Wielu internowanych, szczególnie młodych, dopiero w ośrodkach odosobnienia zapoznało się z prawdziwą konspiracją. Władze dość szybko zreflektowały się, że na dłuższą metę nie jest to sposób na złamanie tych ludzi. Uznały, że wobec niektórych działaczy jedyną słuszną metodą neutralizacji będzie ich wyjazd z kraju.
Nie będziemy stawiać przeszkód
W pierwszym po wprowadzeniu stanu wojennego przemówieniu sejmowym 25 stycznia 1982 r. gen Wojciech Jaruzelski mówił:
„Nie jest zamiarem władz, aby deportować kogokolwiek wbrew jego woli. Nie będziemy jednak stawiać przeszkód, gdy osoby te zechcą osiedlić się w innych, wybranych przez siebie krajach”.
Nie była to nowa metoda uspokajania sytuacji w PRL, stosowały ją również inne państwa komunistyczne, np. od 1977 r. w ten sposób pozbywano się dysydentów z Czechosłowacji (akcji nadano kryptonim „Czyszczenie szamba”). Podobną taktykę wiosną 1980 r. zastosował Fidel Castro, który ogłosił usunięcie straży strzegącej ambasady Peru w Hawanie. W ciągu kilku dni na teren ambasady weszło 10 tys. Kubańczyków proszących o azyl. Castro otworzył port Mariel, skąd w ciągu pięciu miesięcy w kierunku Florydy wypłynęło 125 tys. uciekinierów.
Paszporty emigracyjne były wystawiane na rok i dotyczyły tylko jednokrotnego przekroczenia granicy. De facto były biletem w jedną stronę.
Specjalną akcję, w ramach której zachęcano internowanych oraz działaczy związkowych i opozycyjnych do wyjazdu z kraju, z polecenia gen. Jaruzelskiego i gen. Czesława Kiszczaka MSW rozpoczęło w marcu 1982 r. Do ośrodków odosobnienia wysyłano przedstawicieli Biura Paszportowego, który gwarantowali internowanym, że w ciągu miesiąca od daty złożenia wniosku mogą znaleźć się w wybranym przez siebie kraju. Obiecywali przyjazd do ośrodka fotografa oraz błyskawiczne załatwienie wszelkich formalności. Internowani mogli składać nawet częściowo uzupełnione kwestionariusze (np. bez danych o rodzinie, jeżeli ktoś ich nie pamiętał). Mogły być uzupełnione dopiero po otrzymaniu zgody na emigrację. Zgodnie z dyspozycją gen. Jaruzelskiego podania od osób internowanych i ich rodzin miały być załatwiane w trybie natychmiastowym, a o zgodę na wyjazd można było ubiegać się nawet jeżeli internowanie trwało kilka dni.
Paszporty emigracyjne były wystawiane na rok i dotyczyły tylko jednokrotnego przekroczenia granicy. De facto były biletem w jedną stronę. Dopiero po upływie roku można było ubiegać się w kraju emigracji o paszport konsularny. W okresie ważności paszportu emigracyjnego w razie chęci przyjazdu do Polski w odwiedziny trzeba było ubiegać się o zgodę, zatem przyjazd z powrotem do Polski był właściwie niemożliwy.
Posiedzieć sobie w Paryżu, czy gdziekolwiek
W związku z dużym zainteresowaniem mediów, szczególnie zagranicznych, przedstawiciele rządu swoje propozycje złożone internowanym starali się przedstawić opinii publicznej w sposób jak najbardziej korzystny, wprowadzając ją przy tym w błąd. Na konferencji prasowej Jerzy Urban mówił:
„Chcę tu podkreślić, że słowo deportacja, czy nawet emigracja jest tu niewłaściwe, ponieważ wszyscy, absolutnie wszyscy otrzymali paszporty normalne, ważne na trzy lata. Po trzech latach te paszporty można przedłużyć w konsulatach polskich, albo zamienić na paszporty polskie konsularne, jeśli chce się zostać na Zachodzie na stałe, czy na dłuższy czas. Posiadacz takiego paszportu, jak każdy polski obywatel, może w każdej chwili wrócić do Polski. A więc pojęcie jakiegoś ekspulsowania polskich obywateli, niewygodnych rządowi w kraju, jest po prostu absurdalne, dlatego że nie jest ekspulsowaniem, gdy ekspulsowany może od razu wsiąść w pociąg i wrócić”.
Jednocześnie przyszłych emigrantów przedstawiał w sposób kompromitujący:
„Rząd polski szuka najbardziej humanitarnych sposobów zabezpieczenia państwa przed ich działalnością. I wobec tego premier Jaruzelski, a potem minister Kiszczak uznali, że jeżeli jakaś osoba chciałaby wyjechać za granicę, posiedzieć sobie w Paryżu, czy gdziekolwiek, i w ten sposób państwo polskie zabezpieczone byłoby przed ich działalnością, to proszę bardzo, ponieważ nam tu nie chodzi właśnie o żadne represje, a tylko o umożliwienie prowadzenia pewnego rodzaju działalności. I stąd umożliwienie ze względów humanitarnych tego rodzaju wyboru”.
Niektóre propozycje wyjazdu władze składały w dość wysublimowanej formie. Przykładowo, gen. Kiszczak, przez żonę Andrzeja Szczypiorskiego, przekazał Bronisławowi Geremkowi list z Francji z zaproszeniem na pięcioletni pobyt tam w charakterze wykładowcy. Internowani w Jaworzu postanowili jednak, że nikt z nich nie przyjmie żadnej propozycji w warunkach internowania.
Wystosowali specjalne oświadczenie, w którym wzywali ludzi cieszących się moralnym autorytetem na całym świecie oraz narodowe i międzynarodowe instytucje powołane do ochrony praw ludzkich i obywatelskich, aby zajęły stanowisko wobec planu rządu PRL. W ofercie rządu dopatrywali się znamion szantażu względem ludzi niepewnych swego losu, znajdujących się w położeniu, w którym nie mogło być mowy o swobodnym wyrażeniu woli.
Dezercja czy poszukiwanie normalnego życia?
Tadeusz Dziechciowski wspominał, jak po powrocie z przepustki do ośrodka w Wierzchowie Pomorskim Ryszard Śnieg opowiadał, że momentami czuł się zażenowany okazywanym mu na zewnątrz uczuciem sympatii i podziwu:
„»Wiecie, oni traktują nas tam jak męczenników. Ludzie mają wyrzuty sumienia, że my tutaj za nich siedzimy, że to już tyle czasu«. Tłumaczył, że teraz nie mamy tutaj źle, że traktowani jesteśmy w miarę po ludzku, że tak naprawdę to im tam na wolności żyje się znacznie trudniej. Ale nie idzie wytłumaczyć. Ważne jest tylko to, że siedzimy, że nie wyjeżdżamy z kraju”.
Ostatnie zdanie wydaje się symptomatyczne w kontekście oceny tych, którzy jednak podjęli decyzję o emigracji. „Zdrada związkowych interesów”, „zdrada Polski”, „dezercja” – to tylko niektóre z określeń, które padały w dyskusjach pomiędzy internowanymi. Początkowo większość z nich o emigracji myślała z przerażeniem, z czasem niektórzy oswajali się z tą myślą. Możliwość ewentualnego wyjazdu dla niektórych była swoistym wentylem bezpieczeństwa, ostatnią deską ratunku. Świadomość posiadania takiej możliwości pozwalała zachować poczucie wolności, pewne złudzenie wolnego wyboru. Z drugiej strony internowani mieli świadomość, że ich postawa dawała wielu osobom nadzieję, więc pozostanie w kraju stawało się sprawą honoru.
Temat do dziś wzbudza w środowisku kontrowersje. Z wielu przeprowadzonych rozmów wynika, że znaczny wpływ na decyzje o wyjeździe miały żony internowanych, które po tym, co przeszły w trakcie internowania męża, nie wyobrażały sobie dalszego życia w kraju. Żyły w napięciu, z niepokojem o jutro, najczęściej bez pracy, skazane na pomoc innych. Do tego dochodziły szykany i stałe wezwania na komendę po zwolnieniu z internowania, zwolnienie z pracy, często straszenie dzieci.
Porażka programu
Efekty złożonej internowanym propozycji były dla władz rozczarowujące. Na konferencji prasowej 8 marca 1982 r. płk Hipolit Starszak, dyrektor Biura Śledczego MSW mówił, że do tego dnia wpłynęło zaledwie kilkanaście podań od osób, które zadeklarowały chęć wyjazdu, dodając, że jest to niewiele. Z kolei półtora miesiąca później Jerzy Urban podał liczbę 35 internowanych, którzy złożyli podanie o paszport, przy czym gdy wliczono ich rodziny, liczba ta wzrastała do 80.
Z wielu przeprowadzonych rozmów wynika, że znaczny wpływ na decyzje o wyjeździe miały żony internowanych, które po tym, co przeszły w trakcie internowania męża, nie wyobrażały sobie dalszego życia w kraju.
Po przyznaniu paszportu uchylano internowanie, ale jednocześnie często nasilano wobec takiej osoby szykany, z zatrzymaniem na 48 godzin włącznie. Miało to służyć podtrzymaniu przez daną osobę chęci szybkiego wyjazdu, zdarzało się bowiem, że niektórzy internowani podejmowali swoistą grę z władzami. Chcąc wyjść z ośrodka odosobnienia, wykazywali zainteresowanie wyjazdem i podejmowali starania o paszport, którego nigdy nie odbierali. Na dysproporcje pomiędzy liczbą wydanych zgód na wyjazd, a liczbą odebranych paszportów, oprócz silnych nacisków środowiska, które wpływały na opóźnienie bądź rezygnację z wyjazdu, wpływ miały również trudności z uzyskaniem wiz wjazdowych do kraju docelowego. Na przykład w związku z zawieszeniem stanu wojennego oraz zwiększonym w grudniu 1982 napływem zgłoszeń na wyjazd emigracyjny do USA, ambasada w Warszawie zmodyfikowała politykę przyjmowania, przyznając priorytet osobom, które zostały internowane na początku stanu wojennego, a w ośrodku odosobnienia przebywały minimum sześć miesięcy.
Wydaje się, że wpływ na zaostrzenie tych kryteriów mogły mieć co najmniej dwa zjawiska. Pierwsze to emigracja wielu internowanych tajnych współpracowników SB, których często przejmował Departament I MSW i wykorzystywał do penetracji polskich środowisk emigracyjnych. Drugie, o którym w swym dzienniku wspomniał Leszek Prorok, wiązało się z internowaniem za łapówkę, do czego uciekali się amatorzy ułatwionych wyjazdów za granicę. Prorok pisał o cenie 300 tys. zł., nie potrafił jednak odpowiedzieć na pytanie, czy to tylko pojedyncze przypadki, czy też „nakryją jakąś szajkę takich kombinatorów”. Korzystając z okazji, poza granice państwa władze wyekspediowały również osoby o przeszłości kryminalnej. Brak dokładnych badań nie pozwala na podanie konkretnych liczb, niemniej takie zjawisko miało miejsce.
Do 23 grudnia 1982 r. wpłynęły 4322 wnioski paszportowe dotyczące wyjazdów emigracyjnych, przy czym 1278 wniosków pochodziło od internowanych. Zdecydowana większość z nich emigrowała z rodziną, co dawało łącznie 3380 wniosków. Decyzje pozytywne podjęto wobec 80 proc. ubiegających się o wyjazd, w tym wobec 1096 internowanych, 149 działaczy politycznych i 62 kryminalistów. Do 23 grudnia terytorium Polski opuściło 147 internowanych i 299 członków ich rodzin.
Z danych MSW wynika, że w grupie 1096 internowanych, którym władze wydały paszport, najwięcej osób legitymowało się średnim wykształceniem (453 osoby), w dalszej kolejności wyższym (252 osoby) oraz zawodowym (247 osób). Najwięcej wniosków składano w województwach katowickim (24 proc.) i wrocławskim (12,6 proc.). Zaskakująco mało wniosków w tym czasie złożono w Gdańsku (7,3 proc.), Szczecinie (5,6 proc.) czy Warszawie (3,9 proc.). Działaczom opozycji wyjazdy umożliwiano niemal do końca PRL. Do końca 1988 r. o zgodę na wyjazd wystąpiło niemal 9,5 tys. osób, w tym 2218 byłych internowanych, co stanowiło nieco ponad 20 proc. wszystkich internowanych w stanie wojennym. Faktycznie Polskę opuściło 2119 byłych internowanych.
