Tego dnia, około godziny 18.00, główna kasjerka NBP, Jadwiga Michałowska, spakowała do worka utarg pierwszej zmiany Centralnego Domu Towarowego przy ul. Kruczej w Warszawie i złożyła w kasie pancernej. Pół godziny później na rampie sklepu pojawił się samochód, do którego przeniesiono pieniądze. Konwój ruszył w kierunku VIII Oddziału NBP przy ul. Jasnej.
Błyskawiczna strzelanina
Około 18.35 samochód zatrzymał się przy krawężniku naprzeciwko głównego wejścia do banku. Z samochodu niemal równocześnie wysiedli dwaj konwojenci i kasjerka. Jeden z konwojentów, Stanisław Piętka, niósł utarg. Za nim podążał drugi – Zdzisław Skoczek. Konwój zamykała kasjerka. Nagle strażnik niosący pieniądze zderzył się w drzwiach banku z młodym mężczyzną, który niespodziewanie strzelił do niego z pistoletu, wyrwał mu worek z pieniędzmi i uciekł w stronę ulicy Hibnera (dziś Zgoda).
Nagle strażnik niosący pieniądze zderzył się w drzwiach banku z młodym mężczyzną, który niespodziewanie strzelił do niego z pistoletu, wyrwał mu worek z pieniędzmi i uciekł.
Piętka, ranny w klatkę piersiową, wpadł do holu głównego, wbiegł na piętro i upadł na klatce schodowej. W tym samym momencie świadkowie usłyszeli kolejne strzały. Inny napastnik strzelił do drugiego konwojenta, ze skutkiem (jak się okazało) śmiertelnym. Kasjerka ukryła się za samochodem, po chwili zaczęła krzyczeć.
Kierowca konwoju, Władysław Bogdalski, siedzący wciąż w samochodzie klaksonem zaczął dawać znać, że potrzebuje pomocy. Jeden z napastników oddał dwa strzały w kierunku samochodu, po czym obaj uciekli ulicą Hibnera.
Fiasko organów ścigania
Sprawcy doskonale przygotowali się do napadu. CDT był całkiem dobrze zaopatrzony, szczególnie w okresie przedświątecznym. Pieniądze z CDT przywożone były do banku 2 razy dziennie, o stałych porach, oznakowanymi samochodami. Na workach przyczepiano kartkę z informacją o zebranej kwocie, czasem nawet publikowano notatkę w prasie. Utarg z 22 grudnia wyniósł 1 336 500 zł.
Pieniądze z CDT przywożone były do banku 2 razy dziennie, o stałych porach, oznakowanymi samochodami. Na workach przyczepiano kartkę z informacją o zebranej kwocie, czasem nawet publikowano notatkę w prasie. Utarg z 22 grudnia wyniósł 1 336 500 zł.
Przestępcy znali okolicę i dobrze dobrali miejsce ataku. W tym rejonie Śródmieścia Warszawy nie mieszkali funkcjonariusze SB i MO. Dookoła banku była spora ilość niewielkich uliczek i wąskich przesmyków, a w okolicy trwała budowa Domów Towarowych Centrum. Napastnicy byli sprawni fizycznie i doskonale posługiwali się bronią, co śledczy wiązali z grupą, która mogła przejść przeszkolenie wojskowe, działać w organizacji konspiracyjnej lub przestępczej bądź służyć w jednostkach specjalnych.
Kilka minut po telefonie od redaktora zarządzono „Akcję 500” oznaczającą podjęcie pościgu i blokadę dróg Warszawy. Dyżurny miasta wysłał pod bank 11 radiowozów. Pierwsze trzy przybyły po 5-6 minutach, kolejnych 8 skierowano na kwadrat ulic Świętokrzyska – Marszałkowska – Al. Jerozolimskie – Nowy Świat. Zaplanowano też system zaporowy na rogatkach miasta. Jednak z powodu chaosu informacyjnego system blokad okazał się nieskuteczny, dodatkowo nie ustawiono posterunków kontrolnych na nowo wybudowanych trasach wylotowych ze stolicy.
Mosty zablokowano dopiero po pół godzinie od zdarzenia, a ostatnie posterunki zaporowe ustawiono ok. godz. 21.00. Ogromnym problemem okazał się być brak łączności pomiędzy poszczególnymi posterunkami. „Drogówka” w zasadzie nie wiedziała w ogóle o napadzie.
Teren samego napadu też nie został właściwie zabezpieczony. Kręcili się przechodnie i gapie. Tłum zadeptał ślady. Ludzie podnosili łuski, zostawiali na nich swoje odciski palców. Nie zaznaczono miejsca ułożenia ciała zabitego konwojenta. Nie wylegitymowano osób znajdujących się w najbliższym otoczeniu napadu. Służba Dochodzeniowa i Kryminalna dosłownie „wyrywała” sobie świadków i protokoły przesłuchań.
Nierozwiązana sprawa
Po pierwszych minutach chaosu milicja zaczęła działać planowo. Powołano specjalną grupę dochodzeniowo-śledczą. Sprawdzono ulice, klatki schodowe, piwnice, strychy, podwórka, place budów. Użyto psów służbowych, ale trop szybko się urywał. Przeprowadzano rewizję mieszkań, melin, sprawdzano alibi okolicznych przestępców, przeprowadzano rozmowy z mieszkańcami, dozorcami, pracownikami budów, zarządzono obserwację i sprawdzanie gości lokali gastronomicznych i podróżnych przebywających na dworcach. Sporządzono portrety pamięciowe sprawców oraz figury naturalnej wielkości. Wyznaczono nagrodę za pomoc w ujęciu sprawców.
Teren samego napadu też nie został właściwie zabezpieczony. Kręcili się przechodnie i gapie. Tłum zadeptał ślady. Ludzie podnosili łuski, zostawiali na nich swoje odciski. Nie zaznaczono miejsca ułożenia ciała zabitego. Nie wylegitymowano osób znajdujących się w najbliższym otoczeniu napadu.
Ustalono, że bandyci najprawdopodobniej zbiegli pomiędzy budynkami Filharmonii Narodowej i PKO do ulicy Moniuszki, a następnie ulicą Marszałkowską. Tam prawdopodobnie wsiedli do samochodu marki Warszawa.
Po zbadaniu 8 łusek znalezionych przed bankiem śledczy dowiedzieli się, że broń była notowana. Trzy naboje zostały wystrzelone z pistoletu użytego w trakcie napadu na kasjerkę sklepu obuwniczego w 1957 roku oraz do zabójstwa milicjanta i skoku na urząd pocztowy w 1959 r. Pozostałe łuski pochodziły z pistoletu tego zabitego milicjanta.
Pomimo szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej sprawców nigdy nie odnaleziono. Po napadzie na bank przy ul. Jasnej, wobec braku skuteczności w poszukiwaniu przestępców, powstał szereg propozycji usprawnienia i unowocześnienia działań milicyjnych na wypadek podobnego zdarzenia. Jednakże był to ostatni napad z użyciem tej broni.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
