W natarciu na niemieckie pozycje uczestniczył m.in. prozaik i reportażysta Marian Brandys. Tak opisywał walkę o klasztor w Woli Gułowskiej:
„Poczęliśmy biec szeroką tyralierą oficerską – jak naganiacze w myśliwskiej nagonce – potrząsając pistoletami i obłędnie wrzeszcząc. Przestaliśmy się kryć przed kulami. Przestaliśmy w ogóle myśleć. Ogarnięci smokiem bitwy, ogłuszeni hukiem wystrzałów i własnym wrzaskiem – przez pot zalewający oczy widzieliśmy już tylko biały kościół, który mieliśmy zdobyć. […] Rozryczały się̨ działa, rozterkotały karabiny maszynowe, zaniosły się̨ jazgotem miotacze min. Niebo nad nami pękało. Walił się świat. Biegliśmy i padaliśmy. Mózgi nasze przeniosły się̨ do nóg. Kolana same zginały się, prostowały. Biegliśmy i potykaliśmy się̨ o trupy. Strzelano do nas z trzech stron – z niemieckiej i z dwóch skrzydeł polskich. Ryliśmy palcami ziemię, wcieraliśmy się w nią brzuchami, żeby nie było nas widać”.
Daremne zwycięstwo
SGO „Polesie” odniosła więc sukces, o którym tak wspominał ułan Marian Dominiak z 3. szwadronu 2. Pułku Ułanów Grochowskich:
„Widzę̨ ich [polskie odziały] tak, jakby to było wczoraj, jak wyskoczyli z lasu, długo biegnąc i krzycząc: hura! hura! Ginęli jak muchy w nawale ognia moździerzy i karabinów maszynowych, parli jednak do przodu obok ułanów, aż do zwycięstwa. Niemcy w popłochu wycofali się daleko za klasztor, pozostawiając wielu zabitych i rannych”.
Niestety, sukces został przekreślony brakiem amunicji. W tej sytuacji, w nocy z 5 na 6 października, gen. Kleeberg, po długich rozmowach ze swoimi podwładnymi, które odbyły się w sztabie umiejscowionym w wiosce Hordzieżka, podjął decyzję o kapitulacji.
„Niestety około 1.00 w nocy, 6 X, przez gońca zostałem powiadomiony o kapitulacji naszej grupy. Wiadomość ta była dla nas wszystkich druzgocąca, wszyscy chcieli walczyć dalej. Przygnębieni i rozgoryczeni wracaliśmy do kwatery w Hordzieżce. Nazajutrz, przed południem, grupa oficerów spotkała się z generałem Klebergiem, który podał im przyczyny kapitulacji. Część broni wraz z amunicją zakopywano, a resztę niszczono. Inny sprzęt wojskowy wydano ludności”
– wspominał porucznik Antoni Macioł, dowódca kompanii „Rawicz”, która wchodziła w skład SGO „Polesie”.
Skórzana teczka
Kilka tygodni później, na przełomie października i listopada, mieszkaniec Hordzieżki, Antoni Bosek, wybrał się do okolicznego Lasu Gułowskiego po ściółkę. W trakcie jej zbierania napotkał na teczkę skórzaną, która zawierała różne dokumenty, w tym mapy i raporty sztabu gen. Kleeberga. Z ich treści – jak wspominał A. Bosek – wynikało, że były tam dane odnośnie trasy, którą szła armia gen. Kleeberga, od Kamienia Koszyrskiego na Wołyniu do Woli Gułowskiej i stąd do Hordzieżki.
Znalezione dokumenty A. Bosek ukrył w swoim domu. Dopiero prawie po dwudziestu latach, gdy w latach 1957-1958 we wsi zaczęli się pojawiać „wojskowi” z Warszawy, postanowił napisać list do Wojskowego Instytut Historycznego w Warszawie (WIH) z informacją, że jest w posiadaniu dokumentów sztabu gen. Kleberga. Jako dowód na prawdziwość swej opowieści dołączył pieczątkę gen. Kleeberga.
Niezwłocznie po tym liście zgłosili się do niego gen. bryg. Stanisław Okęcki, szef katedry historii sztuki wojennej Akademii Sztabu Generalnego i ppłk Zygmunt Stanicki, który reprezentował WIH. Dokumenty przechowywane przez Antoniego Boska trafiły do Muzeum Wojska Polskiego, a sam Bosek otrzymał nagrodę w wysokości 5000 zł.
Odkopana amunicja
We wrześniu 1961 r. Służba Bezpieczeństwa została poinformowana o fakcie wykopania broni przez mieszkańców Hordzieżki w pobliskim lesie. Funkcjonariusz SB, Zenon Paczyński, uznał ten fakt za bardzo istotny i niebezpieczny, argumentując tym, że
„Mając na uwadze to, że w latach 1939 w lesie Korwin rozbrajała się część b. armii Kleberga, a w okresie okupacji i po wyzwoleniu las ten był siedliskiem AK, WiN i NSZ, a w związku z tym mogły być tam zakopane w tych okresach zapasy broni i amunicji. Zapasy te, obecnie w wyniku napięcia sytuacji międzynarodowej w konflikcie o Berlin Zachodni – mogły być wydobyte przez reaktywujące swą działalność elementy rekrutujące się bądź z byłych band, czy też podziemia lub innych. Dlatego też fakt ten niewątpliwie zasługuje na szczególną uwagę w chwili obecnej i należałoby go bezwzględnie wyjaśnić”.
Fakt odnalezienia broni przez mieszkańców Hordzieżki był na tyle istotny, gdyż na tym terenie w latach 1945-1946 stacjonował oddział Mariana Bernacika ps. „Orlik”, a członkowie jego grupy nadal zamieszkiwali okolicę. Pomimo piętnastu lat od śmierci „Orlika”, SB uznawało go i jego podkomendnych nadal za niebezpieczne osoby dla władz komunistycznych. Stąd też Służba Bezpieczeństwa była zaniepokojona faktem odkopania broni pozostawionej przez SGO „Polesie” w 1939 r.
Po rocznych działaniach operacyjnych funkcjonariuszom SB udało się ustalić, że odnaleziona broń była tylko amunicją, a wykopali ją młodzi mieszkańcy Hordzieżki celem „zabawy” poprzez wrzucanie jej do ogniska.
Po tych ustaleniach sprawa została zamknięta, a wobec młodych osób nie wyciągnięto konsekwencji.
I tak sprawa odkopania broni po oddziałach Kleberga, zamiast stać się wielkim zagrożeniem międzynarodowym, okazała się tylko wybrykiem młodzieży.
