Chociaż uchwały obradującego w styczniu 1955 r. III Plenum KC PZPR skłaniały do formułowania (m.in. przez literatów) śmiałej krytyki rzeczywistości, to wcale nie było łatwo stwierdzić, czy dany tekst, w którym była ona wyrażana, mieścił się w tym, na co można było sobie pozwolić, czy też przekraczał granice dopuszczalnej dyskusji.
Ręczne zarządzanie kulturą
W końcu stycznia 1955 r. na posiedzeniu egzekutywy organizacji partyjnej przy ZLP, w wyniku dyskusji na temat sytuacji w redakcji „Twórczości”, stwierdzono, że w sprawie wydrukowania opowiadania Wielki lament papierowej głowy Jerzego Andrzejewskiego, który zresztą właśnie wszedł w skład zespołu tworzącego to czasopismo, należy porozumieć się samym z samym Jakubem Bermanem, czyli najwyżej postawionym partyjnym działaczem zajmującym się polityką kulturalną. Takie postępowanie nie miało nic wspólnego z deklarowanym przez kierownictwo partyjne odchodzeniem od „komenderowania” i przestrzeganiem zasady kolegialnego podejmowania decyzji.
Stwierdzono, że w sprawie wydrukowania opowiadania Wielki lament papierowej głowy Jerzego Andrzejewskiego należy porozumieć się samym z samym Jakubem Bermanem, czyli najwyżej postawionym partyjnym działaczem zajmującym się polityką kulturalną.
Może to zaskakiwać, zwłaszcza w zestawieniu z tym, że wcześniej referujący przed członkami egzekutywy Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR przy ZLP sytuację w redakcji „Twórczości” krytyk i tłumacz Roman Karst (niezwiązany z tym pismem) z uznaniem zwracał uwagę na to, że jego zespół jest „ogarnięty duchem nowatorstwa” dąży do zerwania z „asekuranctwem”. Dla słuchających go partyjnych pisarzy, pamiętających o niedawnych uchwałach III Plenum KC PZPR, był to niewątpliwie komplement pod adresem redakcji „Twórczości”.
Tymczasem w sprawie Andrzejewskiego zachowali się oni właśnie bardzo asekurancko. Najpewniej dostrzegali oni tę sprzeczność, zaznaczając w postanowieniach, że sprawa jest wyjątkowa. Mieli zresztą w pewnym sensie rację, ponieważ potencjalnie publikacja tego utworu mogłaby wywołać duże kontrowersje.
Papierowe głowy
Po pierwsze, chodziło o utwór bardzo znanego literata, który – choć pozostawał członkiem PZPR – niedawno przestał cieszyć się zaufaniem władz. Po drugie, opowiadanie to zostało napisane już kilka lat wcześniej i było jednym z krążących wówczas w środowisku jedynie w maszynopisie, ponieważ nie było zgody na jego druk. Po trzecie, potencjalne kłopoty zapowiadała już jego treść. Przedstawiony w nim został koszmarny sen pisarza, który, wygłaszając przemówienie przed szerokim audytorium, orientuje się, że mówi same banały, a mimo to publiczność nagradza go brawami. W pewnym momencie kolejni zebrani owijają sobie głowy gazetami, a potem sam pisarz dostrzega w lustrze, że jego głowa jest owinięta papierem.
Kontrowersyjność przesłania tekstu dobrze pokazuje wspomnienie krakowskiego krytyka Ludwika Flaszena:
„Gdy miało się ku połowie lat 50., krążyły w środowisku w odpisach prozatorskie groteski Andrzejewskiego – sam mi taki swój maszynopis podarował. Jedna z nich nosiła znamienny tytuł: Wielki lament papierowej głowy. Narrator – jakby sobowtór autora – szydzi z tego, co moglibyśmy nazwać nawróceniem na Nową Wiarę”.
Członkowie władz organizacji partyjnej przy ZLP nie wiedzieli, czy deklarowana otwartość władz i ich apele do przedstawicieli środowisk twórczych o odwagę dotyczyć mogą również takiego utworu. Ich wątpliwości okazały się być jak najbardziej uzasadnione, ponieważ tego utworu Andrzejewskiemu nie udało się wówczas opublikować.
Granice krytyki
Jednocześnie rządzącym bardzo zależało na zaangażowaniu czołowych przedstawicieli środowiska literackiego w realizację postanowień III Plenum KC PZPR. Literaci byli zachęcani do wzmocnienia swojego krytycyzmu w ocenie dotychczasowej polityki kulturalnej. Szybko dostrzeżono jednak niepokojące z perspektywy kierownictwa postawy niektórych pisarzy, poetów i krytyków, przejawiające się w przekraczaniu zarysowanych przez rządzących granic. Tak władza oceniała niektóre publikacje ukazujące się późną zimą i wczesną wiosną 1955 r. na łamach prasy kulturalnej.
Przedstawiony w nim został koszmarny sen pisarza, który orientuje się, że mówi same banały, a mimo to publiczność nagradza go brawami. W pewnym momencie kolejni zebrani owijają sobie głowy gazetami, a potem sam pisarz dostrzega w lustrze, że jego głowa jest owinięta papierem.
Kontrowersje wśród rządzących wzbudziły niektóre teksty publikowane na łamach „Nowej Kultury” i „Przeglądu Kulturalnego”. Wśród nich były publikowane na łamach pierwszego z tych pism felietony Andrzejewskiego. Najmocniej jednak władzom podpadła redakcja „Szpilek’, która – starając się realizować linię władz i tym samym uczynić gazetę bardziej atrakcyjną dla czytelników – pozwoliła sobie na zbyt wiele. Na jej łamach dopatrzono się przejawów odchodzenia od przyjętej przez kierownictwo partyjne linii. Za jeden z nich uznano opublikowany w marcu przez czasopismo „Szpilki” wiersz Pozytywni autorstwa bezpartyjnej poetki młodego pokolenia Joanny Kulmowej. W oczach odbiorców była to satyra na partyjnych dygnitarzy. Wraz z opublikowanym obok rysunkiem Jana Lenicy utwór tworzył wrażenie, że chodziło o ośmieszanie marksistowskich szkoleń.
W jednym z felietonów wchodzącego w skład redakcji „Szpilek” Wiesława Brudzińskiego dopatrzono się złośliwej aluzji do konkretnej postaci z życia publicznego. Zwrócono również uwagę na jeden, ostatecznie nieopublikowany, felieton, krytykujący podnoszenie cen przez pośrednie ogniwa handlowe, który został odebrany jako atak na „socjalistyczną akumulację”. Władze potraktowały druk bądź samo pojawienie się tych tekstów jako przejawy bardzo niepokojącego zjawiska.
„Wyciągnięto stąd wniosek, że krytyka prowadzona przez »Szpilki« przestaje być walką z bolączkami naszego życia, zsuwa się z płaszczyzny ideowej i popada w zbieżność z »Głosem Ameryki«”
– relacjonował w połowie kwietnia 1955 r. na zebraniu POP PZPR przy ZLP Tadeusz Drewnowski.
Zastrzec przy tym trzeba, że kierownictwo PZPR już wcześniej postawiło wyraźne granice zmian w polityce kulturalnej.
Stefan Kisielewski i plany założenia nowego pisma
Ujawniły się one w reakcji na podjętą przez Stefana Kisielewskiego w lutym 1955 r. inicjatywę stworzenia nowego czasopisma, które mieliby tworzyć głównie pisarze i artyści niemogący znaleźć stałego miejsca w dotychczas istniejących tytułach. Do przedłożonego w Wydziale Kultury i Nauki KC PZPR pisma ów felietonista przedłożył listę kilkudziesięciu ewentualnych współpracowników. Wśród tych, z którymi miał już wcześniej o tym rozmawiać, znajdowali się m.in. literaci Zbigniew Herbert, Paweł Hertz, Jan Józef Szczepański i Leopold Tyrmand, publicyści Paweł Jasienica, Jerzy Turowicz i Stanisław Stomma, kompozytor Zygmunt Mycielski, malarka i rzeźbiarka Maria Jaremianka, historyk literatury Zdzisław Najder i filozof Klemens Szaniawski, zaś na liście tych, którzy dopiero mieli być zaproszeni, znajdowali się m.in. Artur Sandauer, Stefan Kotarbiński, Stanisław Lem i Mieczysław Jastrun.
Szybko dostrzeżono jednak niepokojące z perspektywy kierownictwa postawy niektórych pisarzy, poetów i krytyków, przejawiające się w przekraczaniu zarysowanych przez rządzących granic.
Dużą część osób, z którymi Kisielewski chciał współpracować, stanowili dawni współpracownicy „Tygodnika Powszechnego”, którzy byli wówczas odsunięci od życia publicznego. Jednocześnie Kisielewski, być może również ze względów taktycznych, chciał wciągnąć do współpracy również osoby nieco bliższe rządzącym, co jednak nie zapewniło tej inicjatywie przychylności władz. Niepokój Wydziału Kultury i Nauki KC PZPR wywołało zamieszczenie na przedłożonej przez Kisielewskiego liście nazwisk Hertza i Jastruna, którzy byli partyjni. Nie do przyjęcia dla przedstawicieli KC było zwłaszcza to, że z pierwszy z nich miał pozytywnie zareagować na złożoną mu propozycję.
Członkowie egzekutywy POP PZPR przy ZLP zdecydowali, że z poetą o całej sprawie porozmawia Tadeusz Drewnowski. W rozmowie ostatecznie uczestniczył również Andrzej Mandalian. Hertz zaprzeczył wówczas, że wyrażał zgodę na współpracę z pismem, które chciał założyć Kisielewski. Zresztą już wcześniej obwiniony spodziewał się kłopotów, o czym świadczy następujący fragment z 10 marca 1955 r. w dzienniku Jastruna:
„Paweł Hertz dzwonił dziś do mnie. Kisiel podał nas na liście współpracowników (ewentualnego) pisma, które jest jeszcze w niebie – w podaniu do Komitetu Centralnego. Ucieszą się z tego powodu różni moi »czujni« wrogowie”.
Kilka dni później Jastrun odnotowywał pojawienie się pierwszych ech owego „żartu” Kisielewskiego: Paweł Hoffman miał na zebraniach kierowanej przez siebie redakcji „Nowej Kultury” mówić o „liberalizmie” tego diarysty. W ówczesnym języku zdecydowanie nie był to komplement, lecz właściwie oskarżenie o posiadanie niesłusznych poglądów. Postawa Hertza wskazuje na nieufność, jaką wobec zmian w polityce kulturalnej żywiła część środowiska.
Inicjatywa powołania pisma tworzonego głównie przez twórców zdystansowanych wobec władzy od początku była skazana na porażkę. Rządzący uznali ją za próbę podjęcia aktywności opozycyjnej.
Sama inicjatywa powołania pisma tworzonego głównie przez twórców zdystansowanych wobec władzy od początku była skazana na porażkę. Rządzący bowiem uznali za ją próbę podjęcia aktywności opozycyjnej. Wydział Kultury i Nauki KC, po skonsultowaniu się z Jerzym Morawskim, nie ograniczył się do udzielenia Kisielewskiemu odpowiedzi odmownej. Towarzyszyło jej ostrzeżenie przed
„prowadzeniem dalszych akcji wokół swych koncepcji”.
Według notatki Wydziału Kultury i Nauki KC stanowisko to podzielali członkowie władz organizacji partyjnej literatów.
„Opinia towarzyszy w zasadzie zgadzała się ze stanowiskiem Wydziału, traktującego inicjatywę Kisielewskiego z jednej strony jako dowód naiwności politycznej wroga, który mógł zrozumieć III Plenum jako wyraz zelżenia naszej ofensywy ideologicznej. Ukazało nam to zarazem i słabość wroga na tym terenie, nie znalazło się bowiem na tej liście ani jedno nazwisko literackie. Z drugiej jednak strony należy chyba widzieć w fakcie umieszczenie tam nazwisk wybitnych partyjnych pisarzy, znamienny symptom, który winien nam a przede wszystkim tym towarzyszom dać wiele do myślenia”
– czytamy w dokumencie. Z perspektywy kierownictwa PZPR i czołowych partyjnych pisarzy nawet najdalej idące postulaty nie mogły oznaczać dopuszczenia do głosu środowisk uznawanych za ideologicznie obce.
