że nadal był „więźniem” i wrogiem ludowej Polski. By nie narażać nie tyle siebie, co innych, unikał uroczystych celebracji i kontaktu z większymi grupami wiernych. Tak było i tym razem. W czasie pasterki spowiadał w zakrystii wiernych, a po zakończeniu przyjął delegację leśników, którzy przyszli do Niego z życzeniami.
W atmosferze świątecznej upłynęły kolejne dni. Wypełniały je spotkania z wymienionymi wyżej gośćmi i siostrami nazaretankami. Były wspólne posiłki, kolędowanie, a nawet „słuchowisko Bożonarodzeniowe”, przygotowane przez członkinie Ósemki w oparciu o sienkiewiczowski tekst „Potopu”. W drugi dzień świąt był czas na prezenty…
Jednak czas świąteczny szybko minął. Wspomniana nazaretańska kronikarka, zapewne prowadząc na bieżąco zapisy, odnotowała, że
„okres świąteczny jeszcze trwa, ale niektórzy goście już się rozjeżdżają. Wyjeżdża przede wszystkim pani Stanisława, bo jako nauczycielka ma do wykonania w czasie ferii różne zlecone prace, wyjeżdża ks. prałat Padacz i siostry elżbietanki...”.
Ks. Prymas pozostał z nazaretankami oraz członkiniami Instytutu, nie długo, gdyż wkrótce pojawili się nowi goście, członkowie rodziny Wyszyńskich oraz duchowni.
* * *
Nie wiemy, co przeżywał Prymas i jakie myśli cisnęły się do Jego głowy w związku z przeżywanymi uroczystościami Bożego Narodzenia. Zapewne, jak i w inne święta, wiele czasu poświęcał na modlitwę, adorację Najświętszego Sakramentu. Prowadzone w czasie odosobnienia zapiski Pro memoria urywają się 13 grudnia 1955 roku. Na nowo do zapisywania swych spostrzeżeń i uwag powrócił dopiero w połowie marca następnego roku.
Trzecia spędzona poza prymasowskim domem Wigilia była zgoła inna od poprzednich, bez wszędobylskich wartowników, funkcjonariuszy bezpieki i przydzielonych mu dwojga więźniów, odgrywających jedynie przed Prymasem rolę współczujących i życzliwych mu osób. Spędzona w prawdziwym domu zakonnym, a nie w klasztorach-więzieniach, jak dotychczas, w otoczeniu mu najbliższych. Wigilia i następujące po niej świąteczne dni, była zapowiedzią powoli nadchodzących zmian i powiewem wolności. Ta, dla Prymasa, przyszła dopiero w październiku 1956 roku.
