Michał Adamczyk (1903–1940)
Komendant posterunku Policji Państwowej w Sarnakach na Podlasiu w latach 1937–1939, jeniec obozu w Ostaszkowie, zamordowany przez NKWD w 1940 r. Syn Antoniego i Walentyny Dominiak. Jako piętnastolatek brał udział w rozbrajaniu Niemców w 1918 r., a 21 sierpnia 1920 r. jako ochotnik wstąpił do piechoty i uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej.
W 1928 r. zgłosił się jako kandydat kontraktowy na szeregowego Policji Państwowej. W 1929 r. został skierowany na II Kurs w Szkole Szeregowych PP w Żyrardowie. Po trzymiesięcznym przeszkoleniu rozpoczął pracę policjanta na Kresach Wschodnich: w Kamieniu Koszyrskim, w Pniewnie, w Kowlu, a później na Podlasiu w Węgrowie, Skórcu i Sarnakach. W tych ostatnich objął stanowisko komendanta posterunku.
W policji przepracował łącznie jedenaście lat. W 1938 r. „za zasługi w służbie bezpieczeństwa publicznego” odznaczony został przez premiera Rzeczpospolitej Polskiej Brązowym Krzyżem Zasługi. We wrześniu 1939 r. na mocy dekretu premiera RP o mobilizacji PP otrzymał wezwanie do punktu zbornego. Szukając właściwego miejsca zbiórki wraz z kilkoma podkomendnymi, został pojmany przez żołnierzy sowieckich i trafił do obozu przejściowego w Juchnowie w obwodzie smoleńskim.
Stamtąd 26 października został odesłany do obozu w Ostaszkowie, gdzie dotarł 29 października 1939 r. O jego losie żona dowiedziała się z kartki pocztowej z Ostaszkowa, datowanej 1 stycznia 1940 r. Został zamordowany w Kalininie (obecnie Twer). O jego śmierci z rąk sowieckich rodzina dowiedziała się dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kiedy też zidentyfikowano jego szczątki.
Relacja Ireny Erchard
Ojciec mój, Michał Adamczyk, komendant posterunku Policji Państwowej w Sarnakach na Podlasiu, 17 września 1939 r. wraz z dwoma kolegami – Feliksem Kuciem i Wiktorem Śnieżkiem – dostali się do niewoli sowieckiej i zostali osadzeni w obozie w Ostaszkowie.
Ojciec mój zostawił troje małych dzieci. Najmłodsza moja siostra urodziła się w lutym 1940 r. Żal utraty ojca, który nosiliśmy w sercach przez całe życie, spowodował, że od początku transformacji w 1989 r. postanowiliśmy walczyć o prawdę i o odnalezienie miejsca pochówku ojca, bo przecież nie wiadomo było gdzie [jest pochowany].
Jedynym śladem była kartka pocztowa wysłana w 1940 r. z Ostaszkowa, która do dziś jest dla nas wielką drogą relikwią.
„Kochana żono, kochane dzieci”.
My na pamięć żeśmy to znali.
„Znajduję się w Rosji sowieckiej. Jestem żyw i zdrów. Przyjdzie czas, że niedługo zobaczymy się. Czy Rysio i Ircia – ojciec pyta o mnie, bo ja mam na imię Irena, i o brata – często mnie wspominają? Jak zdrowie twoje i dzieci? Często widzę was we śnie i wspominam was. Przyjdzie czas, że niedługo zobaczymy się”.
Jak przyszedł [ten list], to listonosz nie chodził po całej miejscowości z listami, tylko umówiona była godzina i on przed pocztą wyczytywał głośno, że jest korespondencja tam do tej i do tej osoby. I ja z bratem, myśmy tam codziennie, miesiącami chodzili, bo czekaliśmy na jakiś list od ojca. Pewnego dnia jest do nas list! Wyobrażacie sobie, co te dzieci czuły? Jak one biegły do matki do domu? Nie wiem, czy nam się nogi wtedy nie poobcierały i mało [ich] nie połamaliśmy. W taki sposób właśnie przyszedł ten list. To była radość niesamowita. Za tydzień urodziła się moja siostra, po tym liście. Mama była taka szczęśliwa, że napisze ojcu o tym urodzonym dziecku.
Moja mama zmarła w 1977 r., nigdy się nie doczekała prawdy, ale nam powiedziała, w czasie okupacji dowiedzieliśmy się wszyscy. Później był problem, gdzie się znajduje obóz Ostaszków, gdzie został zlikwidowany, gdzie ten ojciec jest. Podobno poprzez zdjęcia lotnicze został odkryty cmentarz w Miednoje. I stąd dowiedzieliśmy się, że tam z Ostaszkowa byli wszyscy zlikwidowani, zamordowani.
Byli rozstrzeliwani po dwieście osób każdej nocy, wywozili ich tam jakimś drugim wyjściem, na ciężarowe samochody wrzucali, a potem do dołów śmierci. Tak samo było i w Katyniu, bo przecież świadkowie byli, którzy opisywali dokładnie to wszystko.
Jak się już dowiedzieliśmy, gdzie tata jest pogrzebany... Ja nigdy nie mówię, że tata został pogrzebany. Został wrzucony do dołu śmierci. Wrzucony. Bo przecież oni nie grzebali pojedynczo, tylko sterty ciał. W pewnym momencie, jak już zaczęto mówić oficjalnie o Zbrodni Katyńskiej, ekshumacje się zaczęły i była tak zwana prokuratorska ekshumacja w Miednoje. Dokopali się tam do szczątków, zbadali, że to są Polacy, zbadali, że to jest policja.
Charakterystyczne było, że jak kopali ziemię, to ziemia była na pewnej głębokości granatowa. Od granatowych mundurów, policja nosiła granatowe mundury. Pamiętam, wtedy był bardzo uroczysty pogrzeb. Mój brat, on mieszka za granicą w tej chwili, przyjechał do Polski. Zawiadomiłam go.
– Jak chcesz być na pogrzebie ojca, natychmiast przyjeżdżaj do Warszawy.
– Ale dlaczego tak szybko?
– Tak szybko, bo musisz wizę rosyjską sobie wyrobić.
– I byliśmy wszyscy na pogrzebie w Miednoje. Wybieraliśmy sobie na terenie tego lasu, bo to był las, jakiś krzyż, bo tam ekipa ekshumacyjna zostawiła mnóstwo krzyży.
I jak rodziny jeździły tam, to wybierały sobie jakiś krzyż i tabliczkę ze zdjęciem i nazwiskiem swego ojca wieszały.
Oprac. Julia Krajewska
Tekst pochodzi z numeru 9/2023 „Biuletynu IPN”
