Niemiecka akcja represyjna przyniosła ona śmierć co najmniej 30 osobom – mężczyznom, kobietom i dzieciom – z których część zginęła od kul, a część spłonęła żywcem w podpalonych przez Niemców budynkach.
Przed zbrodnią
Ciepielów to niewielkie miasto, położone obecnie w powiecie lipskim, w województwie mazowieckim. W okresie okupacji niemieckiej znajdował się w powiecie starachowickim (Kreis Starachowice), wchodzącym w skład dystryktu radomskiego Generalnego Gubernatorstwa. Przez długie dekady jego historię współtworzyli Polacy i Żydzi. Ci pierwsi utrzymywali się przede wszystkim z rolnictwa, drudzy – z handlu i drobnego rzemiosła. Przed wybuchem wojny senne życie miasteczka ożywiało się podczas cotygodniowych targów odwiedzanych tłumnie przez rolników z okolicznych wsi. Podobne realia panowały w innych pobliskich miejscowościach – Lipsku, Siennie, Kazanowie, Tarłowie, Solcu nad Wisłą.
Skala konfliktów narodowościowych była znacznie mniejsza niż w innych częściach kraju. Przed wybuchem II wojny światowej w Ciepielowie i okolicach nie odnotowywano akcji bojkotu żydowskich sklepów i warsztatów.
Region zaliczał się do ubogich, ludność polska i żydowska żyła na podobnym, niskim poziomie materialnym. Chociaż niekiedy dochodziło do konfliktów narodowościowych, ich skala była znacznie mniejsza niż w innych częściach kraju. Przed wybuchem II wojny światowej w Ciepielowie i okolicach nie odnotowywano akcji bojkotu żydowskich sklepów i warsztatów. Polacy i Żydzi znali się dobrze, utrzymując stałe kontakty gospodarcze, a niekiedy też towarzyskie.
Od jesieni 1939 r. Ciepielów i okolice dzieliły los centralnych ziem polskich okupowanych przez Niemców. Dla Polaków czas ten zapisał się aresztowaniami, deportacjami do obozów koncentracyjnych i wywózkami na roboty przymusowe w Niemczech. Żydzi objęci zostali antysemickim prawodawstwem, wprowadzonym w całym Generalnym Gubernatorstwie. Pozbawieni mienia i zmuszeni do wykonywania niewolniczej pracy, wegetowali w coraz większym ubóstwie. W grudniu 1941 r. we wszystkich większych miejscowościach pow. starachowickiego Niemcy utworzyli getta. Życie w nich okazało się niewyobrażalnym koszmarem: ciasnocie mieszkaniowej i pojawiającym się coraz częściej chorobom zakaźnym towarzyszył coraz większy, powszechny niedobór żywności.
We wrześniu 1942 r. Niemcy rozpoczęli likwidację mniejszych gett, przesiedlając ich mieszkańców do miejscowości położonych w pobliżu linii kolejowych. Do Tarłowa trafiło m.in. 600 Żydów z Ciepielowa, 800 z Solca nad Wisłą i blisko 3 tys. z Lipska. Był to wstęp do rozpoczętej 15 października 1942 r. masowej akcji likwidacyjnej, w wyniku której większość żydowskich mieszkańców regionu została deportowana do obozu zagłady w Treblince, gdzie poniosła śmierć.
Bez litości
Nie wiemy – i zapewne nie dowiemy się już nigdy – ilu Żydów mieszkających w pow. starachowickim zdołało ocaleć z akcji likwidacyjnej dzielnic zamkniętych. Ucieczki były częste, a sprzyjała im bliskość ogromnego kompleksu leśnego – Puszczy Iłżeckiej, nazywanej też Lasami Starachowickimi. Jesienią 1942 r. w jego różnych częściach powstały obozowiska zasiedlone przez mężczyzn, kobiety i dzieci. Ich obecność akceptowali polscy leśnicy, którzy ostrzegali Żydów, by w ciągu dnia nie palili ognisk i nie wychodzili na drogi.
Zbiegowie kupowali żywność od rolników, a także zbierali grzyby i jagody. Ich wrogiem był jednak czas – wiedziano, że zbliżającej się nieubłaganie zimy nie będzie można przetrwać w szałasach i prymitywnych ziemiankach. Jedyną szansą ocalenia było zwrócenie się z prośbą o pomoc do znajomych Polaków.
W grudniu 1941 r. we wszystkich większych miejscowościach pow. starachowickiego Niemcy utworzyli getta. Życie w nich okazało się niewyobrażalnym koszmarem: ciasnocie mieszkaniowej i pojawiającym się coraz częściej chorobom zakaźnym towarzyszył coraz większy, powszechny niedobór żywności.
Niektórzy Żydzi posiadali broń – odnalezioną na pobojowiskach kampanii polskiej oraz kupioną od rolników. Po wyczerpaniu się środków finansowych, dla zdobycia ciepłej odzieży, obuwia i żywności, rozpoczęli przeprowadzanie akcji aprowizacyjnych. Ich celem padały nie tylko placówki zarządzane przez Niemców, ale także dwory ziemiańskie i gospodarstwa zamożniejszych rolników. Wzbudziły one zainteresowanie niemieckiej policji, do której spływały coraz liczniejsze skargi na działalność grup bandyckich.
W tym samym czasie wzrastała też aktywność polskiej konspiracji wojskowej. Jej apogeum nastąpiło 28 października 1942 r., kiedy oddział Batalionów Chłopskich rozbił obóz karny Służby Budowlanej (Baudienst) w Solcu nad Wisłą, uwalniając blisko 300 młodych mężczyzn oraz rozbrajając wartowników.
Władze dystryktowe uznały, że lokalne posterunki niemieckiej żandarmerii nie są w stanie należycie kontrolować powierzonego terenu, dlatego podjęto decyzję o wzmocnieniu sił policyjnych. Jeszcze w październiku do pow. starachowickiego została skierowana kompania I Zmotoryzowanego Batalionu Żandarmerii, której plutony rozlokowano w Ciepielowie, Lipsku, Siennie i Tarłowie. Batalion, sformowany kilka miesięcy wcześniej w Warszawie, był wyspecjalizowaną jednostką – tworzyli go starannie dobrani funkcjonariusze, wyszkoleni w przeczesywaniu lasów i tropieniu ukrywających się osób. Wiedzę tę łączyli ze skrajną brutalnością, udowodnioną podczas stacjonowania na Lubelszczyźnie.
W październiku i listopadzie 1942 r. żandarmi skupili się na gromadzeniu informacji. W przeciwieństwie do policjantów ze stacjonarnych posterunków, którzy patrolowali teren na chłopskich wozach, rowerach i konno, funkcjonariusze batalionu korzystali z samochodów i motocykli, pokonując codzienne dziesiątki kilometrów. Patrole kończyły się bardzo często aresztowaniami osób zatrzymywanych na drogach i we wsiach. Byli to zarówno Polacy, jak i poszukujący schronienia Żydzi. Wielu z nich trafiło m.in. na posterunek w Ciepielowie, który bardzo szybko zyskał miano ponurej katowni. Wymuszając zeznania, Niemcy łączyli obietnice darowania życia z makabrycznymi torturami. Na dziedzińcu posterunku ustawiony był duży, drewniany stół, do którego przywiązywano ofiary pasami, bijąc je po wrażliwych częściach ciała. Krzyki torturowanych zagłuszano grą na akordeonie lub muzyką odtwarzaną z gramofonu.
Wielu katowanych załamywało się, ujawniając żandarmom dane o osobach zaangażowanych w konspirację, posiadających broń i naruszających okupacyjne rozporządzenia. W przypadku Żydów Niemcom chodziło przede wszystkim o podanie nazwisk Polaków, którzy ukrywali w swych gospodarstwach zbiegów z gett. Lista nazwisk powiększyła się jeszcze, gdy w ostatnich dniach listopada 1942 r. funkcjonariusze batalionu rozpoczęli przeczesywanie Lasów Starachowickich, niszcząc obozowiska żydowskie. Niektórzy z ich mieszkańców przed śmiercią byli także przesłuchiwani.
Co ciekawe, wiedza o tym, że Niemcy gromadzą informacje o Polakach pomagających Żydom, była w regionie wręcz powszechna. Większość rolników nie mogła jednak porzucić swych gospodarstw, by ukrywać się z bliskimi. Chociaż niektórzy spodziewali się rewizji, pobić, a nawet aresztowań, nikt nie przypuszczał, jak tragiczna okaże się przyszłość. Jak wiemy już dziś, postępowanie Niemców bazowało na rozkazie płk. żandarmerii Wernera Kühna, stacjonującego ze swym sztabem w Kielcach.
Ciała ofiar nie mogły zostać pochowane na cmentarzach katolickich, ale na terenie gospodarstwa w nieoznaczonych mogiłach.
Rozkaz ten głosił, że każda polska rodzina, w której zabudowaniach zostaną znalezieni Żydzi, broń lub też inne dowody antyniemieckiej postawy, ma zostać całkowicie unicestwiona. Nakaz ten obejmował wszystkie osoby tworzące rodzinę, począwszy od dzieci, a skończywszy na ludziach w zaawansowanym wieku. Jeżeli po rozpoczęciu akcji okazało się, że ktoś z członków rodziny przebywa poza domem, należało go odnaleźć i doprowadzić na miejsce. Po egzekucji gospodarstwo zabitych miało zostać całkowicie zniszczone. Na rzecz żandarmerii należało zabrać z niego zwierzęta hodowlane i wartościowsze ruchomości, a dom i inne zabudowania gospodarcze spalić lub rozebrać.
Ciała ofiar nie mogły zostać pochowane na cmentarzach katolickich, ale na terenie gospodarstwa w nieoznaczonych mogiłach. Każda akcja miała być zatem nie tylko zemstą, ale przede wszystkim skrajnie brutalnym ostrzeżeniem dla innych Polaków niewykonujących nakazów okupantów. Pasmo tych zbrodni zapoczątkowano 6 grudnia 1942 r. w 2 wsiach – Ciepielowie Starym i Rekówce.
Zbrodnia w Ciepielowie Starym
Dzień 6 grudnia 1942 r. przypadał w niedzielę. Rolnicy rozpoczęli go jeszcze przed świtem, karmiąc zwierzęta gospodarskie i przygotowując posiłek dla ludzi. Zapewne większość z nich zamierzała udać się wkrótce do Ciepielowa na południową Mszę św., a później spędzić resztę dnia na odpoczynku, odwiedzinach krewnych i rozmowach z sąsiadami. Około siódmej na skraju wsi zatrzymały się samochody. Wysiadło z nich kilkunastu żandarmów służących na pobliskim posterunku, uzbrojonych w karabiny i pistolety maszynowe. Wkrótce otoczyli sąsiadujące ze sobą domy Piotra Obuchiewicza i Adama Kowalskiego, a także znajdującą się nieco dalej zagrodę Władysława Kosiora.
Adam i Bronisława Kowalscy zawarli związek małżeński w 1921 r., doczekali się w kolejnych latach 7 dzieci. Adam został zapamiętany przez sąsiadów jako człowiek pracowity, uczciwy i spokojny. Chociaż rodzina nie była zamożna, ziemia dawała jej skromne, ale w miarę stabilne podstawy bytu. W niedzielę 6 grudnia w ich domu nie było 2 najstarszych synów – jeden został już wcześniej wywieziony na roboty do Niemiec, a drugi przebywał u sąsiada, który na co dzień uczył go krawiectwa. Wraz z rodzicami śniadanie jadło 5 młodszych dzieci, z których najstarsze liczyło 15, a najmłodsze niespełna 2 lata. Byli to: Janina, Zofia, Stefan, Henryk i Tadeusz.
W bliskości posesji Kowalskich – po przeciwnej stronie drogi – znajdował się dom Piotra i Heleny Obuchiewiczów. Rodziny były spokrewnione ze sobą, gdyż Helena to rodzona siostra Adama Kowalskiego. Małżonkowie mieli 4 dzieci, które przebywały wraz z rodzicami w chwili otoczenia gospodarstwa przez żandarmów. Byli to: 9-letnia Kazimiera, 7-letni Władysław, 5-letnia Zofia i niespełna 3-letnia Marianna.
Informacje posiadane przez Niemców potwierdziła rewizja, podczas której żandarmi odnaleźli „książki żydowskie” (wydawnictwa w jidysz lub w języku hebrajskim), co było jednoznacznym dowodem, że w domu przebywali zbiegowie z gett.
Nieco dalej, w innej części wsi, znajdowało się gospodarstwo Władysława i Karoliny Kosiorów. Co interesujące, chociaż oboje pochodzili z gm. Ciepielów, spędzili część swej młodości w Niemczech, zapewne pracując jako najemni robotnicy rolni. Wychowywali oni 5 lub 6 dzieci. Byli to: 18-letni Aleksander, 17-letni Tadeusz, 14-letnia Władysława, 12-letnia Irena, 2-letni Adam, a być może także kilkuletni Mieczysław.
W pamięci sąsiadów Kowalskich, Obuchiewiczów i Kosiorów zachowały się liczne przesłanki wskazujące, że rodziny te aktywnie wspierały ukrywających się w lasach zbiegów z gett, dostarczając im żywność i okresowo schronienie. Wśród podopiecznych miał być pochodzący z Ciepielowa czapnik o nieznanym imieniu i nazwisku. W jednym z gospodarstw Niemcy odnaleźli też prawdopodobnie 2 Żydów.
„W południe zorientowaliśmy się, że Niemcy nie wyniosą się stąd z pustymi rękami. Dotąd nikt z Kowalskich nie wychylał się z mieszkania. W południe trzeba było inwentarz nakarmić. Wuja Adama dopuszczono do bydła, ale szedł tam pod karabinami wycelowanymi między łopatki. To nie był dobry znak. Przed zmrokiem do Obuchiewiczów zajechał samochód. Po chwili znalazła się na nim stara ciotczyna maszyna do szycia, kufer, jakieś stare graty, nawet dzieża do chleba. […] Okropnie wlokły się godziny. Dzień stawał się nieskończony. Nikt nie rozpalał pod kominem, nikt chleba do ust nie włożył. Popołudniowy szron zaczął włazić na szyby, pies podwinął ogon i wcisnął się pod kuchenną ławę. Podobno psy umieją nieomylnie zwietrzyć idące nieszczęście”
– wspominała po latach Maria Bielecka.
Późnym popołudniem, gdy zaczął już zapadać zmrok, w gospodarstwie Kosiorów miały rozlec się strzały – nie wiadomo, czy oddawane w kierunku uwięzionych, czy też na postrach. Niemcy zgromadzili wszystkie osoby w jednym z budynków – domu lub stodole – który został oblany benzyną i podpalony. W pewnej chwili z morza ognia wydostał się młody mężczyzna (najprawdopodobniej był to Aleksander Kosior, nazywany przez rówieśników „Jankiem”), który wyminął żandarmów i zaczął uciekać w pola. Ta desperacka próba ocalenia życia nie miała jednak żadnych szans powodzenia.
„Patrzyłem przerażony, widzę, że przez nadpalone okno ktoś wyskakuje z płomieni i ucieka przez pole w kierunku lasu. Poznaję, jest to najstarszy z rodzeństwa, Janek. Żandarm podnosi karabin, by strzelić, drugi Niemiec chwyta za lufę i odchyla ją w górę. Coś rozmawiają i szybko gestykulują. We dwóch wsiadają na motocykl i gonią uciekiniera. Łatwo im się jechało, bo ziemia zamarznięta, a warstwa śniegu cienka. Janek uciekał im prawie 100 metrów, klucząc w prawo i w lewo. Nie strzelali, dogonili, przewracając go na ziemię. Skrępowali mu ręce i wrzucili do przyczepy motocykla. Przywieźli pod płonący dom. We dwóch go wzięli za barki i nogi, wrzucili do środka ogniska, zatykając żerdziami spalone już okno”.
Pożar w gospodarstwie Kosiorów był sygnałem dla Niemców, którzy byli u pozostałych Polaków. Na oczach sąsiadów Kowalscy zostali przeprowadzeni do domu Obuchiewiczów.
„Na przedzie szedł wuj Adam, trzymając za ręce chłopców – Heńka i Stefana, jak to z nimi czasami na spacer wychodził, tylko głowa mu ku ziemi obwisła i nogami bezsilnie powłóczył. Za nim ciotka […], tuliła w ramionach maleńkiego Tadka, a za matką szły Janka i Zosia. […] Ciotka odwróciła głowę w stronę naszych okien. Pewnie chciała pożegnać nas spojrzeniem, ale Niemiec zdzielił ją w kark kolbą karabinu, że omal nie zaryła twarzą w brudny, zadeptany śnieg”
– wspominała Maria Bielecka. Po chwili dom zaczął płonąć. Próbę ucieczki podjęła tylko Janina Kowalska. Została jednak zastrzelona przez żandarmów, którzy wrzucili jej ciało w ogień.
Zbrodnia w Rekówce
W tym samym czasie, gdy Niemcy rozpoczynali akcję w Ciepielowie Starym, druga grupa żandarmów dotarła do odległej o 1,5 km wsi Rekówka. Otoczono tam dom, w którym zamieszkiwały wspólnie dwie spokrewnione ze sobą rodziny. Pierwszą tworzyli Stanisław i Marianna Kosiorowie, wychowujący 4 dzieci w wieku 2–10 lat: Jana, Mieczysława, Mariana i Teresę. Wraz z nimi mieszkała matka Marianny – licząca blisko 60 lat Katarzyna Kiścińska. Gospodarstwo dzielili z rodziną Skoczylasów. W chwili najścia Niemców w domu przebywała tylko 11-letnia Leokadia Skoczylas, która bawiła się z o 2 lata starszą sąsiadką Henryką Kordulą. Ojciec Leokadii – Piotr Skoczylas, a także jego 3 dorosłych już dzieci (Bronisława, Jan i Józef) znajdowali się poza gospodarstwem.
„Prawdą jest, że ojciec mój i rodzina Kosiorów przechowywali Żydów z Ciepielowa. Przez tydzień czasu przebywały u nas 2 Żydówki z Ciepielowa, a później 4 Żydów. Wcześniej też przychodzili, nocowali dzień czy dwa dni, dalej szli i znowu wracali. My zaopatrywaliśmy ich w jedzenie, mieli nocleg itd. […] Tego dnia nie było ich w domu”
– opowiadał po latach Józef Skoczylas. Informacje posiadane przez Niemców potwierdziła rewizja, podczas której żandarmi odnaleźli „książki żydowskie” (wydawnictwa w jidysz lub w języku hebrajskim), co było jednoznacznym dowodem, że w domu przebywali zbiegowie z gett. Książki te pokazano triumfalnie sołtysowi wsi i innym Polakom.
Kobiety i dzieci doprowadzane do stodoły gospodarstwa Skoczylasów były ustawiane w szeregu i rozstrzeliwane seriami z pistoletów maszynowych.
Zgodnie ze wspomnianym już rozkazem płk. Kühna, żandarmi postanowili zgromadzić całą rodzinę Skoczylasów. Piotra odnaleziono we wsi Tymienica Stara i przywieziono do rodzinnego domu. Jego syn Józef wpadł w ręce żandarmów przypadkiem, gdy wrócił do otoczonego już gospodarstwa. Spodziewając się najgorszego, podjął próbę ucieczki, która zakończyła się powodzeniem pomimo strzałów oddanych przez Niemców. W niezwykłych okolicznościach życie ocalił Jan Skoczylas. Chociaż on to właśnie był furmanem, który pojechał wraz z żandarmami do Tymienicy Starej, Niemcy nie zorientowali się, że jest synem Piotra. Gdy po powrocie do Rekówki został przez nich zwolniony, zdołał się ukryć.
Mord na zatrzymanych rozpoczął się w południe. Więźniów grupkami wypędzono z domu i wśród krzyków i bicia zaczęto kierować do stodoły. Już na podwórku padły pierwsze strzały, skierowane do 8-letniego Mieczysława Kosiora, który w rozpaczy zaczął uciekać. Chłopczyk został trafiony kilkoma pociskami i padł przy drodze. Na odgłos strzałów ze swego domu wybiegł zrozpaczony Tomasz Kordula, mający jeszcze nadzieję na uratowanie swej córki Henryki. Zatrzymał go jeden z Niemców i uderzeniem kolbą karabinu w głowę zmusił do powrotu.
Kobiety i dzieci doprowadzane do stodoły gospodarstwa Skoczylasów były ustawiane w szeregu i rozstrzeliwane seriami z pistoletów maszynowych. Nagle spod eskorty wymknął się drugi synek Stanisława i Zofii Kosiorów – prawdopodobnie kilkuletni Jan.
„Biegł za nim jeden z Niemców. Strzelał za nim ze zwykłego karabinu, przyklękał nawet dla lepszej celności, ale go nie mógł trafić. Myślałem, że uda mu się zbiec, bo krył się już za góry. Jednak Niemcowi tym kolejnym strzałem udało się go zabić. Niemiec ten dobiegł jeszcze do tego chłopca, który leżał na ziemi i oddał jeszcze jeden strzał, chyba z pistoletu. Ten chłopczyk był zastrzelony jakieś 200 metrów od swego domu”
– wspominał świadek.
Po egzekucji Niemcy podpalili stodołę, w której znajdowały się ciała zamordowanych. Ich dom ograbiono z wartościowszych przedmiotów, które zawiezione zostały na posterunek żandarmerii w Ciepielowie.
Po zbrodni
W niedzielę 6 grudnia 1942 r. w Ciepielowie Starym i Rekówce zostało zamordowanych 30 (według niektórych źródeł 31) Polaków, którzy stracili życie za „zbrodnię”, jaką było niesienie pomocy szukającym szans ocalenia Żydom. Skrajna brutalność tych mordów wywołuje wstrząsające wrażenie. Dążność Niemców do unicestwienia całych rodzin sprawiała, że od kul i ognia ginęły zarówno kilkuletnie dzieci, jak i osoby w podeszłym wieku.
Ich bliscy, którym udało się ocaleć, borykali się do końca życia z niemożliwymi do zaleczenia traumami. O zbrodniach nie mogli zapomnieć też świadkowie – także ci, których następnego dnia zmuszono do przeszukiwania pogorzelisk i wydobywania z nich zwęglonych szczątków swych krewnych, sąsiadów i znajomych.
Niestety, wydarzenia te oznaczały dopiero początek akcji pacyfikacyjnej w pow. starachowickim, prowadzonej przez żandarmów z Ciepielowa i Lipska. Zakończyła się ona dopiero ok. 15 marca 1943 r. Wśród kilkudziesięciu kolejnych egzekucji odnaleźć można 8, których ofiarami padli Polacy ratujący Żydów. Było to co najmniej 37 mieszkańców Świesielic, Boisk, Lubieni, Słuszczyna i innych wsi. Cena, jaką zapłacili wraz z mieszkańcami Ciepielowa Starego i Rekówki za swą postawę, nie powinna zostać nigdy zapomniana.
Tekst pochodzi z numeru 3/2025 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN,
placówkach Poczty Polskiej, sieciach EMPIK
lub na stronie ksiegarniaipn.pl
