Kontrowersje wzbudził już sam jej tytuł. W języku polskim bowiem przymiotnik „nasi” oznacza afirmację pokrewieństwa aksjologicznego i ideowego: określam jakąś zbiorowość mianem „swojej” ponieważ identyfikuję się z jej czynami, które są wcieleniem wyznawanych przez mnie wartości i z tego powodu jestem z niej dumny.
Jeżeli uzna się, że w terminologii wystawy „Pomorze Gdańskie” oznacza okręg „Gdańsk-Prusy Zachodnie”, to wśród „mieszkańców Pomorza Gdańskiego” byli zarówno tacy, dla których służba w Wermachcie była formą opresji, jak i tacy, którzy identyfikowali się z państwem III Rzeszy Niemieckiej.
Na wystawie zwięźle przedstawiono administracyjny podział ziem polskich pod okupacją niemiecką. Jesienią 1939 r. zachodnie ziemie Polski zostały bezpośrednio wcielone do Rzeszy, zaś z wschodnich utworzono Generalne Gubernatorstwo. Okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie składał się z części przedwojennego województwa pomorskiego, niewielkich fragmentów województwa warszawskiego, zlikwidowanego Wolnego Miasta Gdańska i zachodnich rejencji prowincji Prusy Wschodnie, należącej przed 1939 rokiem do Niemiec.
Jeżeli uzna się, że w terminologii wystawy „Pomorze Gdańskie” oznacza okręg „Gdańsk-Prusy Zachodnie”, to wśród „mieszkańców Pomorza Gdańskiego” byli zarówno tacy, dla których służba w Wermachcie była formą opresji, jak i tacy (np. obywatele państwa niemieckiego z Prus Wschodnich, Niemcy z Wolnego Miasta Gdańsk czy mniejszość niemiecka zamieszkująca przedwojenne województwo pomorskie), którzy identyfikowali się z państwem III Rzeszy Niemieckiej i traktowali służbę w Wermachcie lub innych formacjach militarnych jako spełnienie obowiązku wobec niemieckiego państwa.
W wystawie na ogół unika się określeń „Polacy”, „polski”, preferując nazwy „Pomorzanie”, „mieszkańcy Pomorza Gdańskiego” mogący oznaczać zarówno Polaków, jak i Niemców.
Zwyczajna armia?
Warto zadać pytanie do kogo wystawa ta jest adresowana? Napisy w języku polskim i angielskim sugerują, że docelowym odbiorcą wystawy może być turysta z zagranicy, np. z Tajlandii czy Korei Południowej, dla którego II wojna światowa jest czymś tak odległym i egzotycznym jak wojny spartańskie. Warto uświadomić sobie że od rozpoczęcia II wojny światowej minęło już 86 lat i powoli również w społeczeństwie polskim pamięć o niej przestaje być przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie, lecz jest transmitowana przez rozmaite artefakty kultury.
W części społeczeństwa niemieckiego utrzymuje się milczący kult Wermachtu jako rycerskiego wojska, chroniącego ludność niemiecką przed idącą ze wschodu inwazją barbarzyńskiej Armii Czerwonej.
Tymczasem w narracji wystawy traktuje się Wermacht jako tradycyjną armię, pomijając fakt, iż był integralnym składnikiem totalitarnego państwa niemieckiego, bezpośrednio odpowiedzialnym za zbrodnie wojenne i umożliwiającym dokonywanie aktów ludobójstwa przez inne formacje paramilitarne (np. Einsatzgruppen czy Waffen-SS). Przykładowo, pomija się fakt, że Wermacht został powołany w 1935 r., jego głównodowodzącym był Adolf Hitler, rekruci składali przysięgę na wierność führerowi, a wysocy dowódcy Wermachtu: Göring, Keitel, Jodl, Dönitz i Raeder byli oskarżeni o zbrodnie wojenne i skazani w procesie norymberskim.
Jest to o tyle istotne, że w części społeczeństwa niemieckiego utrzymuje się milczący kult Wermachtu jako rycerskiego wojska, chroniącego ludność niemiecką przed idącą ze wschodu inwazją barbarzyńskiej Armii Czerwonej. W świetle gwałtów i kradzieży popełnianych przez czerwonoarmistów mit ten zawiera jakieś racjonalne jądro, lecz pamiętać należy, że inaczej wyglądała okupacja niemiecka w Europie Zachodniej, a inaczej w Polsce i w Europie Wschodniej.
Tymczasem w narracji wystawy przedstawia się rozmaite – neutralnie wyglądające – aspekty służby w Wermachcie. Na jednej z planszy czytamy:
„Gdy wyjeżdżali [rekruci – K.B.] z rodzinnych miejscowości, towarzyszył im strach, przygnębienie, ale nierzadko też ekscytacja wywołana nowym doświadczeniem i możliwością zobaczenia nowych nieznanych dotąd stron” [podkreślenie moje].
Siłą rzeczy, nieobeznany z historią III Rzeszy widz traktować będzie Wermacht tak jak normalną armię. Dzięki służbie w niej, żołnierze – jak w każdym wojsku – mogli zwiedzić nieznany im dotąd świat.
Przemilczane aspekty
Na planszy zatytułowanej „Szczęście czy pech?” możemy przeczytać:
„Po szkoleniu żołnierze wysyłani byli w docelowe miejsce stacjonowania [...] W dużym stopniu to szczęście lub pech decydowały o tym jak wyglądał przebieg ich służby. Jedni trafiali na słoneczną Kretę, inni na front wschodni, gdzie w ciężkich warunkach stawali do walki z armią sowiecką”.
Szkoda, że kuratorzy wystawy, wymieniając „słoneczną Kretę” – budzącą współcześnie skojarzenia z podróżami turystycznymi i nadmorską plażą – jako pożądaną alternatywę dla służby na froncie wschodnim, nie uwzględnili faktów historycznych o skutkach niemieckiej okupacji wyspy.
Była ona szczególnie okrutna jak na standardy okupacji niemieckiej – nawet w Europie Wschodniej. Oto podstawowe informacje: wojska niemieckie zajęły Kretę w wyniku akcji desantowej na przełomie maja i czerwca 1941 roku. Ponieważ ludność cywilna Krety aktywnie wspierała aliantów w walce zbrojnej, niemieccy okupanci rozpoczęli represje wobec mieszkańców: we wsiach Kandanos i Kondomari zamordowano ok. 200 cywilów. Według szacunków, do momentu wyzwolenia wyspy w maju 1945 roku z rąk niemieckich okupantów zginęło 3,5 tys. mieszkańców, ogółem – włączając w to ofiary głodu wywołanego przez okupantów – zmarło około 20 tys. osób.
Na planszy przedstawiającej to, co żołnierze Wermachtu wysyłali do domu, wymienia się: pieniądze, cukierki, czekoladę, papier listowy, pończochy, przybory do szycia, bieliznę, torebki, futra, przybory do pisania, cukier, ryż, mąkę i owoce. Rzecz w tym, że zupełnie pominięto rabunkowy charakter okupacji niemieckiej w całej Europie i udział w tym procederze Wermachtu, omówione chociażby w książce Götza Aly’ego „Państwo Hitlera”.
Od ocen nie ma ucieczki
Najbardziej skonfundowanym można się poczuć oglądając planszę pokazującą przypadek Pomorzanina, który nie mógł (wstydził się lub nie chciał z powodu presji swojego otoczenia) pokazywać publicznie swojego zdjęcia w niemieckim mundurze. Aby utrudnić identyfikację armii, w której służył, zamazywał epolety munduru. Jeżeli ów były żołnierz w cywilnym życiu odczuwał nieodpartą potrzebę chwalenia się służbą w Wermachcie, to chyba nie widział w niej nic nagannego. W takim razie dziwić może zaliczenie go do „naszych chłopców”.
Wbrew deklaracji organizatorów wystawy, że jej celem nie jest ocenianie, lecz tłumaczenie, od ocen się nie ucieknie. Co więcej, to milcząco akceptowane wartości wpływają na to, co w wystawie zostało wyeksponowane, a co – pominięte.
