W Norymberdze badania prowadzili Gustave Gilbert i Douglas Kelley. Istvan Kulcsar, izraelski uczony węgierskiego pochodzenia, oraz Simon Heymann badali Adolfa Eichmanna w trakcie procesu jerozolimskiego. W Polsce takie badania prowadził kryminolog i psychiatra Stanisław Batawia – rozmawiał m.in. z Rudolfem Hößem. Badania psychologów i psychiatrów obalały mit oparty na idealistycznej wizji, że racjonalny człowiek, bez defektów psychicznych, nigdy nie wybierze zła.
Norymberga
W 1946 r., zanim Höß przybył do Polski, przesłuchiwany był w Norymberdze przez amerykańskiego psychologa Gustawa Martina Gilberta. Pierwsze wrażenie dr Gilbert zawarł w jednym zdaniu:
„W tym apatycznym, niskim mężczyźnie nie było nic, co pozwalałoby przypuszczać, że ma się do czynienia z największym mordercą, jaki kiedykolwiek żył na świecie”.
Höß był człowiekiem beznamiętnym i apatycznym, nie nabrał zaufania do dr Gilberta – w Norymberdze było na to zbyt mało czasu. Wyjaśniał jednak chętnie niektóre mechanizmy funkcjonowania systemu, mówił:
„[Himmler] żądał często rzeczy niemożliwych, jakich w normalnych okolicznościach nie sposób było wykonać. Z chwilą jednak, gdy rozkaz został wydany, przystępowano z całą energią do jego wykonania, dokonując w ten sposób rzeczy, które wydawały się niemożliwe. Na przykład obliczyłem, że dla budowy tamy na Wiśle w Oświęcimiu potrzeba trzech lat; on tymczasem dał nam na to rok, a my dotrzymaliśmy tego terminu”.
Ostateczna diagnoza Gilberta dotycząca Rudolfa Hößa:
„zimny, nieobecny duchem schizoid, bezkrytycznie akceptuje ideologię, mechanicznie postępuje po linii najmniejszego oporu w psychopatycznej społeczności”.
Gilbert zanotował, że nie czuł osobistej winy, uważał się za ofiarę systemu, któremu, jak sam przyznał, fanatycznie wierzył, a przez który został zdradzony.
Kraków
W Polsce, gdzie miał być sądzony, Rudolfa Hößa badał profesor Stanisław Batawia, wybitny polski kryminolog i psycholog. Chciał znaleźć odpowiedzi na pytania:
„Czy komendant największego hitlerowskiego obozu zagłady mógł być człowiekiem normalnym psychicznie? Czy jest możliwe, aby jego działalność mogła wynikać z pobudek nie patologicznej natury?”.
Miał do dyspozycji więcej czasu niż prof. Gilbert – odbył z komendantem Auschwitz wiele rozmów (niektóre trwały nawet 5 godzin) i przeprowadził testy psychologiczne. Zeznania Hößa Batawia ocenił ostatecznie jako „zgodne w zasadniczych kwestiach z prawdą”, podkreślił też, że ich relacje zmieniały się w czasie. Na początku Höß tylko odpowiadał na pytania, z czasem sam zaczął mówić. Widoczne było zaufanie z jego strony, ale też wielka trudność w mówieniu o sobie. Był nieśmiały, wrażliwy, „wszystko to nie harmonizowało z typową postacią komendanta hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, jaką wyobraźnia nasza kojarzy sobie ze słowem Oświęcim”.
Z relacji Batawii wyłania się obraz człowieka bez namiętności, bez własnych ambicji, człowieka spokojnego i rzeczowego. Wręcz pedantycznego. Höß wielokrotnie poprawiał swoje zeznania i relacje świadków, dodając szczegóły, nawet jeśli pogrążały go one jeszcze bardziej. Na pytanie Gilberta o funkcjonowanie komór gazowych, szczególnie ich „wydajności”, Höß odpowiedział:
„Nie, nie liczy pan poprawnie. Samo zabijanie zabierało mniej czasu. Można było pozbyć się dwóch tysięcy ludzi w ciągu pół godziny, ale palenie zwłok zabierało cały pozostały czas. Zabijanie było proste; nie potrzeba było nawet strażników, aby skierować ich do komór; po prostu wchodzili, spodziewając się, że idą pod prysznic, ale zamiast wody puszczaliśmy gaz. Cała sprawa posuwała się bardzo szybko”.
Według profesora Höß był człowiekiem o zupełnie przeciętnej inteligencji, „kochał zwierzęta, lubił małe dzieci, łatwo przywiązywał się do ludzi”.
Jego bezwzględne posłuszeństwo rozkazom, Batawia przypisywał apodyktycznemu ojcu, który w małym dziecku stłumił indywidualizm, wzmocnił nieśmiałość i introwertyczne zachowania, wpoił absolutne posłuszeństwo wobec rodziców, nauczycieli, księży. Cechy te zostały później wzmocnione przez szkolenia dla esesmanów, które Batawia nazywa „tresurą”, a które miały na celu wyrobienie właściwych reakcji na rozkaz przełożonych.
„Zrozumienie psychiki esesmańskiej możliwe jest właściwie bardziej na podstawie znajomości praw fizjologii wyższych czynności układu nerwowego, aniżeli na gruncie rozważań czysto psychologicznych. Osłabiano w nich samodzielne krytyczne myślenie, zdolność hamowania tendencji agresywnych za pośrednictwem poczuć etycznych. Ideologia narodowo-socjalistyczna sprzyjała degradacji intelektu”.
A jednak Höß źle znosił kierowanie obozem koncentracyjnym, ale bał się przyznać do tej słabości. Być może właśnie ta walka z litością dla ofiar powodowała, że również sobie udowadniał niezłomność i nieczułość. Ale profesorowi powiedział:
„rozumiem na czym polegało to zło”.
Ostateczna diagnoza Batawii dotycząca Hößa:
„sam niezdolny do osobistego znęcania się nad ofiarami, niechętny nawet do brania udziału w polowaniach na zające z nagonką, stał się zbrodniarzem, który kierował masową zagładą dzieci i kobiet (…). Bezgranicznie oddany sprawie, tylko słuchał i działał zgodnie z rozkazami, bardziej typ robota aniżeli żywego człowieka”.
Przyczyn przemiany spokojnego i niegroźnego Rudolfa Hößa w mordercę, mającego na sumieniu setki tysięcy ofiar, Batawia upatruje w „wydarzeniach historycznych i określonym środowisku społecznym, z którym związany był jego los”.
Z czasem
„odbywała się metamorfoza tej społecznie niegdyś nieszkodliwej jednostki w określony typ mentalności faszystowskiej. […] Najpierw prekursorzy hitleryzmu, a potem ideologia narodowo-socjalistyczna przekształciły młodocianego Rudolfa Hößa, obdarzonego żywymi poczuciami etycznymi, w przestępcę niespotykanej miary, który wiernie służąc fałszywej i zbrodniczej ideologii, utonął w otchłani przestępstw hitlerowskich”.
Prof. Batawia badał Hößa pod kątem stanu emocjonalnego i stwierdził:
„nie nienawidził prawdziwie ani Żydów, ani komunistów, ani przestępców politycznych, ani nawet pospolitych przestępców. Wierzył głęboko i bezkrytycznie w słuszność ideologii narodowo-socjalistycznej, która nakazywała zwalczać wrogów całą bezwzględnością […]. Ta wiara, to głębokie przeświadczenie były dostatecznie silne, aby kierować jego postępowaniem bez uczucia nienawiści”.
W tym aspekcie Höß był wyjątkiem, który w tym względzie nie uległ indoktrynacji szkoły esesmańskiej. Na pytania prof. Batawii, czy nie przyszło mu na myśl, żeby zrezygnować z funkcji komendanta, odpowiadał, że dostał do wykonania rozkaz i nie mógł go nie wykonać, a poza tym jak dodał:
„odmowa taka w niczym nie wpłynęłaby na przebieg całej akcji, bo moje miejsce zająłby kto inny i zagłada zostałaby przeprowadzona i tak, zgodnie z uprzednio dokładnie opracowanym planem”.
Batawia podkreślił jednak, że Hößa różniła od innych zbrodniarzy wojennych jedna zasadnicza i wyjątkowa rzecz: mimo uznania bezwzględnej konieczności wykonywania rozkazów, uważał, że sam fakt ich wykonywania nie zwalniał go od odpowiedzialności, choć, jak już wyżej wspomniano, nie czuł się osobiście winnym zbrodni.
Kluczowa jest obojętność
Z czasem zarówno w środowiskach psychologów, jak i historyków, rósł opór przeciwko dominującej interpretacji zachowań niemieckich zbrodniarzy, tłumaczącej ich postawę wpływem grupy, działaniem autorytetu i utożsamianiem się z „graną” rolą społeczną. Do głosu coraz silniej zaczęły dochodzić opinie, iż najwięksi zbrodniarze wojenni, włącznie z „banalnym” Adolfem Eichmannem, nie byli tylko urzędnikami, żołnierzami wykonującymi rozkazy, lecz przejawiali znaczną kreatywność, prześcigając się wręcz w wysiłkach, wykazując się często niebywałą inicjatywą i pomysłowością. Nazizm był systemem dynamicznym, w którym jednak ludzie nie musieli zabijać i jedynie niektórzy z nich to robili. Wolfgang Sofsky, niemiecki socjolog badający przemoc w obozach koncentracyjnych, napisał:
„Ludzie demonstrowali swoje poświęcenie, z własnej inicjatywy działając z większą brutalnością, niż wymagały tego od nich rozkazy. Tak więc źródłem skrajnych zachowań nie było mechaniczne posłuszeństwo”.
Przeciętny Niemiec potrafił dostrzec różnicę między dopuszczalną dyskryminacją a niedopuszczalnym ludobójstwem. Kluczem do sukcesu Ostatecznego rozwiązania był brak reakcji większości Niemców na dziejące się wokół zło. Najtrafniej fakt ten podsumował Ian Kershaw w słynnym zdaniu:
„Drogę do Oświęcimia zbudowano z nienawiści, ale wybrukowano obojętnością”.
